#QwZ1C

Jestem mężczyzną z zasadami. Jeśli powiem, że coś zrobię, to zrobię to. Nie trzeba mi o tym przypominać co pół roku.

Ostatnio zabrałem się za wymianę lampy w kuchni. Sprawa nie była tak całkiem prosta, ponieważ nieboszczka odmeldowała się dość spektakularnym spięciem, przy okazji smażąc końcówki przewodów.
Poradziłem sobie z elektryką, poprawiłem sufit i zacząłem zakładać to nowe coś, co moją żoną kupiła i nazywała lampą.
Byłem zdania, że jest to raczej tzw. "zemsta Chińczyka". No ale uparła się i już.
Deliberując nad sposobem mocowania tego czegoś, wpadłem na szatański pomysł.
Poprosiłem o podanie zwykłej, przeźroczystej taśmy klejącej i zacząłem za jej pomocą montować to ustrojstwo.
Pytania typu "czy na pewno wiesz co robisz?" zbyłem wyniosłym milczeniem.

Gdy poszła do pokoju, aby się nieco uspokoić, usunąłem taśmę i zamontowałem toto jak należy. Następnie obwieściłem uroczyście koniec pracy.
Moja żona przyszła, obejrzała efekt, kliknęła parę razy włącznikem, następnie spytała się: "nie spalimy się? nie spadnie?".
Wtedy położyłem jej dłonie na ramionach, spojrzałem głęboko w oczy i powiedziałem po dłuższej chwili: "zaufaj mi, jestem inżynierem".
Marzyłem o tej kwestii.

Gama uczuć, odbijająca się w oczach mojej żony była wspaniałą. Przerażenie, niedowierzanie, załamanie i rezygnacja w końcu.

Co ciekawe, późnym wieczorem było bardzo fajnie. Nie ma to jak wprowadzić trochę życia, uświadamiając bliskość śmierci.
Oczywiście bez prawdziwego ryzyka. Naprawdę jestem inżynierem.

#JvDDl

Niedziela, temp. odczuwalna: +50 stopni C.

Moja mama została zaproszona na ślub swojej koleżanki, która przy okazji zaprosiła też mnie, ponieważ bardzo chciała mnie poznać. Założyłam taką sukienkę, do której nie miałam żadnej pasującej torebki, więc telefon, klucze i portfel dałam mamie. Oprócz tego założyłam też szpilki. Wyszłyśmy spóźnione, a mamie się przypomniało, że nie ma biletu. Czas nas gonił, więc wpadła na "genialny" pomysł: "jedź pierwsza, ja dojadę". Wzięłam do ręki kwiaty, swój bilet, a wsiadając do tramwaju mama szybko podała adres i numer autobusu, którym miałam później dotrzeć.

Wyruszyłam w trip życia na ślub kobiety, której nigdy na oczy nie widziałam, nie znałam jej imienia, nazwiska, nic oprócz koloru włosów. Wysiadam na odpowiednim przystanku, numer autobusu się zgadzał. Po drodze zapytałam jeszcze parę osób jak dojść do kościoła na Chrobrego i dotarłam! Widzę samochód ślubny, w środku już ceremonia rozpoczęta, przy ołtarzu siedzi brunetka. Usiadłam cicho z tyłu, operator kamery zdążył mnie jeszcze zarejestrować, myślę sobie: "Super, jak mnie nie zauważą teraz, to przynajmniej zobaczą na filmie".

Ślub dobiega końca, mamy nadal nie ma, a przecież sama tej kobiecie składać życzeń nie będę. No dobrze, to zadzwonię. Ups, nie mam przecież telefonu. Para wychodzi z kościoła, rzucają ryżem, ja odchodzę na bok, podchodzę do jednego z gości i pytam czy mogę skorzystać z jego telefonu, bo zgubiłam mamę. On na mnie patrzy jak na wariata, ale udzielił pomocy.
- Mamo, gdzie ty jesteś? Ja tu na ciebie czekam i cze…
- A ty gdzie?
- No na Chrobrego, w kościele.
- Jak na Chrobrego, miałaś być na Batorego. Ja tu jestem i czekam, przyjeżdżaj szybko, bo zaraz się ślub skończy.

