Z perspektywy znajomych mojego byłego zostawiłam go, bo zachorował. A było tak...
Facet po 25 roku życia, więc już nie gówniarz. Byliśmy zaręczeni, razem od kilku lat.
Zawsze lubił popić na imprezach, bez piwa nie było oglądania filmu, bez wina kolacji, bez wódki imprezy. Lubię czasem się napić alkoholu, ale bez przesady. Z nim było coraz gorzej. W końcu poczuł się źle, diagnoza - poważna choroba, całkowity zakaz picia alkoholu pod groźbą śmierci. Myślicie, że przestał pić? Gdy leżał w szpitalu, siedziałam przy nim dzień i noc, zawalając studia. Gotowałam lekkostrawne potrawy, kupowałam leki, woziłam na wizyty. Nie przestał pić, wręcz przeciwnie, pił coraz więcej.
Odeszłam, bo nie zamierzałam nigdy żyć z alkoholikiem, a tym bardziej z człowiekiem, dla którego wódka jest ważniejsza od zdrowia i życia. Nie miałam zamiaru wyjść za kogoś, kto za rok albo dwa zapije się na śmierć.
Jego rodzina stwierdziła, że jestem niezłą suką, bo zostawiłam chorego faceta. "On się bez ciebie rozpije" - usłyszałam. Wybuchnęłam śmiechem i odpowiedziałam, że rozpił to się dawno temu.
Otóż, moi drodzy, zostawiłam alkoholika, który nie szanował życia...
...i bardzo mi z tym dobrze :)
Mój brat ma 31 lat i jest totalną fleją, choć on nazywa to oszczędnością. Nie spuszcza po sobie wody, gdy korzysta z toalety, bo "oszczędza" wodę. Ze spłuczki korzysta dopiero wtedy, gdy widzi, że kibel może się zapchać lub gdy wie, że ktoś do niego przyjdzie. Kąpie się raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie, bo uważa, że pracując zdalnie "się nie wybrudził". Gdy już bierze kąpiel, nie wypuszcza wody z wanny, wykorzystuje ją później "do spuszczania wody" w kiblu (gdy już musi to zrobić). Papier toaletowy ma jedynie "dla gości". Sam potrafi podetrzeć się wszystkim: kartką papieru, paragonem, kawałkiem gazety, a nawet tymi ubraniami, które są w koszu na pranie (bo przecież i tak wrzuci je później do pralki, to można je "dobrudzić").
Potrafi do oporu korzystać z jednego talerza, kubka czy patelni, by nie musieć ich myć. Jeśli w pracy nie ma akurat wideokonferencji, to chodzi nago po mieszkaniu (mieszka sam), by nie brudzić ubrań. Gdy już się ubierze, potrafi bardzo długo tych ubrań nie zmieniać (o ile nie musi nigdzie wyjść). Nie przeszkadza mu nawet to, że ubrania zaczynają śmierdzieć, bo twierdzi, że "własnego smrodu się nie czuje".
Skąd o tym wszystkim wiem? Bo chwali się swoimi sposobami na oszczędzanie i tym, że nie ma takich wysokich rachunków jak ja.
A jednocześnie, gdy już wychodzi z domu, to zawsze jest zadbany, wyperfumowany i świetnie ubrany. Na brak zainteresowania ze strony pań nie może narzekać. Bardzo współczuję kobiecie, którą oczaruje i która wyląduje w tym syfie...
W moim przedszkolu lubiłem niewiele osób, zwłaszcza z kadry wychowawców. Była tam jednak pani Monika. Uwielbiałem ją, została moim dziecięcym autorytetem, pierwszą miłością, a gra wstępna zaczęła się, kiedy pewnego pięknego, słonecznego dnia, moje bóstwo wzięło mnie na kolana.
