#lnVmR

Kiedy byłam jeszcze w podstawówce do osiedlowego, murowanego śmietnika wprowadził się bezdomny. Dzieci jak to dzieci - naśmiewały się z niego, wrzucały mu patyki na koc za kontenerem, na którym spał itp. Ja szczerze powiedziawszy trochę się go bałam. Był wysoki, tęgi, miał długie skołtunione włosy i pokaźną brodę.

Któregoś deszczowego dnia byłam u swojej koleżanki, zobaczyłyśmy przez okno, jak pana bezdomnego, siedzącego na ławce, obcina inny mężczyzna. Bez włosów i brody nie wyglądał już tak strasznie i w sumie zrobiło mi się go trochę żal. Razem z innymi dziećmi postanowiliśmy go odwiedzić. Okazało się, że to sympatyczny pan o imieniu Stanisław i nie jest ani trochę przerażający, a miły i serdeczny. Zbierał różne rzeczy w śmieciach i układał sobie obok miejsca, gdzie spał - działający zegarek, słoik ze starymi, sztucznymi kwiatami, poduszkę. W naszych małych, pełnych pomysłów główkach zrodził się plan. Charytatywne zbiórki dla pana Stacha! Codziennie każde z nas dawało mu niezjedzoną kanapkę ze szkoły (lub specjalnie przygotowaną w domu), jakieś owoce czy coś słodkiego. Braliśmy o jeden więcej kartonik mleka rozdawany w szkole, aby móc się podzielić ze Staszkiem.
Staliśmy się jego małymi przyjaciółmi, którym opowiadał ciekawe historie. Któregoś dnia ktoś z mieszkańców wezwał policję czy też straż miejską. Ślad po panu Stanisławie zaginął, a nam było bardzo smutno.

Teraz mam 20 lat. Ostatnio będąc w osiedlowej bibliotece i przeglądając książki niespodziewanie usłyszałam "dziękuję". Powiedział to siwy starszy pan z laską, schludnie ubrany, odrobinę zgarbiony. Nie bardzo rozumiałam o co chodzi i pewnie moja mina wyglądała dosyć zabawnie, ale on uśmiechnął się i odszedł. Wydawało mi się, że gdzieś go już widziałam i bardzo mnie to zaintrygowało, więc z ciekawości zapytałam bibliotekarkę (moją sąsiadkę), czy go zna lub wie jak się nazywa. I wiecie co usłyszałam?
- To pan Stanisław.

#2JpDR

Ostatnio dużo myślę o moim dzieciństwie. Koleżanka, którą znałem od bardzo dawna, trochę ponad dwa tygodnie temu popełniła samobójstwo, skacząc z 7 piętra.
Była dla mnie bardzo ważna i jak byłem młodszy, to nawet się w niej podkochiwałem. Trudno mi się z tym pogodzić i czasami płaczę w nocy jak jakaś pipa.

Pamiętam, jak z nią robiliśmy ogniska, bawiliśmy się na działce itp. Jak teraz o tym myślę, to był chyba najlepszy okres w moim życiu, ale w 2018 wyjechałem do Niemiec z powodów finansowych i kontakt nam się urwał. Widzieliśmy się tylko w lecie, ale nie dogadywaliśmy się tak dobrze jak wcześniej. Planowałem wyjechać do Polski w marcu i chciałem się zapytać Oli, bo tak miała na imię, czy miałaby dla mnie czas. Nie mogłem się do niej dodzwonić, więc zadzwoniłem do jej rodziców, czy mogliby mi podać odnośnie jej jakieś informacje, jak numer telefonu, bo jej messenger został usunięty. Wtedy się dowiedziałem, że Ola nie żyje.
Nie wiem czemu to zrobiła, ostatnio zaniedbałem z nią kontakty, ale nie wydawała się smutna ani nic z tych rzeczy.

Po prostu żałuję, że nie spędziłem z nią więcej czasu i oddałbym naprawdę wiele, żeby móc spędzić z nią ostatni dzień.

