Jako dziecko lunatykowałem. Najczęściej wtedy, gdy chciało mi się sikać - wędrowałem wtedy po domu, chyba poszukując łazienki, bo zamotany chodziłem po pokojach, otwierałem szafy, próbowałem wyjść z domu itp. Najgorsze, że w tym sennym zamotaniu zdarzało mi się wysikać np. do szafy albo jakiejś szuflady, o czym kompletnie rano nie pamiętałem, a co ze śmiechem wypominali mi rodzice. Takie sytuacje zdarzały się przez kilka lat, skończyło się, gdy dorosłem. Raz czy dwa po alkoholu znów zdarzyło mi się nocą łazikować, ale że raczej nie piję, to nie był to żaden problem.
A przynajmniej tak myślałem, do czasu gdy pierwszy raz nocowałem w domu rodziców mojej dziewczyny.
Jako że z dziewczyną spotykałem się już jakiś czas, to jej rodzice usilnie namawiali nas na wspólną u nich wizytę. Co tydzień wspominali, że chcieliby mnie poznać, nie mogli się doczekać spotkania, byli ciekawi, kogo wybrała ich jedynaczka. W końcu postanowiliśmy do nich pojechać. Przyjechaliśmy, zapoznaliśmy się, kolacja, jakiś alkohol (niedużo, bo pierwsze wrażenie ma znaczenie). Ogólnie miły wieczór, ale przed północą poszliśmy z dziewczyną spać, bo kilka godzin jazdy nas wymęczyło.
Nie wiem, czy to stres czy alkohol, ale podobno w środku nocy poszedłem do salonu, wyminąłem siedzącego w fotelu ojca dziewczyny, który oglądał coś w telewizji, podszedłem do stojącej na meblach szklanej misy, przyklęknąłem i się odlałem... Ponoć jej ojciec coś do mnie gadał, ale ja nic nie słyszałem, nie reagowałem, nawet nie pamiętam tej sytuacji.
Rano dziewczyna została poinformowana o moim nocnym wyczynie, a że nie wiedziała o moim lunatykowaniu sprzed lat, to mocno się tłumaczyłem. Powiedziała o wszystkim swoim rodzicom, a ja czerwony na twarzy przeprosiłem. Niby zrozumieli, ale atmosfera przy śniadaniu i tak była przyciężka. Krótko potem stamtąd wyjechaliśmy, a rodzice dziewczyny przez długi czas mnie nie zapraszali.
Najlepsze, że teraz, kilka lat później, mój teść ze śmiechem opowiada na imprezach rodzinnych, jak to wlazłem do salonu i odlałem się w kryształ podczas swojej pierwszej u nich wizyty, a ja lekko zażenowany tego słucham. Ale to i tak równy gość ;)
Co wy wiecie o przypałach...
Niedziela, jak to w katolickiej rodzinie, mama mnie budzi do kościoła. Spałam tylko 2 godziny, więc jak wstałam, ubrałam się i wypiłam kawę, to byłam dalej jak martwa.
W kościele już zasypiałam. Szczególnie na kazaniu. Oko mi poleciało. Gdy ksiądz przestał czytać i była chwila ciszy, to co zrobiłam?
Zerwałam się i zaczęłam klaskać...
Nawet nie chcę wiedzieć, co inni sobie musieli o mnie pomyśleć.
Kiedy byłam dzieckiem, rodzice wielokrotnie powtarzali mi, żebym nie otwierała obcym, a zwłaszcza kiedy będę sama w domu, więc za każdym razem kiedy rodzice wychodzili, a ktoś pukał do drzwi, sprawdzałam jego tożsamość przez wizjer.
Pewnego razu gdy czekałam na rodziców (mieli zjawić się lada moment), usłyszałam dzwonek. Bez wahania otwarłam drzwi... a mym oczom ukazał się niezidentyfikowany jegomość. Wydał mi się bardzo podejrzany i zbyt nerwowy jak na osobę, która hipotetycznie miałaby być sympatyczna. Praktycznie zaczął wciskać się do domu, jednocześnie pytał, czy może się rozejrzeć. Nie wiedziałam co robić, więc spanikowana zawołałam mamę, która rzekomo miałaby siedzieć w drugim pokoju. Facet z prędkością światła wybiegł z klatki schodowej.
Do dziś się cieszę, że nie zweryfikował, czy faktycznie byłam sama.
