Parę dobrych lat temu wybrałam się z moim nowym chłopakiem na wypróbowanie lodów z nowo otwartej lodziarni. Podczas trudnego wyboru smaku i rodzaju nie mogłam się zdecydować. Mój luby postanowił zrobić to za mnie. Wybrał gałkowane śmietankowe.
Zmęczeni długim spacerem przysiedliśmy w parku, w którym jest niezliczona ilość drzew, a co za tym idzie, ptaków również. Z błogą nieświadomością kontynuowaliśmy pyszne lody. W pewnym momencie usłyszałam kapnięcie, które zignorowałam.
Nagle mój lód zmienił smak na strasznie gorzki. Połączyłam wszystkie wątki... Ptak nasrał mi na loda. Nie powiedziałam tego chłopakowi, za krótko się znaliśmy i nie chciałam wyrzucić loda, bo zrobiłoby mu się przykro, że nie smakuje mi jego wybór. Zjadłam do końca.
Wszystko w moim biurze kopie mnie prądem.
Komputery, kable, klamki, grzejniki, biurko, drukarka, ludzie... Codziennie. Kilkanaście razy dziennie.
Wytworzył się we mnie lęk przed przechodzeniem przez drzwi, bo jedna konkretna klamka strzela we mnie za każdym razem, kiedy jej dotykam. Otwieram drzwi łokciem, nawet kiedy mam wolne ręce.
Każde podanie komuś pendrive'a z ręki do ręki jest bolesne dla nas obojga.
Po kilku miesiącach straciłam poczucie swobody poruszania się po moim miejscu pracy, chociaż samą pracę bardzo lubię, ale boję się dotykać przedmiotów na własnym biurku.
Chłopak, z którym się przez chwilę spotykałam i na którym mocno mi zależało, któregoś dnia pokazał mi jakąś grę na telefonie. Pierwsze co zrobiłam, kiedy gra się uruchomiła, to wyciszyłam dźwięk, bo nie przepadam za tymi melodyjkami z aplikacji.
Okazało się, że to on zaprojektował muzykę i dźwięki do tej gry i dlatego mi ją pokazał. Potem stwierdził, że skoro jest tak słaba, że ludzie wyłączają dźwięk po pierwszych pięciu sekundach, to nie ma sensu się w to bawić.
Przeze mnie odrzucił kilka propozycji od innych firm i w zasadzie skończył z muzyką, a przynajmniej pokazywaniem jej publicznie.
Niby nic złego nie zrobiłam, ale jakoś tak mi z tym dziwnie.
Sytuacja miała miejsce, gdy byłam na 4 roku studiów. Istotne jest to, że zajęcia mam w dwóch budynkach oddalonych od siebie o jakieś 3 km.
Był to jeden z tych kobiecych dni, w których bez podpaski ani rusz. Wykładowca zrobił 5-minutową przerwę, przed nami jeszcze 2h wykładu. Musiałam więc szybko zadbać o higienę intymną. Poleciałam więc do łazienki, ściągam gacie i... nie ma śmietnika.
A już słyszę, jak stado studentek formuje się w kolejkę, nie ma więc odwrotu. Szukam więc woreczka w torebce z nadzieją, że nie będę musiała wrzucać jej pod siebie, bo kto wie, czy się spuści. Woreczka brak. Chcąc nie chcąc, zużyta podpaska trafia do muszli klozetowej. No już nic nie zrobię, spuszczam wodę i znikam z toalety.
Kilka dni później po zajęciach w innym budynku udaję się z koleżankami do toalety za potrzebą. Kolejka jak stąd do wieczności, a na dotarcie na zajęcia w budynku, w którym miało miejsce wyżej opisane zdarzenie, zostało nam zaledwie 20 min. Postanowiłyśmy więc, że wstrzymamy się z zaspokojeniem swych potrzeb aż do momentu, gdy dotrzemy do drugiego budynku, jako że tam liczba toalet jest znacznie większa i nie powinno być problemu z kolejką.
Niemalże w biegu dotarłyśmy na kolejne zajęcia. Rozkładamy rzeczy w ławce, po czym udajemy się do łazienki, a tam... Tabliczka, że toaleta nieczynna na czas nieokreślony, bo rury zatkane...
