#GfLJb
Była zmiana turnusu, wszystkie dzieci wyjechały, a my mieliśmy dzień na posprzątanie i ogarnięcie wszystkiego. Kiedy wszystko było gotowe na następny dzień na przyjazd kolejnych grup, głównemu opiekunowi zadzwonił telefon. Ktoś się pomylił i jedna grupa przyjedzie wieczorem - no dobra, poradzimy sobie, ale nici z czasu wolnego. Autokar z "cywilami" przyjechał, było już późno, więc wytłumaczyliśmy dzieciom podstawy - gdzie toalety, gdzie mają przyjść po pomoc itd. Koleżanki opiekunki zajęły się dziewczynkami, a my chłopcami, młodsi do jednego domku, starsi do drugiego. No i zaś zaczęło się patrolowanie, czy czasem nie piją (zdarzały się takie przypadki), czy poszli spać.
Nastał ranek, obudziło nas dobijanie się do drzwi, szefu stwierdził, żeby młody, czyli ja, ogarnął co się dzieje. Idąc słyszałem, jak kolega pod nosem mówi, że pewnie okresu któraś dostała i nie wie co się dzieje. Wyszedłem, a tam mały chłopczyk mówi, że stało się coś strasznego u nich w domku, ale nie wie potrafił wyjaśnić co to. Więc biegiem do domku, w głowie milion myśli, od rozbitej głowy po zasikane łóżko. Wpadłem do domku, na środku stoi chłopiec z opuszczonymi spodenkami, krwi nie widzę, więc jednak się zsikał. Aż nagle słyszę "psze pana, mój siusiak jest twardy"... Mnie zamurowało, kazałem mu się ubrać i wziąłem do nas do domku, aby zadzwonić do jego rodziców, aby mu wytłumaczyli co i jak. Telefon odbiera matka, tłumaczę o co chodzi, aby uspokoiła syna i wyjaśniła co i jak, a w odpowiedzi słyszę, że ona nie będzie o tym z synem rozmawiać, że my od tego jesteśmy i się rozłączyła. Staraliśmy się delikatnie wytłumaczyć, że to nic złego i aby się nie martwił, jednocześnie współczując, że ma taką matkę.
Reszta turnusu przebiegła bez większych problemów. Zdarzało nam się śmiać później z tej sytuacji, ale mam nadzieję, że nie zniszczyliśmy mu dzieciństwa.
A całość przypomniała mi się, bo żona zaczyna wspominać, że już czas abym odbył TĘ rozmowę z naszym synkiem. Trochę mnie to przeraża, ale wiem, że muszę ją odbyć.
Trochę dziwna sytuacja - chłopiec musiał być samotny albo miał bardzo kulturalnych kolegów - inaczej chociaż raz by usłyszał powiedzenie że komuś stanął.
Koledzy z impotencją?
Może był pierwszy? To byli w końcu mali chłopcy
I tym sposobem koledzy też będą już wiedzieli co się dzieje...
Przecież nawet bardzo małym chłopcom staje. Faceci powinni to wiedzieć i kobiety co mają synów.
Może nie na tyle często, by to zauważyli 🤷🏻♀️ Każdy jest inny
Najlepsza metoda to rozmawiać o rozmnażaniu gdy dzieciak ma kilka lat i po raz pierwszy zaczyna się dopytywać. Wtedy bez zawstydzenia koduje sobie informacje i potem po prostu wie, nie pamiętając skąd.
Współczuję otoczenia...
Prawie jakby okresu któraś dostała.
Pod koniec lat 90 miałem 18-19 lat, bylem harcerzem i opiekowałem sie dzieciakami. Dzięki za to wyznanie, tyle wspomnień!
Miałeś szczęście że to wtedy było. Dziś po takim telefonie ta madka by Cię oskarżyła o molestowanie purchlaka.
Dziś to by zadzwonił do mamy i w ogóle by nie było sprawy. Mama jeśli jest pruderyjna by powiedziała że go w nocy pszczoła ugryzła i dlatego tak spuchł.
hahaha
śmisznie
Zazdroszczę Ci, ja w Twoim wieku tak nie miałem prawie się popłakałem.