#1zqyQ

Wychowywałam się w mocno patologicznej rodzinie. Alkohol był u nas częściej na stole niż obiad. Od nastu lat dorabiałam w wakacje, żeby mieć na jakiś ciuszek czy książki. Na wycieczki nie jeździłam, bo nie miałam "hajsu". Od mniej więcej siedemnastu lat zaczęła się moja pierwsza stała praca - na razie w weekendy.

Nigdy nie chodziłam na imprezy, do klubów ze znajomymi czy na inne wypady - raz nie miałam czasu, dwa za pieniądze które bym "zmarnowała", mogłam kupić żarełko dla mojego kota, który w gruncie rzeczy był moim jedynym prawdziwym kumplem.

Dzieciaki śmiały się ze mnie, w małej, zakiziałej wiosce, z której pochodziłam, wszyscy znali moich "rodziców". Nie było łatwo...

Mimo to poszłam na studia - w międzyczasie zdechł mój ukochany kociak (po 14 latach naszej przyjaźni). Właśnie wtedy, przez pozornie błahą sprawę, całkowicie się rozkleiłam. To był jeden z najgorszych dni w moim życiu. Pogrążona w depresji poszłam wieczorem do parku. Usiadłam na ławce i długo płakałam. Rozbolała mnie głowa, oczy zapuchły i kiedy próbowałam wrócić do domu (godzina była późna, więc dodam, że panowały iście egipskie ciemności), potknęłam się o jakąś gałąź i łup!
Ocknęłam się w szpitalu, z opatrunkiem na głowie. Znalazła mnie jakaś studentka wracająca z imprezy i wezwała pomoc (dziękuję!).

Po zakończonej obserwacji, wychodząc ze szpitala, wpadłam na jakiegoś chłopaka. Ten "kolo" rozpoznał we mnie licealną koleżankę. Gdyby mnie wtedy nie poznał - nigdy w życiu nie skojarzyłabym go z moim starym znajomym. Nie miał włosów, był chudy, ale na bladej twarzy rysował się uśmiech.

Poszliśmy na kawę, potem spotkaliśmy się kilka razy. Od słowa do słowa zwierzyłam mu się ze swoich bolączek, on wyznał mi swoje. Był po kolejnej chemioterapii - diagnoza: nowotwór.

Mimo ciężkiego stanu zawsze był pogodny, uśmiechał się, dużo żartował. Takie moje totalne przeciwieństwo. I mimo mojego wiecznego pesymizmu, potrafił mnie rozweselić. Zakochaliśmy się w sobie, ale on nie chciał się wiązać - mówił, że pozwalając sobie na miłość, zrani mnie. Bo to ja zostanę, kiedy on przegra walkę.
W życiu jednak bywa tak, że ludzie po prostu za bardzo siebie potrzebują, żeby pozostać osobno.

Chodziliśmy ze sobą dwa lata, potem mi się oświadczył, wzięliśmy ślub. Mimo trudności walczył dzielnie z rakiem jeszcze prawie rok. W kilka tygodni przed tym, jak trafił do szpitala (na święta, pod choinkę) dostał zdjęcie USG naszego dziecka. Umarł trzy miesiące przed narodzinami Dominiczki (po TATUSIU), wyznając mi, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie.
Mała nigdy nie zobaczy taty, ale obiecałam być silna dla niej. Kiedy się uśmiecha, widzę w niej miłość swojego życia.
kiez Odpowiedz

Za dużo ckliwych filmów oglądasz i potem takie zmyślone wyznania powstają.

kiez Odpowiedz

Jak udowodniono wiele lat temu nowotwory obciążają genetycznie. Więc umyślne zachodzenie w ciążę z kimś, kto umiera na raka i świadome narażanie dziecka na większe prawdopodobieństwo podobnej choroby jest według mnie skrajną głupotą.

3timeilosepassword

Każdy ma jakieś obciążenia genetyczne. Moim zdaniem dziwne byłoby pozwalanie sobie na rozmnażanie tylko z odpowiednio dobrym genomem, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że ludzkie geny są coraz gorsze z pokolenia na pokolenie, a wyginięcie raczej nie jest ciekawą opcją.

erenthar

@3timeilosepassword, ależ to jest rewelacyjny, postępowy pomysł, jeszcze certyfikacje powinno się wprowadzić i zezwolenie na zajście w ciążę i już po paru pokoleniach mamy ubermencha!

Dodaj anonimowe wyznanie