#wYotv

Pewnego letniego wieczoru rąbałem sobie drzewo (normalna robota na wsi). Praca niełatwa, więc byłem trochę spocony i co chwilę jakiś komar mnie gryzł. Z każdym ugryzieniem byłem coraz bardziej wkurzony, bez miłosierdzia zabijałem krwiopijców. Aż jeden przeważył szalę.

Jeden usiadł mi na nodze. Już mega wkurzony zamachnąłem się na niego tym, co miałem w ręce, czyli... siekierą.

W ostatnim momencie zorientowałem się co robię i zdążyłem przekręcić siekierę tak, że nie uderzyła ostrzem a obuchem, co i tak skończyło się sporym bólem i siniakiem na całe lato, a nie jazdą do szpitala z siekierą w nodze.

PS. Komar poległ.

#H8cxz

Zagadka dla ludzi lubiących matematykę.

Ania ma okres. Poprzedniego dnia kupiła specjalnie na tę okazję dwa duże słoiki Nutelli. Gdy je znajduje okazuje się, że 50% zawartości jednego słoika zjadł jej brat, 30% tata, a 10% siostra. Otwiera drugi słoik i co widzi? Sałatkę z groszku i brokułów.
Pytanie brzmi:

JAK BARDZO WKUR***NA JEST ANIA?

#gj2xg

Stałem kiedyś autem na czerwonym świetle przed przejściem dla pieszych, gdy zwróciłem uwagę na kobietę pchającą wózek z dzieckiem. Szła powoli, jedną ręką trzymając rączkę wózka, a drugą telefon. Pisała coś na nim, w niesamowicie szybkim tempie operując kciukiem. Tekst najwyraźniej zajmował ją bardzo mocno, ponieważ weszła na jezdnię i po chwili stanęła na przejściu bezpośrednio przed zderzakiem mojego auta. Tak sobie stała tekstujac, kompletnie oderwana od otaczającej rzeczywistości, nie zauważywszy, że światła zdążyły się zmienić. Zatkało mnie co nieco, a i chyba również kierowcę auta z przeciwka, ponieważ zwlekał z przejazdem, wyraźnie czekając na rozwój sytuacji.
Słusznie zresztą.
Mnie z kolei wpadł do głowy dziki pomysł. Upewniłem się, że mam jałowy bieg, dodatkowo nacisnąłem pedał hamulca lewą nogą, a prawą wcisnąłem gaz do oporu.
Silnik mały wprawdzie, ale będąc na luzie, ryknął jak szybki i wściekły...
Efekt był piorunujący.
Wózek, pchnięty gwałtownie, przejechał samodzielnie na drugą stronę ulicy, a telefon poleciał do tyłu, po pięknym łuku, wyrzucony gwałtownym wymachem ręki.
Później było jeszcze lepiej.
Babka zaczęła się miotać pomiędzy ratowaniem dzieciaka w wózku a telefonu. Trochę jak kura, której właśnie odrąbano głowę. Po trzeciej zmianie kierunku zwyciężył instynkt macierzyński i podbiegła do wózka. Następnie w tył zwrot i truchcik po telefon.

Ten cyrk trwał na tyle długo, że światła zdążyły się zmienić po raz kolejny. Kobieta, ogarnąwszy nieco rzeczywistość, zaczęła wyzywać najpierw ogólnie, by po chwili skupić się na mojej osobie, podkreślając wagę swoich słów kopniakiem w moje auto. To był błąd. Trzask pękającego paznokcia na jej paluchu był wyraźnie słyszalny. Wskazałem wtedy palcem na światła, które właśnie przełączały się po raz kolejny.
Odpuściła i nieco utykając, przeszła w końcu na drugą stronę ulicy.
Mijając się z gościem w aucie z naprzeciwka, przybiliśmy wirtualnego żółwika.

Od tej pory parę razy zdarzyło mi się ryknąć silnikiem, gdy pieszy przechodząc przez jezdnię jest wpatrzony w telefon.
Jak do tej pory, cztery sztuki upadły na asfalt.