Tak, byłam na ślubie jakiejś obcej kobiety.

Niestety to nie koniec. Nie miałam pojęcia jak trafić na Batorego. Oddaliłam się w miarę niezauważalnie od kościoła i zaczęłam biec. Kolejne 10 osób wypytałam jak dojechać. Podobno to trzy przystanki dalej innym autobusem. A ja nie mam biletu ani portfela… No cóż, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Spoglądam na rozkład jazdy… w niedzielę nie kursuje. No tak, nieszczęścia chodzą parami. Spojrzałam szybko na mapkę wiszącą na przystanku i dzielnie ruszyłam w trasę. Niestety, jak to kobiety, mylą im się kierunki, tak że cała mokra od potu oblałam się jeszcze łzami z bezradności, kiedy dotarłam do skrzyżowania i nie wiedziałam, gdzie iść dalej.

Głupi ma szczęście, więc ostatecznie dotarłam.
Wyobraźcie sobie moment, kiedy młoda para wychodzi z kościoła, marsz weselny gra, a wszyscy goście zamiast obserwować ten widok i rzucać ryżem, odwracają głowy i patrzą na nadjeżdżający samochód straży miejskiej, z którego wybiega drobna dziewczyna, cała mokra, z poturbowanymi kwiatami w dłoni i krzyczy na cały głos: „MAMO, JESTEM!"

#WklZH

Jest mi przeraźliwie smutno, więc podzielę się z wami powodem.

Kiedy mój mężczyzna miał trzydziestkę, miesiącami planowałam ten dzień. Zorganizowałam nam wyjazd za granicę na kilka dni, do miasta, które zawsze chciał zobaczyć. Kazałam mu tylko wziąć wolne i na dzień przed powiedziałam, gdzie lecimy. Zaplanowałam zwiedzanie, atrakcje, przejazdy, no wszystko zrobiłam tak, żeby do końca życia zapamiętał ten dzień.

Jutro trzydziestkę mam ja. Chłopak zapowiedział, że z tej okazji jutro "zamówimy coś dobrego do jedzenia i złożył się z moim bratem na prezent". Prezent z listy, którą przygotowałam właśnie mamie i bratu, ponieważ nigdy nie wiedzą, co mi kupić.

Jestem bardzo zdołowana, ponieważ poczułam się po prostu olana, jest mi mega przykro. Rozumiem, że jest covid, więc nie oczekiwałam nie wiadomo czego, ale nie wiem - wyjazdu na jeden dzień w góry na przykład? Czegokolwiek, co wymagałoby inwencji własnej większej niż "zamówimy sobie coś do jedzenia"?

Zdaję sobie sprawę, że pewnie dla większości to bardzo głupi powód do smucenia się, ale najzwyczajniej w świecie jest mi przykro.

#Vj1PY

Swego czasu miałem szynszyla, którego z przewrotności nazwałem Pindol. Byłem z nim u weterynarza, a potem miałem mamie podrzucić do pracy klucze do domu, bo zapomniała ich rano, jak wychodziła.

Wizyta u weterynarza przebiegła szybko i bezboleśnie, więc postanowiłem, że od razu pojadę na uczelnię, gdzie moja mamuśka była wykładowcą, i załatwię wszystko za jednym razem. Dorwałem ją akurat jak wpuszczała studentów na zajęcia. Wiele nie myśląc dałem jej klatkę z szynszylem, żeby móc pogrzebać po kieszeniach za kluczami i powiedziałem:
- Mamuś, potrzymaj mi Pindola...

Mina studentów, jak 21-letni facet wypalił z takim tekstem do ich pani profesor, była nie do opisania :D

#OMbWb

O wychowaniu, a raczej jego braku.

Posiadam młodszego brata lat 16, ja sam jestem starszy o 4 lata, ale do rzeczy.

