Pracowałam kiedyś w Anglii w domu opieki dla ludzi starszych. Miałam pod swoją jurysdykcją nocną zmianę.
Dom jak z klasycznego horroru. Naprawdę piękny. Kamienna posadzka w jadalni, witraże w oknach, drzwi z klamką na wysokości twarzy, rzeźbione, piękne schody, dywany zasłony, kapy na łóżkach. Był własnością człowieka, który wynalazł magiczny napój, potem szkołą dla chłopców z internatem, szpitalem i w końcu moim miejscem pracy. W dzień naprawdę imponujące miejsce. W nocy...
Co 2 godziny trzeba było sprawdzać pacjentów. Czy śpią, żyją, są bezpieczni, mają sucho. Tuż po takim obchodzie jemy sobie kanapki w salonie, nagle słychać, że na górze ktoś tupta. Myślimy: "eh, pewnie znowu Phil się rozebrał i spaceruje". No nic, trzeba tam iść, zanim wejdzie do łóżka jakiejś śpiącej kobiecinie. Idziemy. Phil śpi. Wszyscy inni też. Takie rzeczy, jak i przejmujące lodowate powiewy, były na porządku nocnym.
Dzwonek. Idziemy do pacjentki. Prosi, żebyśmy wzięli z jej pokoju tego chłopca. Opisuje jego ubiór, wzrost, czapkę, włosy i zachowanie. Próbujemy ją uspokoić, w końcu starszym, chorym ludziom zdarzają się przywidzenia. Wciąż jesteśmy w pokoju, gdy znów odzywa się dzwonek, tym razem z drugiego końca domu. Kładziemy pacjentkę do łóżka i drepczemy zmęczone do kolejnej pani, która prosi, żeby zabrać z pokoju dokładnie tak samo opisanego chłopca. Do końca nocy zmęczenie całkowicie nam przeszło.
Było też wiele sytuacji całkiem normalnych, które na pierwszy rzut oka wydawały się paranormalne, ale to materiał na inną historię, jeśli macie ochotę ją usłyszeć.
Jestem świeżo upieczonym absolwentem liceum. Mam ukończone 19 lat i niedługo wybieram się na studia. Według niektórych będę zwykłym smarkaczem nieznającym jeszcze prawdziwego smaku życia. Otóż nie. Przede wszystkim doświadczyłem straty najbliższych mi członków rodziny. Zaczynając od brata, po dziadków, wujków, a nawet prababcie. Widziałem też dosyć sporo. Widziałem rzeczy, które poniekąd do pewnego momentu mogłem zobaczyć tylko na filmach, szczególnie w horrorach. Wiadomo jak to jest, póki nie spotkamy się twarzą w twarz ze śmiercią, to raczej o niej nie myślimy. Żyjemy pełnią życia, aż tu nagle bęc. Sam miałem okazję poznać śmierć całkiem blisko, ale o tym za chwilę.
Nie jestem osobą o silnej wierze. Powiedziałbym wręcz, że takowej w ogóle nie mam. Nigdy szczególnie nie chciałem ufać opowieściom o duchach, choć czasem bywały dziwne momenty, które powodowały u mnie przerażenie. Np. wtedy kiedy odszedł wujek, mojego taty ojciec chrzestny. Podczas popołudniowej drzemki moich rodziców ja oglądałem telewizję, kiedy nagle patrzę jak tata (ŚPIĄC) zaczyna jakby z kimś się przytulać. Oczywiście wyglądało to dość komicznie. Do momentu kiedy zadzwonił telefon z wieścią, że wujek miał wylew i zmarł. Bądź też sytuacja, w której moja mama znalazła martwe motyle w swojej szafie, a mój brat kochał ją zawsze tym straszyć. Takich sytuacji było więcej, choćby fakt, że żadna zapalniczka w naszym domu nie działała, a już po wyjściu na ogródek było normalnie (mój brat był przeciwnikiem papierosów).
Oczywiście wszystko da się wytłumaczyć racjonalnie i tak staram się myśleć, ale co jeśli to rzeczywiście jest rzecz niepojęta dla nas, dla żywych?
Kilka miesięcy temu dość szczęśliwie przeżyłem wypadek samochodowy. Pijany kierowca wjechał na przeciwny pas ruchu i zmusił mnie do manewru, przez który wylądowałem na drzewie. Byłem w śpiączce ponad tydzień, kompletnie nieświadomy tego, jak źle jest ze mną. Nie widziałem żadnego światełka w tunelu ani nic z tych rzeczy, o których często piszą. Jedyne co, to w tamtym momencie w kilka sekund albo może i więcej miałem przed oczyma momenty z mojego życia, ale raczej te radosne. Widziałem twarze bliskich mi osób (tych nieżyjących) i coś jakbym się z nimi witał. W tym czasie prawdopodobnie mnie reanimowali, a kilka minut później zapadła cisza i ciemność. Ostatnie co pamiętam, to słowa ratownika "żyj, chłopie, żyj", których w praktyce nie miałem prawa słyszeć.