Z pozoru wszystko wyglądało normalnie, jednak w mojej głowie toczyła się bitwa - chciało mi się siku. Pójdę - Monika będzie zawiedziona i rozczarowana, że ją opuszczam w takim momencie, a nasza kwitnąca wtedy miłość na pewno nie przetrwa (byłem przekonany, że jest to sympatia obustronna). Nie pójdę - co się wtedy może stać? Ponieważ byłem bardzo wrażliwym chłopcem, a empatia nie poszła o krok dalej, wybrałem opcję drugą.
Tak, zsikałem się siedząc na kolanach u mojej miłości. Czar momentalnie prysł, wydelegowano mnie na sygnale do domu.
Nasza miłość nie przetrwała tak ciężkiej próby, chociaż przecież zawsze mogło być ciężej. Od tamtego czasu mieliśmy z Monią ciche dni. Niestety nie jesteśmy po ślubie.
Sześć lat temu, na 4 miesiące przed 18 urodzinami, w wypadku samochodowym straciłam rodziców. Wspaniali ludzie, byli dla mnie jak prawdziwi przyjaciele, zawsze mogłam na nich liczyć. Pomimo tego, że oboje sporo pracowali (tata lekarz, mama wykładowca uniwersytecki), potrafili znaleźć czas na rozmowę, powiedzenie dobranoc. Po ich śmierci kompletnie się załamałam.
Z racji tego, że byłam niepełnoletnia, potrzebowałam opiekuna; do naszego domu wprowadziła się babcia. Po mniej więcej miesiącu chciała posprzątać w sypialni rodziców, posegregować ubrania, dokumenty. Zabroniłam jej. Drzwi zamknęłam na klucz i schowałam go w bezpieczne miejsce; chciałam zrobić porządki sama, gdy będę gotowa.
Ten moment nadszedł krótko po pierwszej rocznicy, byłam już wtedy pełnoletnia i mieszkałam sama. Podczas porządkowania ostatniej, największej szafy, trafiłam na pudło. Szare, niepozorne. Na wieku widniało jedynie moje imię. Zdziwiona, zajrzałam do środka. Co znalazłam? Listy. Dokładnie 18 listów. Pierwszy został napisany w dniu moich urodzin, kolejny w pierwsze urodziny i tak dalej, i tak dalej. Mój tata, z pozoru człowiek mało wylewny, przez tyle opisywał co czuje, co w danym roku go zaskoczyło, co wzruszyło, co zdenerwowało. Wszystko o mnie. Ostatni kończył się słowami "za rok napiszę ostatni list, w końcu będziesz już dorosła".
Siedziałam na podłodze i płakałam, w takim stanie zastał mnie chłopak. Gdy pokazałam mu znalezisko, zaczął dosłownie ryczeć razem ze mną. Powzięliśmy wtedy postanowienie, ze postaramy się być dla naszych dzieci jak najlepszymi rodzicami, takimi jacy byli moi.
Już niedługo będziemy mieli szansę się sprawdzić. Z jednej strony się boję, ale z drugiej jestem dziwnie spokojna; wiem, że gdzieś tam, na górze, mam najwspanialszych Stróżów jakich można sobie wyobrazić. :)
A listy, każdy oprawiony, zajmują honorowe miejsce w domu.
Zauważyłem, że między innymi na anonimowych jest hejt na studentów, którzy nie pracują. W ich kierunku padają takie obelgi jak pasożyt, nierób, pijawka itd., albo że studia to przedłużenie dzieciństwa. Kiedyś myślałem, że gdy już dostanę się na studia, to w międzyczasie znajdę sobie pracę i jednocześnie będę studiował. Jednak to tak nie działa. Opiszę wam jak to wygląda z perspektywy studenta pierwszego roku.