Wszystko zaczęło się od obowiązków domowych - wynoszenie śmieci, pies, zmywanie, to wszystko miało być "na zmianę". Okazało się jednak, że głównie spada to na mnie, bo brat potrafił nie wyjść z pokoju ani razu od wstania (7) do powrotu rodziców (15) (grał, było słychać). Nie żeby to było jakieś ciężkie, ale kiedy na przykład wracałem ze szkoły (później) albo z pracy (bo pracowałem krótkie okresy czasu, bo szkoła, więc dłużej nie bardzo), było to samo. Były tzw. "zjebki", bo rodzice wracają z pracy, a tu niepozmywane, śmieci niewyniesione, i ja to rozumiem, też bym się wkurzył.

Może wymienię parę przewinień brata:
- Po dwójce nawet nie używał (i nie używa czasami) szczotki, a potem udawał, że to nie on.
- Zmywanie? "Ja nie umiem" albo "ojciec i tak wie, że nie chce mi się zmywać, więc po co?".
- Pies? Ja głównie wychodziłem, bo on akurat gra mecz (jak cały czas od 7 do 15) albo mówił, że on oczywiście wyjdzie z psem przed treningiem, ale potem było "już nie zdążę z nim wyjść".
- Mamę traktuje jak kolegę, nie będę cytował niektórych tekstów.
- Mamy działkę. Malowałem słupki, bramę, wywalałem gruz (nie oczekując niczego w zamian, zrobiłem to, bo chciałem pomóc rodzicom). Brat dokładnie raz był na działce coś robić - pomalował pół bramy, do tego z jednej strony, i stwierdził, że fajrant.
- Obsikanie deski? Udawał, że to nie on.
Jest tego więcej oczywiście :)

Kiedyś, jak to wszystko się zaczynało, powiedziałem mamie, że jeśli teraz czegoś z lenistwem brata nie zrobią, to będzie źle. Rodzice machnęli ręką, że "oj tam, przejdzie mu, wyrośnie". Nie reagowali.

Czemu to piszę? Bo właśnie przed chwilą oczywiście po raz kolejny moja rodzicielka musiała wyłączać prąd, bo braciszek nie chciał wyjść z psem. Dlaczego tak ostro zareagowała?  Bo brat potrafi sobie włączyć mecz w ligę w momencie kiedy pies od 10 minut piszczy mu pod uchem, że chce wyjść (a w 7 na 10 przypadków jak o coś poprosicie, to powie, że teraz nie może, bo gra).

#W0MFn

Mieszkam w internacie, do domu mam 3 godziny drogi. Żyję za grosze, wracam do domu raz na 2 tygodnie.

Pewnego razu poszłam do pobliskiej Biedronki po jakieś drobne zakupy. Gdy czekałam w kolejce stała przede mną kobieta z dzieckiem. Widać było na pierwszy rzut oka, że nie przelewa im się. Gdy jej córeczka poprosiła mamę o najtańszego batonika, ta zaczęła (za przeproszeniem) "drzeć mordę" i zarzekać się, że naprawdę nie ma pieniędzy.

Gdy przyszło im już płacić, matka poprosiła jeszcze ekspedientkę o paczkę polskich papierosów. Aż się we mnie zagotowało... Niewiele myśląc kupiłam tej dziewczynce 5 batonów. Dogoniłam ją i wcisnęłam w jej małe rączki zakupione szczęście. Nie obyło się bez awantury i histerii ze strony jej matki. Powiedziałam tylko na odchodne, że gówno z niej nie matka, skoro dziecku żałuje batona, a sobie sama dogadza, i szybkim krokiem odeszłam.

Nie żal mi straconych pieniędzy.

