Spałam sobie w pokoju wynajętym w związku z praktykami, pokój na parterze, w bloku wśród innych bloków. Okno uchylone, bo taki mam po prostu zwyczaj spania. Godzina 0:30 - budzi mnie płacz/krzyk kobiety — zrywam się i myślę sobie: „gwałcą dziewczynę!”. Podczołgałam się do okna, zaglądam zza firanki, krótkowzroczność nie ułatwia sprawy. Gwałcą czy nie gwałcą?! Znowu krzyk — no chyba gwałcą. Ja w piżamie, gotowa lecieć ratować. Nagle słyszę indiański okrzyk (to takie gulganie). Nie no, bez sensu, gwałciciel triumfuje? A potem się wyjaśniło.
Dziewczyna (prawdopodobnie pod wpływem) po prostu miała śmiech jak zarzynana świnia. A ja tu o mało zawału nie dostałam, plus jako że się obudziłam i dopiero wtedy poczułam wypełnienie pęcherza dokonane w trakcie snu, musiałam dodatkowo pójść do toalety, bo niewysikana nie zasnę.
Facet, który dzisiaj rano zajął mi przed nosem miejsce parkingowe i powiedział, żebym spie**alała, właśnie dotarł do mnie na gastroskopię :)
Moja 5-letnia córka chodziła ostatnio po mieszkaniu i nagrywała się na komórce mojej żony. Spytałem ją, po co to robi, co też wielkiego planuje zrobić z tymi filmami, a ona na to, swoim słodkim, dziecięcym głosem: „Nagrywam wam pamiątkę, żebyście mieli, jak będę martwa”, po czym uśmiechnęła się rozkosznie. Nie powiem, zmroziło mnie...
W życiu każdego faceta przychodzi ten piękny moment, w którym zdaje prawko i wsiada do swojego pierwszego samochodu. Ja parę miesięcy temu to przeżyłem. Musicie wiedzieć, że mój ojciec nie uznaje używanych samochodów i jest fanem BMW.
Doszliśmy do konsensusu, że jeśli samochód ma być nowy, to taki, jak ja chcę. I kupiliśmy dwudrzwiowe sportowe coupé w full opcji, bo czemu nie? I się zaczęło...
W dniu, w którym podjechałem moją bawarką pod szkołę, zaczęły się docinki nauczycieli, najpierw tak ogólnikowo, np. „rozpieszczona młodzież z pieniędzmi rodziców”, a potem coraz bardziej jednoznacznie. Częściej chodzę do odpowiedzi niż kiedyś, codziennie sprawdzają mi pracę domową (nigdy nawet nie sprawdzali), na testach jest w ogóle tragedia... Lekko zniekształcona litera i już całe zdanie jest przekreślone i uznane jako nieczytelne. Wychodzi na to, że nauczyciele gnębią mnie, bo mam lepszy samochód od nich...
Śmieszne jest to, że nie szpanowałem tym ani nic, jestem normalnym chłopakiem, ubieram się normalnie, jak każdy, nigdy nie miałem się za lepszego od innych, a i tak jestem uznawany za głupiego banana. Fajnie, co? Zazdrość, zawiść? Nie wiem...
Jestem szczęśliwym posiadaczem niewykastrowanego kota.
Ostatnio mojemu kotu zachciało się małych igraszek i zaczął z wielkim uwielbieniem ujeżdżać moją nogę.
Wszystko w tym byłoby dość naturalne, gdyby nie fakt, że nieoczekiwanie zwymiotował, a ja ze śmiechu spadłem z łóżka.
A potem ludzie mnie się pytają, jak złamałem palec.
Noż kur...
Od kilku dni czuję się jak totalne zero. Nie mam siły na nic. W szkole zachowuję się normalnie i mam normalne relacje, ale jak tylko wyjdę ze szkoły, czuję się jak wspomniałem wyżej. Nie mam ochoty z nikim gadać. Nie wiem, co się dzieje.
Udałam się niedawno do urzędu, a jako że była długa kolejka, to siedzę sobie i czekam na swój numerek. W pewnym momencie słyszę, jak urzędniczka kilkukrotnie głośno powtarza pytanie: „Czy była pani zameldowania w Polsce?”. Kobieta coś odpowiadała po angielsku, ale nie słyszałam co dokładnie. Następnie urzędniczka znów kilka razy, głośno powtarza, tym razem: „Czy pani jest pierwszy raz w Polsce?!”.
W końcu chyba postanowiła przetłumaczyć to ostatnie zdanie na angielski i udało jej się wydukać: „Łan Poland?!”.
