#82c0M

Witajcie użytkownicy, nie wiem jak dokładnie mam zacząć wyznanie. Zacznę może od początku.

Od kiedy sięga moja pamięć nie dogadywałem się zbytnio z płcią przeciwną. Zawsze płeć przeciwna kojarzyła mi się tylko z wiecznymi pretensjami i problemami. Podejrzewam że to nastawienie wzięło się od mojej matki.

W domu dostawałem od niej warunkową miłość to znaczy że kiedy robiłem coś minimum poprawnie i w górę byłem odbierany dobrze i czasem chwalony i ogólnie byłem traktowany dobrze a w momencie w którym szło mi na przykład gorzej w szkole byłem od razu atakowany z jej strony psychicznie i nieraz fizycznie aczkolwiek w mniejszym stopniu.

Dostawałem również sprzeczne sygnały od niej np. raz mówiła że potrafię wiele a kolejnym razem słyszałem że jestem głupi i nic nie umiem lub dasz radę a po jakimś czasie z furią pytała się po ch** robię daną rzecz.

Od kiedy sięgam pamięcią moja matka zmuszała mnie do zajęć sportowych poza lekcyjnych mimo że problemu z tuszą nie miałem A byłem aktywny fizycznie z tym że na podwórku z kolegami amatorsko, można powiedzieć że miałem lekką nadwagę w pewnym momencie otyłość ale schudłem A i tak byłem zmuszany, kończyło się to tak że chodziłem na te różne sporty przez najwięcej rok w poszczególnej dziedzinie i potem się od tego wykręcałem.

Kiedyś usłyszałem od matki że jestem złamanym chu*** bo zamiast 4 przyniosłem do domu 3, miałem wtedy 10 lat. W wieku około 11 lat dostałem pierwszy raz cios z otwartej ręki w twarz od niej.

Od tamtej pory jakoś przestałem się jej bać i zacząłem stawiać. Po zaczęciu gimnazjum było lepiej aż do samego końca z paroma większymi kłótniami z jej inicjatywy.

W technikum trochę gorszy scenariusz bo coraz częstsze kłótnie i parę razy chwytała za jakieś przedmioty grożąc mi że mnie pobije tylko mówiła to bardziej wulgarnie i krzycząc. Z powodu mojej matki nie przepadam za kobietami.

Mam obecnie 20 lat i na dobre wycofałem się ze związków. Mój ostatni związek zakończył się rok temu A raczej próba związku która nie przetrwała miesiąca. Trafiłem na wyrachowaną kobietę i szybko się na niej poznałem. Wcześniej jako dzieciak trafiłem na fajne dziewczyny ale tego nie liczę bo to dzieciństwo.

Wybrałem "samotne" życie. Zanim ktoś to napiszę nadmienie tylko że w naszym społeczeństwie potępia się takie postawy jakie ja mam lub najczęściej wyśmiewa i uważa się faceta za nieprawdziwego.

Mam po prostu wstręt do kobiet, żadna nienawiść tylko wstręt. Mało kto by tak mówił otwarcie więc uważam że jest to anonimowe.

#3JbqN

Swego czasu brałem udział w rekolekcjach wielkanocnych w moim liceum.
Pierwszego dnia pisaliśmy na kartkach pytania, jakie zadalibyśmy Bogu przy rozmowie twarzą w twarz. Całe spotkanie było bardzo nastrojowe, przyciemnione szyby itp., monologi prowadzących doprowadziły nawet niektóre osoby do płaczu.

W pewnym momencie, przy cichym akompaniamencie gitary, ksiądz wraz z asystentem zaczął czytać te karteczki, robili to bardzo powoli i z uczuciem. Pośród pytań typu "Boże, czemu zabrałeś mi tak ważne osoby?" ludzie naprawdę mocni się wzruszali, do momentu, aż ksiądz przeczytał "Boże, czy Pogoń zdobędzie mistrza?".
I cała płaczliwa atmosfera w pizdu.

Kolego, kimkolwiek jesteś, sprawiłeś, że do końca dnia brechtałem się jak głupi. Dzięki! :)

#nl7if

Czytałem ostatnio na anonimowych o kobiecie, która razem z mężem nie chciała mieć dzieci, ale mimo że niespodziewanie zaszła, postanowiła je urodzić. Moja historia jest podobna. 