Wyobraźcie sobie, z jakim bólem musiałam się zmagać, żeby przez kilka godzin powstrzymać potrzebę oddania moczu. Co więcej, byłam i jestem do dziś święcie przekonana, że moja podpaska znacznie przyczyniła się do zaistniałej sytuacji.
To była jedna z najgorszych lekcji życia.
Czasami wieczorami chodzę po osiedlu, na którym wynajmuję pokój, i patrzę gdzieś wysoko w okna. Zawsze zastanawiam się, czy może jest tam starsza pani, która mogłaby mnie przygarnąć i zostać moją przyszywaną babcią. Może ona też potrzebuje pomocy i kogoś bliskiego?
Jestem sama. Nie mam rodziny.
Od zawsze chciałam występować na scenie.
Kiedy nikogo nie ma w domu, wykonuję różne zadania aktorskie, śpiewam też utwory. Po wszystkim włączam na YouTube dźwięki aplauzu i udaję, że kłaniam się przed ogromną publicznością.
Ukłony, machanie i posyłanie całusów do widowni mam chyba opanowane do perfekcji.
Historia o tym, że nawet schroniska mają swoją ciemną stronę.
Miałam dwa koty. Jeden z nich był mój, a drugi mojej mamy, którego przygarnęła sobie, kiedy wyjechałam na studia, zabierając swojego kota. Niestety los potoczył się tak, że musiałam kota oddać do domu rodzinnego, gdyż trafiła mi się współlokatorka, która żądała, by kot siedział tylko u mnie w pokoju. Nie chciałam kota zamykać w małym pokoju, więc uznałam, że lepiej jej będzie u mamy. Wytrzyma już te kilka miesięcy beze mnie, bo moja mama i tak planowała się wyprowadzić do miasta gdzie studiowałam.
Przyznam, że w domu nie było za ciekawie. Były lekkie problemy finansowe, ale koty zawsze miały czysto i miały co jeść oraz zdarzały się awantury, ale koty były całe.
Powiedziałam o wszystkim siostrze i uznała, że tak być nie może i powiadomiła koleżankę, która pracuje w schronisku i się zaczęło...
Byłam zła na siostrę i to bardzo, ale teraz nie mam jej tego za złe, bo wiem, że chciała dobrze.
Ja 500 km oddalona od domu, okres sesji i dowiaduję się, że do mojej mamy zawitało schronisko. "Zabieramy koty" - padło. Moja mama zdziwiona i nie wie o co chodzi, ale wszystko wyjaśnili. Zaczęli jej grozić, że albo po dobroci odda koty, albo wezwą policję. Na szczęście moja mama to twarda babka. Wiedziała, że jeśli mój kot (drugiego niezbyt znałam) trafi do schroniska, to się załamię, bo bardzo go kochałam. Postanowiła im się nie dać, więc wezwali policję. Policja wszystko sprawdziła i uznała, że nie widzą powodu, by je zabrać, toteż pani ze schroniska (przyjechały dwie) uznała, że w takim razie pojadą do weterynarza! Bo wychudzone i na pewno są pobite! No to moja mama zabrała je do niego. Weterynarz: nie ma żadnych oznak skrzywdzenia oraz ich waga mieści się w normie. Pani ze schroniska (druga siedziała cicho cały czas) mówiła, że tego tak nie zostawi i wykłócała się z moją mamą.
Ostatecznie pojechała i zaczęła do mnie wydzwaniać. Że mam oddać koty, oni wezmą je tylko na chwilę i potem oddadzą, jak moja mama się wyprowadzi. Natomiast mojej siostrze mówiła kompletnie co innego... Napisali na swojej stronie o nas taki post, że wyszłyśmy na potwory. Że niby nie ma prądu, wody, kuwet (policja widziała, że wszystko jest). Potem uznali, że kuwety były, ale brudne... Plątali się we własnych zeznaniach. Chcieli nawet wezwać TOZ. Jednak mama go wezwała i wystawił nam dobrą opinię.
Wszystko dobrze się skończyło. Policja była jednak zaskoczona, że nie chcemy wytoczyć schronisku procesu o pomówienia i groźby. Uznałyśmy, że nie ma sensu włóczyć się po sądach.