#TQmKp

Miałam 18 lat, pochodzę z małej miejscowości, ale uczyłam się w większym mieście oddalonym o ponad 100 km i dlatego mieszkałam w internacie. Byłam w drugiej klasie i miałam najwyższą średnią w szkole, lecz była jeszcze Magda, która miała troszkę niższą średnią ode mnie i zawsze zajmowała miejsce za mną w różnego rodzaju konkursach. W szkole, do której uczęszczałam, jeden najlepszy uczeń miał szansę na praktykę w Londynie, oczywiście byłam pierwsza brana pod uwagę, a druga była Magda, która zazdrościła mi tego wyjazdu i była bardzo zła. Zrobiłaby wszystko, by pojechać.
Jak już wspomniałam, mieszkałam w internacie i mieszkał tam też mój chłopak i wspomniana Magda. Jak to bywa w internatach, gdy się wychodzi z pokoi np. do kuchni czy gdzie indziej na terenie internatu, swojego pokoju się nie zamyka.
Przez dwa tygodnie byłam sama w pokoju, ponieważ moja lokatorka była w szpitalu i wiadomo, korzystaliśmy z sytuacji wraz z chłopakiem.
Wkrótce potem dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Ale jak to się stało? Przecież się zabezpieczaliśmy.
Koleżanka Magdy przyszła do mnie i wytłumaczyła mi, jak to się stało. Podczas mojej nieobecności w pokoju, Magdalena weszła do mojego pokoju, przeszukała go i znalazła prezerwatywy, które poprzekłuwała szpilką, a my nieświadomi ich "używaliśmy" jako środek bezpieczeństwa.

Moja rywalka wreszcie osiągnęła swój cel i wygrała ze mną walkę o praktykę.

#6UZjn

Wychowuję samotnie 9-letnią córkę, jej mama zmarła tuż po porodzie. Kiedy Gabrysia była w przedszkolu, miała pewne zadanie, mianowicie narysować swoją rodzinę. Przedszkolanka zaniepokoiła się rysunkiem, na którym ani ja, ani Gabrysia się nie uśmiechamy. Dodatkowo na pytanie: "Czy lubisz swojego tatusia?" odpowiedziała: "Nie". Zostałem wezwany na rozmowę, bardzo się zdziwiłem, myślałem, że moje relacje z córką są świetne. 

Gdy wszedłem do odpowiedniej sali, przywitał mnie niemiły wzrok pań przedszkolanek. Słyszałem komentarze, że nie potrafię sam dziecka wychować. Kiedy podczas spotkania Gabrysia znów została zapytana o rysunek, odpowiedziała: "Jak ja i tata możemy się uśmiechać? Przecież tatuś na rysunku daje mi buziaka na dobranoc, a wtedy trzeba zrobić dzióbek. Nie da się uśmiechać". Wtedy zaczął się dialog Gabrysi i pani przedszkolanki:
- Gabrysiu, kochasz swojego tatusia?
- Kocham najmocniej na świecie!
- To dlaczego wcześniej odpowiadałaś, że go nie kochasz?
- Pani mnie zapytała, czy lubię tatusia, ja go nie lubię, ja go kocham nad życie.

Kocham moją małą córeczkę... :)

#K1TdE

Uważajcie, czego sobie życzycie...

Z Patrycją znałam się od kołyski. Przez 20 lat wspólnych wzlotów i upadków nic nie było w stanie zaszkodzić naszej babskiej przyjaźni. Aż pojawił się On. Patrycja świata poza nim nie widziała, a po kilku tygodniach ich wielkiej miłości napisała mi SMS-a, że nie ma sensu, abyśmy dalej utrzymywały kontakt. Wszelkie próby wyjaśnienia sytuacji spełzły na niczym. Zabolało, nie powiem; jednak trzeba było żyć dalej.

Trzy lata później doszły mnie słuchy, że się pobrali i Pati jest w ciąży. Wiedziałam, że zawsze marzyła o założeniu rodziny, jednak wciąż miałam do niej tak ogromny żal, że w duchu zaczęłam życzyć jej poronienia. Wiem, że to podłe, kobieta kobiecie, ale rany wciąż były świeże i bardzo chciałam, aby poczuła, jak smakuje strata bliskiej osoby.

Kilka dni temu wpadłyśmy na siebie na mieście, porozmawiałyśmy chwilę. Jej synek, obecnie 7-letni, przez błąd lekarza przydusił się podczas porodu; skutkiem czego jest silne upośledzenie umysłowe i brak rokowania samodzielności w dorosłym życiu.

Moje marzenie się spełniło. W sumie nawet z nawiązką, gdyż wydaje mi się, że "łatwiej" byłoby stracić ciążę, niż żyć ze świadomością, że arogancki medyk w kilka chwil zniszczył życie zdrowemu dziecku. Pomimo że nie miałam żadnego wpływu na zaistniałą sytuację, czuję się po prostu dziwnie.
Dodaj anonimowe wyznanie