Gdy miałem 22 lata, poznałem o dwa lata młodszą dziewczynę. Bardzo się kochaliśmy i nie chcieliśmy z nikim dzielić się tą miłością. Tak. Oboje nie chcieliśmy mieć dzieci. Nam też mówili "Młodzi jesteście. Odwidzi się wam". Nam to wlatywało jednym uchem, a wylatywało drugim. Po trzech latach oświadczyłem się. Byliśmy szczęśliwi. Zaczęła się bieganina w załatwianiu wszelkich ślubnych spraw. 

Pewnego dnia narzeczona wyznaje, że zaszła w ciążę. Postanowiliśmy, że przejdzie aborcję. Ale coś poszło nie tak. Powiedziała o tym w sekrecie swojej przyjaciółce, która wygadała się siostrze mojej narzeczonej i tak już poszło w eter. Natychmiastowy najazd naszych rodziców. Namawiali nas, aby nie zabijać tego dziecka. Jeśli go nie chcemy, to przecież inni będą chcieli. A nuż zmienimy zdanie i je pokochamy. Byli sceptyczni, ale daliśmy się namówić. 

Ślub przełożyliśmy. Miał się odbyć po porodzie i przekazaniu dziecka do innej rodziny. Narzeczona nie chciała mieć takiego brzydkiego ciała jak jej wszystkie znajome. Więc zaczęła chodzić na siłownię, aby tylko nie być gruba. Trenerowi nie powiedziała, że jest w ciąży, ale dowiedział się i ustalił z nią specjalne treningi, tak aby nic się dziecku nie stało. Według lekarzy dziecko się dobrze rozwijało. Mnie też nie interesowało zdjęcie USG, bicie serce, ani to, że będziemy mieli syna. W końcu nadszedł dzień porodu. Czekałem w poczekalniani, podczas gdy narzeczona rodziła w sali obok. 

W pewnym momencie usłyszałem płacz dziecka. I wtedy coś mnie ukłuło, to było strasznie, dziwne uczucie. Powiedziano mi, że mogę się zobaczyć z narzeczoną i dzieckiem. Ona nie chciała, aby kładli syna na brzuchu. Miało być wszystko proste. 

Miałem po prostu przytulić się do mojej ukochanej, nie patrząc w ogóle na dziecko. Ale stało się zupełnie coś innego. Gdyby tylko wszedłem na salę, nogi zaprowadziły mnie do mojego syna. Gdy ujrzałem te małe rączki, nóżki i twarzyczkę, zakochałem się od razu. Wziąłem go na ręce i powiedziałem do narzeczonej "Zobacz, jakiego pięknego syna mamy". A ona się tylko oburzyła, że zająłem się nim, a nie nią. 

Postanowiliśmy, ja głównie postanowiłem, że nie na mowy, aby oddawać Czarka do innej rodziny. Synem zajmowałem się tylko ja, narzeczona miała na to wylane. Po dwóch miesiącach, gdy wróciłem ze spaceru, znalazłem na lodówce list, że odchodzi i że mam jej nie szukać. Nie wzruszyłem się tym za bardzo. 

Byłem nawet zadowolony. Teraz Czarek ma 10 lat, ja jestem w szczęśliwym związku. Razem z żoną mamy jeszcze dwie córki. A żona mojego syna traktuje jak swojego.

#Zddut

Chyba zostałam zgwałcona.

Napisałam "chyba", bo nikt mnie nie zmusił do stosunku. Nie zostałam napadnięta po ciemku, nie zostałam zmuszona siłą, nikt mi nie podał pigułki gwałtu.
Sama zgodziłam się na stosunek. Więc o co chodzi?

Gdy robiłam to z moim chłopakiem, w pewnym momencie zmieniliśmy pozycję. Z tym że w tym momencie mnie sparaliżowało. Tak po prostu wsadził mi penisa w tyłek.
Przez kilka sekund nie mogłam wydusić słowa, po czym poleciały mi łzy, zaczęłam krzyczeć, żeby przestał, ale niestety dokończył.
 
Po wszystkim rozpłakałam się jeszcze bardziej. Gdy powiedziałam o swoich odczuciach, wyśmiał mnie i powiedział, że o żadnym gwałcie nie ma mowy, bo:

1. Nigdy mu nie mówiłam, że nie mam na to ochoty, a seks analny to też seks.
- Tak, nie mówiłam, bo myślałam, że gdyby chciał się na to zdecydować, to najpierw by zapytał.
2. Nie powiedziałam od razu, żeby przestał.
- Może dlatego, że byłam w szoku i nie mogłam słowa wykrztusić.
3. Nie zmusił mnie siłą, a ja sama zainicjowałam stosunek.
- Nie wiedziałam, że zgoda na stosunek oznacza wszystko.