1. Wykłady kończą się o 15:00. Ktoś powie, że nie są obowiązkowe, ale skoro poszedłem na studia, to chciałbym się czegoś dowiedzieć od wykładowcy, a nie uczyć się z książek albo zdać się na notatki od znajomych. Owszem, są oferty pracy na drugą zmianę, ale wszystkie i tak kolidują z wykładami, bo np. zaczynają się o 14:00 albo 15:00. Myślę, że nawet Usain Bolt by tego nie pogodził
2. Ponieważ mam chory kręgosłup, nie mogę wykonywać prac fizycznych. A jak wiecie, nie ma ofert pracy za biurkiem w weekendy, a przynajmniej nie w moim mieście.
3. Muszę studiować dziennie, ponieważ wybrałem taki kierunek, po którym szanse na znalezienie pracy w zawodzie są małe, jeśli studiowałeś zaocznie.
4. Pewnie wyjdę na snoba, ale jestem na naprawdę wymagającym kierunku, więc muszę się uczyć na bieżąco, tym bardziej że walczę o stypendium za wyniki w nauce.
5. Rodzice sami mówią, że dopóki się uczę, to oni powinni mnie utrzymywać, a o pracy to mogę pomyśleć ewentualnie na wakacje.
Piszę to, ponieważ jest mi przykro, gdy czytam komentarze, że tacy jak ja to pasożyty albo że przedłużam sobie dzieciństwo. Przy okazji apeluję: zanim kogoś ocenicie, to zastanówcie się, czy jesteście w takiej samej sytuacji.
Może studiujecie zaocznie, więc nic dziwnego, że jednocześnie pracujecie. Może nie poszliście na studia, więc naturalnym jest, że pracujecie.
Ale weźcie pod uwagę, że czas osoby studiującej dziennie nie jest taki sam jak wasz. My musimy poświęcać czas na chodzenie na uczelnię, naukę w domu, referaty itd., a jeszcze na późniejszych semestrach pojawiają się praktyki.
Jestem dzieckiem alkoholika, DDA. W terapii od lat, leczę depresję i zaburzenia odżywiania. Często jest mi ciężko samej ze sobą. Kiedy chodziłam do szkoły, marzyłam o spotkaniu kogoś, kto pomoże mi wyrwać się z tego domu, z kim zacznę inne życie, takie jak chcę. Od zawsze wiedziałam, że bardzo łatwo powiela się schematy z domu. Ciężko nam postępować inaczej, bo to jedyny wzór, który znamy, i nawet jeśli takie życie sprawia ból, to jest znajome, mamy z domu wyniesione sposoby, by to przeżyć. To tyle z teorii. Oczywiście obiecywałam sobie, że ze mną tak nie będzie. Starałam się być uważna.
Związałam się z chłopakiem, który jest wierzący i to była dla mnie gwarancja, że nigdy nie stoczy się jak mój ojciec. Dużo poświęciliśmy czasu, by omówić nasze oczekiwania i wyobrażenia na temat wspólnego życia. Wydawało się pięknie, zakochałam się. Jego ojciec też był alkoholikiem. Uznałam, że będąc podobni do siebie, lepiej się zrozumiemy. Przed ślubem przyznał mi się, że jest uzależniony od pornografii. Bardzo się tego wstydził i to odbierało mu poczucie własnej wartości. Zapewniłam go, że razem sobie z tym poradzimy, chociaż w ogóle nie rozumiałam problemu ani jak można mu pomóc.
Po ślubie było cudownie i wspaniale. Po dwóch latach coś zaczęło w nim pękać, zaczął mieć myśli samobójcze. Na szczęście zgłosił się do psychologa, miał terapię przez ok. 2 lata. Przez te dwa lata bardzo się zmienił, zrobił się dla mnie oschły i zimny. Zaczął wyrażać złość i gniew wobec kobiet, szczególnie wobec swojej matki, ale mi też często się obrywało. Zresztą ja z nim żyję na co dzień i ciągle musiałam się stykać z tym chamstwem z jego strony. Po zakończeniu terapii zaczął trochę łagodnieć, tłumaczyłam mu, jak działa na mnie jego zachowanie. Ale nigdy już nie było tak jak dawniej.