#81wq0

Moja siostra cioteczna ma córkę, jedynaczkę. Śliczną blondyneczkę z wielkimi niebieskimi oczami. Mała ma 5 lat i wszędzie jej pełno. Jak to mówią, żywe srebro. Bardzo kontaktowa, zawsze uśmiechnięta, ale ma swoje za uszami. Jeśli w okolicy jest jakieś suche drzewo, obok którego lepiej nawet nie stawać, bo się złamie, to ona będzie siedzieć na jego czubku. Nigdy nie była złośliwa, tylko raczej ciekawa. A jej piękne spojrzenie w stylu kota ze Shreka potrafiło ją wybronić nawet z najgorszej opresji. Siostra wielokrotnie mówiła, że za zamkniętymi drzwiami mała zmienia się w małego diabła i jest nie do okiełznania, ale patrzyłam na to przez pryzmat standardowego narzekania matek. Do dnia mojego ślubu.

Ślub był w zeszłym roku w okresie największych upałów. Stoimy w kościele, ceremonia trwa, ze wszystkich spływają stróżki potu. Dzieci jak to zazwyczaj nudziły się i przechadzały/biegały po kościele, ale były cicho, więc niespecjalnie zwracałam na nie uwagę. Aż mój ukochany aniołek wpadł na genialny pomysł. Będzie biegać od drzwi kościoła do ołtarza i z powrotem. Ludzie zaczęli się oglądać, my jako państwo młodzi spadliśmy kompletnie na drugi plan, ja coraz bardziej czerwienieję z upału i ze złości i czekam na jakąkolwiek reakcję rodziców. Ale nic. Więc dziecko, jak to dziecko, przesuwa granicę.

Miałam długi tren i jeszcze dłuższy welon. Więc zaczęła zaglądać pod suknię. Najpierw tylko trochę, potem prawie mi weszła pod spódnicę. Zwróciłam jej uwagę, ale to nic nie dało. Zabrała mój bukiet i zaczęła się nim bawić. Po prostu biegała, oskubując kwiatki (wg matki: chciała być druhenką).

Ale gwóźdź programu dopiero przed nami. W czasie przysięgi, gdy mieliśmy dłonie obwiązane stułą, zaczęła ją po prostu bezceremonialnie szarpać. Ja popłakałam się nie ze wzruszenia, tylko ze złości. Jakiekolwiek upomnienia kompletnie nie zdawały egzaminu. Ze stuły przerzuciła się na welon i wyrwała mi go z włosów, rujnując przy okazji fryzurę.

Mój brat nie wytrzymał i ją wyprowadził z kościoła. Rodzice dziecka wybiegli za nim. Do końca ceremonii słychać było krzyki z dworu. Siostra cioteczna się darła, że to jej sprawa jak wychowuje dziecko, mój brat uspokajał ją, dzieciak oczywiście w bek.

Ja też przepłakałam do końca mszy. Próbowałam się uspokoić, ale nie bardzo mi wyszło. Na zdjęciach z wychodzenia z kościoła widać głównie moją czerwoną zapłakaną twarz, fryzurę jakby piorun strzelił w marchewkę i smutne łodygi, które zostały z pięknych białych róż.

A jeżeli się zastanawiacie, czy matka jakkolwiek przeprosiła, to nie. Zamiast życzeń otrzymałam informację, że na weselu się nie pojawią, bo tłamszę im dziecko. I dobrze. Krzyż na drogę.

W ten sposób mój najpiękniejszy dzień zmienił się w piekło dzięki małemu aniołkowi. Niech szlag trafi wszystkich bezstresowych rodziców.

#gCCMZ

Byłam niekiedy dziwnym dzieckiem, chyba jak każdy z nas.

Razem z bratem mieliśmy ok. 6-7 lat. On bawił się w wojnę, pinezki leżące na podłodze, odwrócone szpilką do góry, robiły za bomby. Specjalnie nadepnęłam gołą stopą na te pinezki tylko po to, żeby dostał opierdziel od mamy. Oczywiście udając, że nie zauważyłam, że to wszystko jego wina.
Opierdziel był, i to porządny, a ja choć z bólem, ale dumna z siebie, że osiągnęłam co chciałam :D

Wyrosłam z tych masochistycznych ciągot.