Od tego czasu z przymrużeniem oka czytam posty z różnych schronisk...
Najbardziej to dziękuję mojej mamie, że tak o nie walczyła. Ja jestem osobą strachliwą i gdyby byłabym na jej miejscu, nie wiem, czy byłoby szczęśliwe zakończenie.
Po długim czasie moje zdrowie prawie wróciło do normy. Tak są kontrole, leki itd. Nie nie zapomniałem o córce i cały czas pamiętam ale...
Ona nie chce ze mną kontaktu.
Po jakimś czasie z mojego drugiego związku urodziła się córka. Tu weszła depresja. Żona, małe dziecko. I ja z depresją. Kim ona miała się zająć, na kim się skupić?! Tak jak pisałem depresja była, ale już nie ma, lecz czuję że to może się zmienić. Cały czas jestem pod opieką psychologa i psychiatry. Ale czuję że coś chyba jest nie tak.
Całkiem niedawno wybrałem się do Polski dosłownie na 2 dni. Z rodziną mojej żony, zwyczajny normalny kontakt. Przed wyjazdem do Polski spytałem szwagra czy mogę u niego przenocować (kawaler sam). Oczywiście nie było problemu. Tak się złożyło, że żeśmy się pokłócili (o pieniądze, nie długi czy coś). Wymiana zdań, wyjaśnione i było ok.
Ale od tego momentu nic nie rozumiem. Moja żona też. Wróciłem do domu do rodziny. I dzwoni do mnie szwagier, że ukradłem mu 60 tys zł. Że on wie, że to ja. Ale po co mi jego pieniądze? Przecież to jest w ogóle nielogiczne. Po tym wszystkim rozwaliłem się. Zawal serca również. On jeszcze utrzymuje kontakt z moją żoną - swoją siostrą, ale to jest tak, że on jej wmawia, że to ja zrobiłem. Żona jednak wierzy mnie. Nie mam siły. W głowie chaos.
Mam 16 lat i jestem w 2 klasie szkoły średniej. I mam pewien problem, mianowicie nie potrafię nawiązywać relacji w szkole. Problem ów dotyczy JEDYNIE szkoły - w innych miejscach bez trudu dogaduję się z rówieśnikami. Gdy byłam w 8 klasie podstawówki, zaprzyjaźniłam się z dziewczyną z innej klasy, co mnie uratowało - w końcu miałam z kim spędzić czas. Aktualnie w mojej klasie są same osoby, które w swoje 15-16 lat wyglądają i zachowują się, jakby miały 24. Wykorzystują moją nieśmiałość i próbują mną pomiatać. Na przerwach zamykam się w kabinie toaletowej i czytam anonimowe, jem drugie śniadanie, piszę z internetowymi przyjaciółmi. Chciałabym zaprzyjaźnić się z kimś "normalnym" z innej klasy, są takie osoby, często je widzę, ale nie wiem, jak to zrobić. Pomocy!
Jest wielu przeciwników i zwolenników zakazu aborcji w Polsce. Osobiście należę do tej pierwszej grupy, jednakże w pewnym sensie czuję ulgę, że takie prawo obowiązuje.
Absolutnie nie wyobrażam sobie siebie w roli matki, nie znoszę dzieci i nie potrafię obdarzyć ich jakimkolwiek innym od obrzydzenia uczuciem. Mnóstwo razy już słyszałam, że mi to kiedyś minie, że jeszcze mam czas itd. Nikt nie potrafił zrozumieć, że ja po prostu nie chcę mieć dzieci.
Dzięki zaostrzeniu zakazu aborcji zamiast tłumaczyć po raz tysięczny, że nie chcę mieć dzieci, nie potrafiłabym ich kochać i że mi się nie zmieni, mówię, że po prostu boję się zachodzić w ciążę, żeby nie być później skazaną na patrzenie na ewentualną śmierć własnego dziecka.
Dla niektórych może to się wydać okrutne, ale zrozumcie w końcu, że nie każdy ma taki sam światopogląd jak wy. Nie znacie sytuacji drugiej osoby, więc nie oceniajcie i nie próbujcie wciskać komuś swoich racji.
Dodaj anonimowe wyznanie