Po wybudzeniu może nie od razu, ale jeszcze tego samego dnia pogratulowałem mojej kuzynce zdobycia medalu w zawodach ogólnokrajowych w judo, choć nie miałem prawa tego wiedzieć, bo cała sytuacja miała miejsce podczas mojej śpiączki, a nikt o tym nie wspomniał słowem.
Sam nie wiem, jak odczytywać te wydarzenia. Uważam, że wszystko da się wyjaśnić, choć czasem to dosyć trudne. A może rzeczywiście istnieje coś, co jest potężniejsze od naszej wyobraźni? Coś, o czym nawet nie mamy czasu pomyśleć podczas życiowej wędrówki?
Mój ojciec był muzykiem. Był uzdolniony, ale nie w na tyle szczególny sposób, by zrobić jakąś karierę. Został nauczycielem muzyki, grał czasem w knajpach i na weselach. Dawał też lekcje gry na różnych instrumentach (był multiinstrumentalistą). Pewnego razu wracając z grania w knajpie mieli wypadek samochodowy. Pech chciał, że stracił w nim lewe oko. Jako że były to zamierzchłe czasy, nie dało się łatwo załatwić żadnej protezy. Wreszcie, przez jakiegoś znajomego, udało się z Białorusi przywieźć jakieś plastikowe ruskie oko, ręcznie malowane, w zamian za jakieś talony. Było straszne, troszkę za małe (rozmiary były uniwersalne) i z rodzeństwem bardzo się go baliśmy. Z tym okiem wiążą się jednak ciekawe wspomnienia. Jak np. to, gdy na weselu oko mu wypadło podczas grania na saksofonie na parkiet i ojciec krzycząc wbiegł między gości, żeby mu go nie podeptali.
Pewnego dnia byliśmy na spacerze. Ojciec kichnął, a że trzymałam go za rękę, nie zdążył przytrzymać oka. Cenne oczko wyskoczyło i potoczyło się po drodze, trafiając prosto do studzienki. Ojciec był załamany. Na szczęście okazało się, że studzienka jest przytkana jakimiś gałęziami i śmieciami z drogi, i oko na nich utkwiło. Ojciec kazał mi czatować przy studzience i pobiegł do domu po brechę. Podważył kratkę, ale nie mógł sięgnąć do oczka. Chwycił mnie zatem za kostki, podniósł do góry i włożył głową w dół do studzienki. Udało mi się oko złapać. Dziwne czynności zwróciły uwagę milicjanta, który natychmiast do nas podbiegł i zapytał, co mój ojciec najlepszego robi.
O mało się nie posikał ze śmiechu, gdy usłyszał tłumaczenie :)
Noszę gorset ortopedyczny. Czuję się trochę jak Iron Man, ale pomińmy to.
Wieczorem spacerując po mieście na horyzoncie ujrzałem moją koleżankę z klasy. Nie była sama. Jakiś typowy Sebek szarpał ją za rękę. Ogólnie sytuacja nie była za ciekawa. W tym momencie zaświeciła mi się żółta lampka, że pasowałoby pomóc, bo później zobaczylibyście tu wyznanie o gwałcie.
Podbiegam niczym superbohater. Sebek powiedział, żebym (cytuję) "się nie wpierd*lał, bo to jego suka, nie moja". Po tych słowach Sebuś sprzedał mi soczystego "gonga" w brzuch. Sekund później na ulicy rozległ się jęk i przekleństwa.
Tak jak myślicie. Dzięki temu, że jestem "Iron Manem", Sebek złamał sobie trzy palce, uderzając mnie w brzuch :)
Byłam w 1 albo 2 klasie gimnazjum. Recytowaliśmy wiersz (monolog Hamleta chyba). Pani oczywiście najpierw pyta tych chętnych, ale że nikt się nie zgłasza, więc mówi "może jakiś chłopiec teraz". Chłopaki od razu wzrok w blat ławki, tak że chciałam im troszkę pomóc i się zgłosiłam. Wtedy jeden z nich zaczął się śmiać, że miał być chłopak, że może to jakieś wyznanie z mojej strony itd. Nagle ni z tego, ni z owego zaczął się wyśmiewać z mojego brata. Po prostu nie wiedziałam co powiedzieć. W klasie cisza, każdy czeka na moją reakcję, a ja po prostu nie wiedziałam co powiedzieć, więc powiedziałam tylko "Ale z ciebie głupi ch*j jest". Cisza, cała klasa wzrok na mnie. Nagle on wstaje i zaczyna rozmowę z nauczycielką, która brzmiała mniej więcej tak:
- Słyszała pani?