Mamie się nigdy nie przyznałam, ale nauczka była, bo nigdy więcej nie otworzyłam drzwi bez sprawdzenia, kto za nimi stoi.
Pracuję jako sprzątaczka. Nie jest to jakaś stała i dobrze płatna praca, ale na wakacje wystarczy. Sprzątam biura w miejscu, gdzie czystość jest bardzo ważna i ludzie bardzo zwracają na to uwagę. Osobiście uważam, że praca to praca, żadna nie hańbi, a tym bardziej każdą pracę trzeba szanować.
Miałam dzisiaj dwie dość nieciekawe sytuacje, a mianowicie: zazwyczaj zaczynam sprzątanie od biura pewnej pani, która od początku była nieciekawie nastawiona do innych osób, oschła itp. Zawsze wykonuję swoją pracę najlepiej jak potrafię, czyli to co należy do moich obowiązków (ścieranie kurzu, mycie okien, przetarcie drzwi, wyrzucenie śmieci, umycie podłogi). Będąc w jej biurze kończyłam już swoje obowiązki, po czym odzywa się owa pani "Kubek po herbacie, sztućce i talerzyk po cieście też byś mogła umyć". No ludzie kochani, sprzątaczka to nie służąca. Ja w swojej umowie nie mam nic o myciu po kimś garów.
Druga sytuacja, nie mniej przyjemna: zostało mi 15 min do końca pracy, czyli akurat aby schować mopa i wynieść śmieci oraz się przebrać. Kończę myć podłogę na korytarzu, idzie matka z dzieckiem ok. 6 lat. Widać było, że dziecko źle się czuje i co chwilę narzekało mamie, że musi do toalety, lecz ta odburknęła, że nie ma na to czasu, szarpnęła małego za rękę, aż ten puścił pawia na pół korytarza. Załamana patrzyłam z bólem, że trzeba będzie zostać po godzinach. Matka zaczęła drzeć się na dziecko, a następnie na mnie "No i co się gapisz, do sprzątania! Chyba nie myślisz, że ja ten smród będę sprzątać", po czym dała dziecku chusteczkę, wytarło się, następnie zabrała chusteczkę i... rzuciła na ziemię. Poszli. Myślałam, że nie wytrzymam, jak można być takim człowiekiem?
Ludzie, szanujcie czyjąś pracę. Może kiedyś wy się spotkacie z taką sytuacją, czego wam nie życzę.
Choć niektórzy docenią widocznie dopiero wtedy, gdy to przeżyją...
Relacje z moją mamą były różne, ale zawsze starała się ze mną rozmawiać na wszystkie tematy. Od zawsze miałyśmy umowę, że zanim gdzieś pójdę czy podejmę decyzję, spytam co ona o tym myśli.
Pewnego dnia, mając około 10- 12 lat, bawiłam się na podwórku. Podszedł do mnie dorosły mężczyzna i powiedział, że jestem śliczną dziewczynką, spytał, czy chcę być modelką. Mówił, że ma studio i tam zrobimy kilka zdjęć. Ja się ucieszyłam, że zostałam tak doceniona. Powiedziałam mu, że skoczę do mamy, powiem gdzie idę i już będę gotowa do wyjścia. Jak się domyślacie po ''fotografie'' nie było śladu, kiedy moja roztrzęsiona mama zbiegła na dół rozprawić się z nim.
Dzięki jej wychowaniu uniknęłam traumy na całe życie. Dziękuję, mamo :)
Studiowałam pedagogikę i po pierwszym roku studiów przyszedł czas na odbycie praktyk na kolonii. Udało mi się znaleźć miejsce na turnusie dla młodzieży z biednych rodzin. Przygotowałam sobie plan całej imprezy i nie bez obaw pojechałam na kolonie. Oczywiście dzieciaki miały gdzieś moje gry i zabawy (które teraz, z perspektywy czasu, rzeczywiście wiały nudą) i największą frajdę sprawiało im uciekanie w nocy z ośrodka do pobliskiej dyskoteki. Do tego dyskoteka była praktycznie za płotem i głośne dudnienie nie dawało mi zasnąć nawet gdy dzieciaki były w komplecie. W efekcie pogoni nie spałam ani w dzień, ani w nocy.