Oczywiście zerwałam z nim. On nadal nie widzi w tym nic złego, a niektórzy znajomi zerwali ze mną kontakt (nie powiedziałam im). Powiedziałam o tym tylko "najlepszej" przyjaciółce, to powiedziała, że przesadzam, bo seks analny to normalna sprawa.

Najgorsze jest to, że nie mogę z tym iść na policję, bo co im powiem? Zgwałcił mnie mój własny chłopak, chociaż dobrowolnie zgodziłam się na seks? Ta sprawa jest przegrana już na starcie.

#xOyh4

Mam starszych braci, którzy lubili zawsze urozmaicać moje dzieciństwo. Raz zostałam pod ich opieką, kiedy rodzice wybrali się na wesele znajomych. Byłam chora, leżałam w łóżku, moi bracia przynieśli mi lekarstwa, dali wodę do popicia i tak dziwnie się uśmiechali, byłam pewna, że chcą mnie otruć (nie wiem skąd ta myśl), chcąc nie chcąc połknęłam tabletki i poszłam spać.

W nocy obudziłam się, ponieważ usłyszałam czyjś śpiew. Otworzyłam oczy, a nade mną stały dwie czarne postacie i śpiewały "Dobry Jezu, a nasz Panie, daj jej wieczne spoczywanie". Doszło do mnie, że bracia mnie otruli i umarłam, zaczęłam panikować, płakać i krzyczeć ile sił w płucach, szybko zapaliło się światło i dwie czarne postacie zamieniły się w moich braci, próbowali mnie uspokoić, ale marnie im szło. Uspokoiłam się dopiero jak zadzwonili do mamy i ona mi powiedziała, że żyję, a z braćmi się policzy, jak wróci do domu.

Pozwolę sobie dodać, że nie przestali mnie straszyć. To straszenie nie odbiło się na mojej psychice, nie mam ani fobii, ani stanów lękowych czy traumy, a z braćmi mam świetny kontakt :)

#ejIgv

Problemy pierwszego świata.
Mieszkam w dużym mieście, ma to swoje plusy, ale też minusy. Jednym z minusów są menele...
Panowie menele lubują się w ławeczkach wszelakich. Od jakiegoś czasu lubują się (a w sumie to lubowali) w ławeczce pod moim blokiem... Piją, klną, drą się do późnej nocy i zostawiają po sobie okrutny syf i smród.

Sprawa była zgłaszana do spółdzielni, w końcu to ich teren. Reakcja może i była, ale niezbyt skuteczna. Potem były wezwania policji, ale nim policja się zjawiła, panowie magicznym sposobem znikali. W końcu trzeba było wziąć sprawy w własne ręce.
Decyzja o inwestycji w broń przeciwko menelom nie była prosta - no bo co tu zrobić, żeby ich wygonić, ale się nie zbliżać?
W końcu decyzja została podjęta - zakup zielonego lasera. Na bazarku był strzałem w dziesiątkę.

Od teraz, gdy menele gromadzą się na ławeczce pod blokiem i wyciągają flaszki, ja wyciągam lornetkę i laser, patrząc przez lornetkę dokładnie widzę gdzie świecę, a celem są oczywiście ich przepite mordy myślą nieskalane.
10 minut intensywnego laserowania i menele znikają.

Nie mam pojęcia, czy to etyczne czy nie i mam to w dupie. Przynajmniej teraz nie ma gówna roztartego na oparciu ławki i sterty puszek po piwie marki piwo i butelek po winie marki wino walających się wszędzie.

Menele 0, laser 1.

#ZlcXU

Narzekacie, że jest mało tych prawdziwych anonimowych wyznań, takich, o których nie powie się nikomu, a więc macie. Nie będzie to wyznanie humorystyczne.

Jak to dzieci, ciekawskie świata, chcieliśmy być jak dorośli, więc chodziliśmy pod altankę kuzynki (ja - 7 lat, kolega - 7 lat, kuzynka - 5 lat) i poznawaliśmy swoje ciała. Przynajmniej od tego się zaczęło. Dotykaliśmy się, aż w końcu zechcieliśmy już całkowicie dorosnąć i się "kochać". Przez chwilę kłóciłam się z kolegą kto na górze, a po przegranej usiadłam na nim. Jak dobrze, że taki mały dzieciak miał równie małe to w spodniach, bo straciłabym (o ile to możliwe) dziewictwo mając 7 lat. Później chodziłam ciągle przestraszona (bo lekko mnie się przytyło), że jestem w ciąży.