- Tak.
- I nie postawi jej pani uwagi?
- Nie.
- Czemu?
- Bo miała rację.
Moja wdzięczność - nie do opisania. Od tamtej pory jest moją ulubioną nauczycielką. Pozdrowienia dla pani Basi.
Kilka miesięcy temu podjęłam decyzję, że zmieniam pracę. W nowej będę miała lepsze warunki do tego, aby łączyć obowiązki rodzinne z zawodowymi. Poza tym lepsze warunki zatrudnienia i wypłata.
Umówiłam się ze starym pracodawcą, że nie odejdę od razu, żebym mogła pozamykać różne sprawy, a nowy obiecał zaczekać te kilka tygodni.
Tymczasem mój mąż postanowił z dnia na dzień złożyć wypowiedzenie z pracy (którą podjął pół roku temu), bo jest nią zmęczony.
W efekcie oboje zmieniamy pracę w tym samym momencie.
On nie rozumie, dlaczego się wściekam. I nie dociera do niego, że:
1. Dwa tygodnie czekania na nową pracę sprawi, że w następnym miesiącu będziemy mieć o 1/4 przychodu do budżetu mniej.
2. Skoro nasze dziecko się rozchorowało, to on, jako osoba bez zatrudnienia jest zobowiązany z nim zostać, bo ja nie dostanę opieki na nie. W jego mniemaniu powinnam to jakoś załatwić, bo on w każdej chwili może zostać wezwany do nowej pracy.
3. Do nowej pracy będzie chodził głównie popołudniami i w weekendy. Więc cała opieka nad dziećmi i obowiązki domowe spadną na mnie.
4. Na rozmowie o pracę powinny być ustalone takie "szczegóły" jak wynagrodzenie. I że nie powinien podejmować zobowiązań zawodowych, jeśli nie otrzymał umowy.
5. Że zachował się w moim mniemaniu egoistycznie, bo nie pomyślał o mnie (zmiana zatrudnienia) i o dzieciach (zapewnienie opieki wakacyjnej), gdy postanowił zrobić to w tym samym momencie, w którym kończy mi się okres wypowiedzenia.
Nigdy nie grzeszył umiejętnością przewidywania skutków swoich działań, ale tym razem przegiął pałę.
Jak stanę na nogi w nowej pracy, postanowiłam, że go zostawię. Jest po prostu egoistą.
Byłem na dyskotece. Bawię się ze znajomymi, obok mnie skacze jak szalony typowy Seba w dresach, cały spocony. Nagle wyskakuje z pytaniem:
- Stary, masz jakiś gips? (chodziło mu o substancje ekhm... niedozwolone)
Ja odpowiadam, że mam, ale w aucie i jak chce, to możemy iść.
Tak się złożyło, że miałem w aucie 2 worki gipsu szpachlowego i jeden worek kleju gipsowego, bo pracuję na budowie i musiałem je zabrać do domu, a zapomniałem je wyciągnąć i jeździły ze mną w aucie w bagażniku.
Idziemy do auta. Seba ucieszony jak małe dziecko, mówi jaki ja spoko ziomek i w ogóle, że się napijemy później itd. Pyta mnie w pewnym momencie, ile za to będę chciał. Odpowiadam, że 30 zł za worek, on ucieszony, że tak tanio!
Otwieram bagażnik, pytam, który ma być. Seba stoi, patrzy, nic nie mówi, jakby jego życie legło w gruzach, a po chwili "K*wa, może bym to wziął i matce kuchnię tym opier**ił, bo jej do garów z sufitu leci" :D
W szkole podstawowej wierzyłam, że Krzysztof Kolumb to Polak.
Mam chyba dość tradycyjne spojrzenie na to, jak człowiek powinien poznawać temat ludzkiej płciowości i seksu.
Oczywiście najpierw mama i tata są czymś oczywistym, a reszta ludzi to ludzie i już.
Później dziecko dowiaduje się, że dziewczynki mają pipki, a chłopcy siusiaki i mniej więcej w tym samym czasie lub trochę później o tym, że dzieci biorą się z miłości/bliskości mamy i taty.