#bec5Y

Stuknęła mi niedawno trzydziestka i jakoś tak mnie wzięło na małe rozmyślania, więc podzielę się z Wami swoją historią.

Jestem jedynakiem, pochodzę z zamożnej rodziny; od kiedy pamiętam dwa domy, kilka mieszkań, co 2-3 lata nowe wysokiej klasy samochody, osoby do sprzątania, gotowania i opiekunka dla mnie. Ładny opis, można już stwierdzić osoba w czepku urodzona, do końca życia człowiek ustawiony i po co się w ogóle chwalić? Gdybym nie widział podobieństwa do osób, które widnieją w dowodzie w rubryce "rodzice" byłbym pewien, że jestem jakąś przybłędą, znajdą, która przez wiele lat mieszkała z nimi w domu...

Moja opiekunka, rozsądna kobieta, miała za zadanie pilnować mnie w domu, kupić mi ubranie, odbębnić szkolne wywiadówki i tak chyba do 6-7 klasy w szkole podstawowej. Później to już nikt sobie mną głowy niepotrzebnie nie zawracał. Nauczyło mnie to dość szybko samodzielności, bo na brak swobody narzekać nie mogłem. W wieku 14 lat zawyżałem swój wiek, żeby zacząć pracować, reakcją na informację z mojej strony odnośnie miesięcznego wyjazdu do pracy w polu było "Aha" ze strony ojca. Nie spodziewałem się dużo więcej, jeśli rodzice przez całe życie zwracają się do swojego dziecka wyłącznie po imieniu i to tak może ze dwa razy w tygodniu.

Do 19 roku życia z nimi mieszkałem, dopóki nie było mnie stać na wyprowadzkę i wynajem pokoju. Przez 30 lat swojego życia nic od nich nie otrzymałem, pomijam kwestie pieniężne, bo akurat brak jakiejkolwiek pomocy finansowej pozwolił mi do wszystkiego dojść samemu. Nie miałem w "domu" jakiejkolwiek zabawki, dwa razy w ramach pamięci o urodzinach dostałem tort, to tak przy okazji zaproszenia na kolację ich znajomych. Nikt mnie nigdy nie pochwalił, nikt na mnie nie krzyczał, o nic nie pytał, nie rozmawiał, żadnych wymagań, żadnych obowiązków. Bezstresowe, bezosobowe istnienie, taka wegetacja. Patrząc na to z perspektywy czasu wygląda to jak ponury eksperyment: "Co wyrośnie z człowieka, któremu zapewnimy warunki bytowe i zostawimy go samemu sobie?".

Mam więc te 30 lat, nie potrafię żywić wobec nich żadnych uczuć, ponieważ w żaden sposób nie potrafię powiedzieć jak odcisnęli się na mojej osobowości. Zmieniłem parę lat temu nazwisko, żeby moja działalność nie była kojarzona z nimi. Parę razy widzieliśmy się na z okazji świąt i pogrzebów. Parę zdań zamienionych, tak kurtuazyjnie, jakby to była daleka rodzina. Nigdy się nie dowiem, czy ich zawiodłem, czy są ze mnie dumni i właściwie po co im byłem.

Wiele dzieciaków miało dużo gorzej, wspieram dwa pobliskie domy dziecka. Chyba robię to po części dlatego, bo się dziwię, że sam się w takim miejscu nie znalazłem.

Ot, taka historia bez morału, pointy czy radosnego zakończenia.
Pozdrawiam Anonimowych

#tbYgT

Mieszkam w domku jednorodzinnym z moimi rodzicami. Ostatnio zaprosiłem do siebie dziewczynę, z którą od niedawna się spotykam. Nie wiedziałem o tym, że tego wieczora mama i tata zaproszą do siebie sąsiadów. Nie spodziewałem się też, że mój ojciec, osoba poważna i gardząca alkoholem, tego dnia po raz pierwszy w moim życiu się upije.

O tym wszystkim dowiedziałem się przypadkiem, w momencie gdy podczas naszego namiętnych zabaw ojczulek wparował mi do pokoju i podwinąwszy koszulkę, bardzo przejęty, pokazał mojej partnerce swój trzeci sutek.
Dodaj anonimowe wyznanie