Jesteśmy teraz po ślubie 15 lat. Przez ostatnie lata często ma napady gniewu, takie dziwne stany, które trwają po kilka lub kilkanaście dni. Potem niby jest spokojny i dobrze się czuje, aż do następnego razu. Nie umie powiedzieć, co wywołuje ten PMS, nie da się z nim rozmawiać, kiedy go to nachodzi. Starałam się to cierpliwie znosić, ale ostatnio poczułam, że za każdym tym epizodem coraz bardziej tracę do niego zaufanie. Bo za każdym razem muszę się nasłuchać obelżywych słów, podłego zachowania. Ciężko mi potem zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Ciężko mi już nawet powiedzieć, że go kocham.
Przestałam się do niego odzywać, bo wtedy unikam jego chamskich odpowiedzi. Trwa to już drugi miesiąc. I wygląda na to, że jemu to w ogóle nie przeszkadza. To bardzo przykre. Dużo czytam i słucham podcastów i programów o DDA i współuzależnionych. Widzę teraz, że powieliłam schemat patologicznych rodzin. Tak bardzo tęsknię za miłością, czułością, ciepłym domem. A mieszkam z samolubem, który ma mnie za nic.
Mam kolegę, który jest leworęczny. O dziwo nauczył się pisać prawą ręką. Niedawno przy małej imprezie (i alkoholu) wyznał mi, jak tego dokonał.
Cóż, nie dokonał tego sam...
Jak był mały, gdy brał coś lewą ręką (kredkę, łyżkę czy sięgnął zabawkę) był rażony w tę rękę prądem przez ojca. Codziennie po kilkanaście, kilkadziesiąt razy.
Kilkuletnie dziecko było rażone prądem, bo jego ojciec sądził, że bycie leworęcznym to CHOROBA. Kolega obecnie ma 21 lat, więc to nie były czasy ciemnogrodu. Matka nie reagowała, a sąsiedzi słysząc płacz dziecka ignorowali całą sprawę.
Ludzie są gorsi niż zwierzęta.
Po rozwodzie rodziców moja babcia ze strony ojca miała do mnie żal o spowodowanie całej tej sytuacji. Byłam w wieku, w którym opuszczałam dom rodzinny i nie chciałam zostawić mojej mamy z ojcem samej i "namówiłam" ją na rozwód, a wręcz zmusiłam ją do tego. Była bardzo bierna, nie potrafiła się przed nim bronić, bała się, że nie poradzi sobie finansowo i wiele innych dylematów, z którymi borykają się kobiety w rozpadającym się małżeństwie. Ostatecznie na dobre im to wyszło, w każdym razie mamie, bo z ojcem kontaktu nie mam. Babcię odwiedzałam rzadziej niż przed rozwodem, z żalu, że mnie nie wspierała (mówiła, że będzie po mojej stronie - ojciec czasem nas bił, ignorował, uważał za zło konieczne w swoim życiu).
Kilka miesięcy temu, kiedy przyjechałam do babci w odwiedziny, spotkałam u niej ojca, niewidzianego od rozwodu rodziców. Nie chcę żyć w gniewie, więc byłam uprzejma, udało nam się zamienić słowo, lecz na koniec spotkania powiedział coś, co bardzo mnie dotknęło i wyszedł. Zostałam sama z babcią, a ona wyrzuciła mi kolejne żale za rozwód i takim sposobem pokłóciłyśmy się kolejny raz przez ojca. Wkurzona wróciłam do domu i unikałam z nią kontaktu.