Nie wie tego tak właściwie nikt i nie chciałabym, żeby ktoś się dowiedział.

#fey9x

Stoję w kolejce w supermarkecie i widzę mocno wiekową damę, która przepuszcza wszystkich kolejkowiczów, zawiaduje systemem zwrotu koszyków i ze szczerym uśmiechem sztucznych zębów, pokrzykuje na niedowierzających klientów:
- Dalej, dalej, moi mili, ja jestem na emeryturze, ja mam czas, całe życie przed sobą!

Optymizm level hard :-)

#t33xu

Czy zdarza się wam czasem usłyszeć coś, co brzmi tak idiotycznie, że śmiało można by to uznać za żart, gdyby nie to, że autor mówi to całkiem poważnie?

To było na pierwszy roku studiów archeologicznych w pewnej prywatnej uczelni. Poziom był dość dobry, natomiast niskie były wymagania i w praktyce każdy mógł się tam uczyć po opłaceniu czesnego, które do najtańszych nie należało.
Mieliśmy wykład z geologii. Profesor z wielkim zaangażowaniem snuł opowieść o procesach kształtowania się naszej planety. Kiedy wypowiedział zdanie: „Proszę państwa, Ziemia liczy sobie niemal 4,5 miliarda lat...”, gdzieś z tylnego rzędu rozległ się głos należący do dziewczyny z naszej grupy: „Nonsens! Mamy przecież 2015 rok, więc chyba logiczne, że pan trochę z tą liczbą przesadził!”.

Wszyscy ryknęli śmiechem, nawet wykładowca. Wszyscy – oprócz autorki tych słów, która ewidentnie powiedziała to całkiem na serio...

#t9ffM

Wszyscy piszą o dresach w samych superlatywach, ja nigdy nie miałem takich doświadczeń, prócz jednego, chociaż nie do końca.

Jak miałem 16 lat, przeprowadziłem się z rodzicami do większego mieszkania, mieszkanie wspaniałe, 3 razy większe od poprzedniego. Żyć nie umierać, ale osiedle... Osiedle to najgorsze co można spotkać, dresy na każdym kroku, czasami strach wyjść do pracy o 5 rano, bo nie wiadomo co się może czaić w ciemnościach.

Pewnego razu lekko podchmielony w okolicach 2 w nocy postanowiłem się dochmielić do końca. Chwiejnym krokiem, niezrażony, zmierzam w kierunku bram niebios (monopolowy, ale pani wydaje towar przez kratkę, bo nieraz wchodziły jej tam osły, brały co chciały i szły w cholerę, mimo że 30 metrów dalej jest komisariat policji).

Podchodzę, a tam grupka około 5 dresów, widać, że niestrudzeni ciężką pracą, nie mają jak zapłacić. Od razu jak podszedłem to spytali, czy nie mam fajki i jakichś drobnych. Fajkę miałem, drobne też. Ale za mało dla nich, grozili mi i musiałem zapłacić kartą za parę ich flach, a też nie zarabiam kokosów. Dostali co chcieli, odczepili się, kupiłem sobie kilka piwerek i szczęśliwie wracam do domu.

Idę sobie zadowolony, palę papieroska, a tutaj kolejna ekipka - tym razem 3 karków zaczyna się rzucać o fajki. Dałem im już całą paczkę, pijany, byle do domu wrócić, a oni uznali, że jak tak rozdaję fajki, to muszę być przy hajsie i od razu "dobra, ku***, dawaj portfel, bo pogadamy inaczej" i jeden mnie popchnął. No to co mam poradzić, lepiej stracić portfel i kartę niż oko i dwa zęby. Wyciągam portfel, a z drugiej strony biegnie grupka dresów, za których zapłaciłem w sklepie. Wbiegli w nich jak Gesslerowa w parówki i zaczęli ich tłuc, a ja na szybko uciekłem do domu.

Nie wiem, co było dalej, ale sądzę, że jakbym nie zapłacił za ich "zakupy", to skończyłbym tak samo jak dresy, przed którymi mnie uratowali. Więc uważam, że i jedna, i druga grupka wiała patologią jak Mietek sprzed mordowni winem i było to tylko okropne szczęście. No i nie jestem w ciąży i żaden Sebek nie będzie moim mężem.
Dodaj anonimowe wyznanie