Kiedyś w podstawówce wybieraliśmy gospodarza klasy. Było dwóch kandydatów — Marta i Bartek. Kto był za Bartkiem, ten miał za nim stanąć, a kto za Martą, ten za Martą. Niby fajnie, demokracja. Tylko że dziewczyny nie mogły stać za Bartkiem (zasady wychowawczyni). Dziewczyn było 16, a chłopców 10.
Pewnego wieczoru postanowiłam zrobić coś innego. Zaprezentowałam seksowny taniec swemu partnerowi, taki w bieliźnie, z gorącą muzyką w tle. Podczas wywijania ciałem na stole uderzyłam głową w lampę. Cała pikanteria poszła się j*bać. Marek nie potrafił przestać się śmiać, a ja chyba nigdy nie byłam tak czerwona w życiu. I bynajmniej nie z rozpalenia.
Historia miała miejsce niecały rok temu. Miałem dość intensywny weekend, dwie imprezy urodzinowe i studniówka. Kiedy wstałem rano do szkoły w poniedziałek, dodam, że miałem na siódmą, zaspany udałem się do toalety. W momencie kiedy stałem i oceniałem, jakie szkody wywołał ten weekend, zachciało mi się kichnąć. Przeczytałem kiedyś w internecie, że kiedy chcemy dobrze kichnąć, to najlepiej jest spojrzeć na coś jasnego, zatem tak zrobiłem.
Hałas, z jakim uderzyłem głową o umywalkę, obudził nawet rodziców...
Pewnego razu jadę autobusem. Patrzę, wsiadają dwie dziewczyny. Czuję na sobie ich wzrok, ale próbuję nie zwracać na to uwagi. Nagle słyszę ich dialog.
– Fajny jest, nie?
– No, słodki taki!
To było o mnie. Jestem 100% kobietą. Spaliłam buraka i udawałam, że tego nie słyszałam.
Jestem takim przegrywem, że o ważnej imprezie firmowej dowiedziałem się z Facebooka, kiedy koleżanka wrzuciła zdjęcie.
Byli wszyscy. Oprócz mnie i sprzątaczki.
Pracuję tam od pół roku.
Mamą zostałam, gdy miałam 34 lata, krótko przed 10 rocznicą ślubu, po 7 latach, coraz bardziej rozpaczliwych, starań. Siedem lat nadziei, rozczarowań, badań i biegania po lekarzach, którzy bezradnie rozkładali ręce, bo nie widać żadnych medycznych przeciwwskazań. Ale w końcu się udało! Nasz mały-wielki cud. Ciąża przebiegła wzorcowo, poród również, a Zosia... Do momentu jej narodzin nie zdawałam sobie sprawy, ze można kogoś aż tak kochać. Bezwarunkowo. Za wszystko. Do utraty tchu. Momentami, zwłaszcza gdy słuchałam, jak przejęta coś opowiada albo patrzyłam, jak spokojnie oddycha przez sen, miałam ochotę, krzyczeć, biegać, bo czułam, że bezmiar tej miłości zaraz rozsadzi mnie od środka. Malutka świetnie się rozwijała i była oczkiem w głowie całej rodziny. Aż do tamtego pamiętnego dnia mogłam śmiało mówić, że mam idealne życie.
Pamiętam to jak dzisiaj — październik, piątek. Wyszłam z pracy i skierowałam się w stronę samochodu, żeby pojechać na umówioną kawę z koleżanką. Nie zdążyłam zrobić kilku kroków, gdy zadzwonił telefon. Momentalnie zrobiło mi się gorąco, poczułam w brzuchu straszny ucisk i wiedziałam, że stało się coś złego. Drążącą ręką nacisnęłam zieloną słuchawkę: „Dzień dobry. Pani W.? Zosię zabrało pogotowie. Zemdlała. Szpital X”. Kolejne dni pamiętam jak przez mgłę. Jakieś pojedyncze skrawki, okruchy dnia. Pamiętam moje maleństwo. Blade i przerażone, podłączone do miliona kabelków i dziwnych aparatów. Pamiętam męża, który po latach niepalenia z powrotem zaczął odpalać jednego od drugiego. Pamiętam irytację, którą czułam, gdy lekarze nie byli w stanie powiedzieć, co się dzieje z naszym dzieckiem. A najbardziej pamiętam wściekłość po usłyszeniu diagnozy. Niedowierzanie. I własny krzyk. Cztery lata?! Naprawdę tylko tyle?! Nie zasługiwaliśmy na więcej?
*****
Dziś Zosia miałaby 17 lat, a ja wciąż mam wiele pytań. Ale już nie jestem wściekła. Już nie płaczę. Już nikogo nie obwiniam. Po prostu tęsknię.
W szkole na polskim dostaliśmy na pracę domową napisanie listu miłosnego. Złamałem trochę formę i napisałem całą historię tego, jak to każda dziewczyna, która mi się podobała, mnie odrzuciła. Nauczycielka odczytała to przed całą klasą i wszyscy się zaśmiewali, mówiąc, że to przekomiczne. Dostałem szóstkę za tak zabawną formę wypracowania.
Moje życie uczuciowe to żart...
Znajomy produkował dropsy. Raz, żeby podkręcić trochę sprzedaż dropsów miętowych (zielonych), zrobił konkurs w stylu „znajdź czerwonego dropsa i wygraj 10 tysięcy”.
Szkopuł w tym, że czerwonych dropsów nie było, bo ich w ogóle nie produkował.
Najlepsze, że zgłosiło się czterech potencjalnych zwycięzców. Trzech dobrało podobne dropsy od innych producentów, tylko że czerwone. Jeden zielonego dropsa pomalował farbą w sprayu na czerwono.
Kto był większym Januszem: klienci czy producent?
Gdy byłem dzieckiem, moja matka nauczyła mnie bardzo ważnej rzeczy w kuchni: jak się wygotowuje, musisz dolać wody. To bardzo jej pomagało, bo gdy nieraz musiała na chwilę gdzieś iść, choćby do toalety, to zostawałem i pilnowałem obiadu.
Pewnego dnia rodzice smażyli dżem. Dla tych, którzy nie wiedzą: trzeba go co chwilę mieszać, czekając, aż wygotuje się woda.
Za każdym razem, jak rodziców nie było w pobliżu, a ja akurat przyszedłem zajrzeć do kuchni, widząc wygotowaną wodę (resztki dżemu po bokach odstające nad poziom wody), dolewałem wodę z czajnika. Rodzice zorientowali się dopiero po kilku godzinach, wciąż zastanawiając się, czemu ta woda nie chce się wygotować.
Ostatecznie musieli siedzieć przy tym dżemie do pierwszej w nocy, zanim wygotowała się odpowiednia ilość wody... Ale chciałem dobrze.
Mam żonę, lecz mimo tego, że bardzo ją kocham, podoba mi się jej młodsza siostra, śni mi się i myślę o niej... Nie wiem co robić.
Dodaj anonimowe wyznanie