Jakiś czas temu zachorowała, trafiła do szpitala, złapała covid i zmarła. Mimo że miałam do niej numer, nie zadzwoniłam do niej. Wszystkim, którzy o pytają, czy udało mi się z nią porozmawiać (byłam dość blisko z babcią) powiedziałam, że próbowałam, ale nie udało mi się z nią skontaktować. Wstyd mi przyznać, że nawet nie wykonałam tego telefonu. Nie wykonałam go ze złości, nie potrafiłam się przemóc. W przeddzień jej śmierci czułam, że muszę to zrobić, bo nie zdążę. Oczywiście nie zdążyłam, ale to tylko moja wina. Jest mi wstyd.
Byłam ostatnio na starówce w pewnym jakże pięknym mieście, ale jest ono mało istotne.
Czekałam na przyjaciółkę, kiedy to podszedł pewien mężczyzna i mnie objął od tyłu. Wrodzona ciekawość nakazywała mi nie reagować, i to był błąd....
Mężczyzna mnie przytulił i powiedział, że mnie bardzo kocha i że jestem jego jedyną miłością i abym spędziła z nim resztę życia. Gdy się odwróciłam, stał z pierścionkiem, ale zbladł po zobaczeniu mojej twarzy.
Przeprosił, i sobie poszedł.
Nie byłoby w tym nic strasznego, gdyby nie fakt, że po godzinie zorientowałam się, że ukradł mi portfel...
Tak że tego, nie dresy, a eleganciki kradną.
Nauki w szkole podstawowej nie za dobrze wspominam. Przez 7 lat uczyła mnie jedna pani której nienawidziłam, wręcz miałam ochotę jej przywalić... ale co może zrobić 7-letnia czy 12-letnia dziewczynka dla prawie 50-letniej kobiety.
No ale do rzeczy - kiedy w 4 klasie postawiła mi 1 za to, że zapomniałam piórnika pałka się przegięła. Postanowiłam się zemścić, i tak oto w mojej 11-letniej główce zrodził się pomysł przyklejenia pani do krzesła. Moi rodzice prowadzili sklep no i mieli wszystkim znany klej super glue, tak że wzięłam chyba z 5 opakowań i kiedy nikogo nie było w klasie zabrałam się do działania. Posmarowałam także książki leżące na pani biurku, całe krzesło było w kleju.
Kiedy nadeszła lekcja z moją ofiarą, ja czym prędzej popędziłam do kantorka woźnego i wrzuciłam do pieca dowody zbrodni (dla jasności, każdy dzieciak który nie chciał iść na lekcje mógł sobie wejść tam i przeczekać te 45 min). Weszłam do sali spóźniona, że niby zaspałam, bo akurat mieliśmy z nią pierwszą lekcje, wchodzę do sali i czekam aż moja ukochana pani usiądzie na krześle i... usiadła.
Przez 10 min siedziała aż postanowiła wziąć książkę leżącą na biurku i jak wiadomo książka się nie chciała odkleić. Pani w lekkim szoku podnosi kolejne, ale się nie da. Pani już wkurzona na maksa, podnosi się i *prryyk* w spódnicy dziura, uczniowie się śmieją, ja też ale trochę byłam w lekkim stresie, czy może ktoś mnie akurat nie widział. Na szczęście nikt się nie domyślił, że to ja byłam, a w mojej szkole wtedy nie było kamer.
Następnego dnia pani dyrektor zrobiła apel i zaczęła straszyć, że ona niby wie kto ale lepiej byłoby gdyby ta osoba sama się przyznała... pierdu, pierdu będzie wiosna, nikt się nie przyznał, nikogo nie ukarano. Chociaż do końca 6 klasy nauczyciele domyślali się, że to pewnie ktoś z mojej klasy to zrobił, a że ja byłam jedną z lepszych uczennic mnie o to nie podejrzewali.
Nikomu o tym nie powiedziałam, bo wiadomo jakie są dzieciaki w podstawówce, od razu polecą na skargę. Ja nie czuję wyrzutów sumienia, jestem dumna, że ten babsztyl dostał na co zasłużył. W piekle może smażyć się za to nie będę.
Dodaj anonimowe wyznanie