Ile wytrzymałam? Dwa dni. Zdesperowana zadzwoniłam w nocy do rodziców, żeby mnie stąd zabrali (zupełnie jakbym sama była dzieckiem na kolonii). Biedni gnali w nocy, żeby zabrać swoje najmłodsze, wychuchane dziecię z tego strasznego miejsca. Powiedziałam tylko kierowniczce, że dłużej nie dam rady i dałam drapaka. Do tej pory cała rodzina ma ubaw, jak to z kolonii karnej uciekałam.
PS Kierowniczka dała mi trójkę z praktyk. Dobra z niej kobieta ;)
Pracuję na uczelni, gdzie większą częścią dziennych studentów są obcokrajowcy.
Rosjanie, Ukraińcy, Chińczycy, Japończycy, Anglicy, Szwedzi i przedstawiciele krajów arabskich. Na tych ostatnich się skupię.
Chamy. Po prostu chamy. Moja praca polega na obsłudze klienta. Może nie wypowiem się po angielsku pełnym zdaniem, ale rozumiem wszystko co mówią. Często gdy taki pan przychodził, prosił o paczkę chusteczek (50 gr) i płacił banknotem 200-złotowym. Jako że nie mam płatności kartą, było to dość uciążliwe. Gdy owy delikwent płacił, pokazywał mi "niechcący" cała zawartość portfela, gdzie miał banknoty 10-złotowe.
Często przychodzili w większych grupach, stali niedaleko mnie i komentowali. "Przeleciałbym", "mi jedynie mogłaby obciągnąć, głupia cipa", "ciekawe, ile wzięłaby za noc, lubię blondynki".
Dzień w dzień takie rzeczy słyszałam. Panowie nawet nie mówili w tych swoich szlaczkach, tylko po angielsku.
Inne dziewczęta były przez nich nachalnie zaczepiane, blokowali drzwi, by nie mogły przejść, otaczali taką kółeczkiem i starali się wymacać.
Co na to dyrekcja? "To zza granicy, ich nie można tykać".
Opracowałam plan idealny. Sprzedawałam im kanapki z wieprzowiną. Na sam koniec roku poprosiłam, by koleżanka przyszła do mnie i zapytała z czym są kanapki - przy tych osobnikach.
Przerażenie w ich oczach wynagrodziło mi cały rok upokorzeń.
Nie żałuję.
Będąc w gimnazjum i liceum, co roku brałam udział w konkursach literackich. Pani od polskiego dość często mnie chwaliła i gdy udało mi się wygrać - opowiadała o tym w pokoju nauczycielskim. Reszta nauczycieli wiedziała więc, że potrafię pisać.
Pewnego dnia mieliśmy zaplanowaną kartkówkę z historii. Niestety, przedmiot ten nie był nigdy moją mocną stroną; postanowiłam więc skorzystać ze swojego daru i na pytania odpowiedzieć... wierszem. :) Miałam nadzieję, że nauczyciel podniesie mi chociaż ocenę za kreatywność.
Nie podniósł.
A na następnej kartkówce zaczął od stwierdzenia, że odpowiedzi mamy pisać PROZĄ.
Byłam z rodzicami na zakupach w centrum handlowym niedaleko Warszawy. Weszliśmy do jednego ze sklepów z odzieżą i od razu podszedł do mnie chłopak w podobnym wieku do mojego, który był tam sprzedawcą, i zapytał, czy może w czymś pomóc. Szybko odpowiedziałam, że nie, a kiedy odszedł, moja mama zaczęła wmawiać mi, że się mu spodobałam, co oczywiście całkowicie zignorowałam.
Po chwili, kiedy przeglądałam koszulki, ponownie podszedł do mnie ten sam chłopak i zapytał, czy może mi podać jakiś numer koszulki, kiedy odmówiłam, uśmiechnął się i zapytał:
- To może podasz mi swój numer?
Na co ja bez żadnych emocji odpowiedziałam mu:
- Generalnie noszę 36, ale czasem 34.
Chłopak odszedł z dość zmieszaną miną.
Dopiero po wyjściu ze sklepu ogarnęłam, że prosił o numer telefonu, a nie rozmiar ubrań.
Drogi sprzedawco, jeśli to czytasz, to wiedz, że przepraszam, nie chciałam cię tak potraktować.
Mój tata stwierdził, że bardzo podoba mu się imię Ryszard i że będzie tak mówić na jedno ze swoich dzieci.
Padło na mnie.
Jestem dziewczyną.
Dodaj anonimowe wyznanie