W tym momencie jakiś pan postanowił pomoc obu kobietom i zaproponował tłumaczenie rozmowy. Urzędniczka przyjęła to z westchnieniem ulgi i narzekaniem: „No mówię łan Poland, to nie rozumie”.
Naprawdę się spodziewała, że ktoś to zrozumie?
Jest takie przekonanie w męskim gronie, że kobiety lubią się przyczepić za byle co, mają fochy i to magiczne „domyśl się”.
Mieszkam z moimi kumplami w wynajętym mieszkaniu. Ogółem są inteligentni, studiują wymagające kierunki, ale są tak tępi życiowo, że już ręce opadają. Jednym słowem bardzo nieogarnięci. Tylko ja rozumiem, że ktoś z natury jest taki (sam jestem nieogarnięty), ale oni w ogóle nie wykazują chęci do zmian. Wiadomo, wspólne mieszkanie, to i jakieś obowiązki są. Raz czy dwa można coś pożyczyć, ale nie ciągle.
Umówiliśmy się tak, że każdy kupuje po kolei wspólne artykuły, takie jak: mydło, srajtaśma, płyn do naczyń. Ja zacząłem i koniec, to by było na tyle. Jak ja nie kupię srajtaśmy, to oni będą się rękami podcierać. Jak nie kupię płynu do naczyń, to nie będą zmywać, chociaż tutaj i tak jeden kumpel to fenomen. Tak zwany kolekcjoner, wszystko zbiera i trzeba chodzić do niego do pokoju po naczynia, bo już brakuje. Jeden jest gruby i w dodatku od niego je*ie (nie napiszę, że źle pachnie, bo to nie zobrazuje powagi tej sytuacji). Potem wielce zdziwiony, że powodzenia wśród kobiet nie ma. A potem słyszysz, że kobiety to lampucery, patrzą na kasę i z samymi debilami chodzą, a tacy faceci jak on nie mają kobiet.
Sam święty nie jestem, ale jak ktoś zwraca mi uwagę, to się nie gniewam i staram się poprawić. A u nich to jak głową w mur, w dodatku łatwo ich urazić. Zwrócenie uwagi podziała na chwilę, następnego dnia jest to samo. Próbowałem w ramach żartów przygadać, czasem już dość chamsko, to tak samo, czyli nic. Sam bardzo porządkowy nie jestem, czego mój pokój jest przykładem, tylko że ja sam z niego korzystam. We wspólnych pomieszczeniach trzymam rygor — gdy coś mi spadnie, to podniosę, jak pochlapię stół, to od razu zmyję, zmywam naczynia po jedzeniu, tak żeby nikt po mnie tego nie robił. Ale jak chcę zrobić sobie jedzenie, to muszę najpierw pozmywać naczynia, które będą mi potrzebne, i dopiero wtedy zaczynam gotować. Jak zwracam uwagę, to słyszę, że muszą się uczyć i zrobią to później. Tylko kur** czas na piwo i wspólne rozmowy to mają. Wiele razy było tak, że siedzieliśmy sobie w ujeb**** kuchni pełnej garów i rozmawialiśmy.
I teraz przechodzę to sedna. Gdy jedna osoba w związku musi robić wszystko we wspólnym mieszkaniu, to jest to nie denerwujące, ale wkur*******. Potem zdziwienie, że ktoś jest zły na kogoś za byle co. Uwierzcie, że to kumulacja wszystkich takich małych rzeczy.
Pracuję na co dzień z ludźmi w jednej z czterech głównych firm komórkowych. Wiadomo, ludzie są różni... Ale powiedzcie mi, jak mam się zachować, kiedy przychodzi starsza osoba, którą na sam widok mam ochotę uściskać, bo przypomina mi moją babcię, i wykorzystując brak innych klientów, zaczyna opowiadać mi o swojej sytuacji, z której wynika, że jest maltretowana przez córkę (pokazywała siniaki, których absolutnie sama nie mogła zrobić)? Pokazywała SMS-y, po których aż serce się kraja... Widać, że pani potrzebuje się wygadać. Na policję nie zgłosi, bo nie, bo kiedyś jak poszła do szpitala, to lekarz wezwał policję, pojechali do córki i później było gorzej.
Co robić, jak pomóc?
Powiedziałam mojemu szefowi, że jestem w ciąży. Spodziewałam się każdej reakcji, a padło takie pytanie: „Yyy... ale jak do tego doszło?”.
No nie wytłumaczyłam mu. Będzie żył w niewiedzy.
Dodaj anonimowe wyznanie