Potem mówi się o ziarenku zasianym w brzuszku mamy i trochę więcej o tym, że dziecko się rodzi, wychodząc z brzucha.
Później pojawia się z grubsza wyobrażenie o tym, że dzieci robi się w łóżku, na leżąco, i trzeba być wtedy gołym, hihihi. Zaczyna się też kojarzyć całowanie z seksualnością.
Później jest w szkole więcej nauki o anatomii i fizjologii: miesiączka, owulacja, polucje, co to jest nasienie, no i jak przebiega zapłodnienie.
Później, wśród nastolatków, pojawiają się tematy antykoncepcji i chorób wenerycznych.
Później pozycje seksualne i inne techniki seksualne niż stosunek. Wiele osób już wtedy praktykuje, zatem poznaje się dokładnie ciało własne i partnera, i doznania z tego wynikające.
Gdzieś pod koniec edukacji poznaje się (w teorii, bo nie każdemu to odpowiada, ale wiedzę się jakoś zawsze wchłonie) tematykę zboczeń, parafilii, BDSM, fetyszyzmu, po kolei, aż do 2girls1cup, słoika w odbycie czy filmików z darkwebu. To wszystko oczywiście, gdy człowiek jest dorosły.
Taka z grubsza hierarchia hardkoru, czy wtajemniczenia w seks.
Pewnie wiele osób się ze mną zgodzi, że tak jest okej.
Jest jedna rzecz, która mnie w tym wszystkim niesamowicie wpier*ala.
Że samo istnienie homoseksualizmu w tej hierarchii lokuje się gdzieś pomiędzy kanibalsko-nekrofilskimi orgiami, a wywijaniem golfa z użyciem szczypiec umoczonych w papryczce piri-piri.
Że jest to temat tak straszny, deprawujący i kryptyczny, że trzeba chronić dzieci (czy nawet nastolatki) za wszelką cenę przed zetknięciem się z nim.
Nie mówię oczywiście o ćwiczeniu gejowskich pozycji seksualnych na wuefie czy o dniu "przynieś swoją zabawkę erotyczną do przedszkola", ale po prostu o zwykłym stwierdzeniu faktu: czasami tak jest, że chłopak z chłopakiem albo dziewczyna z dziewczyną mieszkają razem i kochają się jak mama i tata. I tyle.
Wiele osób uważa, że ten prosty i niewinny fakt trzeba przed ludźmi ukrywać do osiemnastych urodzin, jakby samo usłyszenie o nim miało sprawić, że zmienią się w seryjnych morderców-pedofili bezczeszczących groby.
To jest coś czego nie rozumiem i k*wa nigdy nie zrozumiem.
Latem remontując mieszkanie znajomego zdzierałem farbę ze ściany, szło bardzo źle, w dodatku okna były zepsute w tym pokoju i nie mogłem ich otworzyć, więc porno i duszno było :)
Po 5 godzinach lało się ze mnie jak cholera, trochę źle się czułem od rana, ale myślałem, że chodzi o jakieś zatrucie pokarmowe, bo jadłem dzień wcześniej pierwszy raz owoce morza, myślałem, że mi nie "siadły". Niestety zemdlałem i uderzyłem głową w parapet, rozcinając sobie przy tym łuk brwiowy, niby nic, ale znajomy jest studentem medycyny i oczywiście zawozi mnie do szpitala do Krakowa... a przecież to zwykłe przemęczenie od tej temperatury.
Oczywiście zestaw badań i prześwietleń, ale myślę co mi tam, przecież nie płacę, niech sobie poszukają czego tam chcą, w dodatku ładna pani pielęgniarka pięknie zszyła mi ranę. :D Po paru godzinach zaczęło mnie czekanie nudzić, ale lekarz nalegał, żebym został jeszcze chwilę i tak godzina po godzinie w końcu przychodzi inny lekarz, mówił tak, że jedyne co zrozumiałem to to, że jest z onkologii.
Ma pan raka płuc, czwarte stadium, przerzuty na wątrobę. Uśmiechnąłem się i jedynie co przyszło mi na myśl to "xD". Mam 21 lat, popularna bardzo emotikonka ciągle przychodzi mi na myśl :)
Po parunastu sekundach cytuję mówię "It's a prank, bro!" patrząc na kumpla.
Niestety nie był to prank :/ Siadłem i podziękowałem doktorkowi, po paru godzinach wyszedłem ze szpitala na własną prośbę.
Mniej niż 15% szans na przeżycie, tak mi powiedziano.
W mojej rodzinie każdy pali, tylko nie ja, o ironio.
W sumie nawet nie jestem załamany, nie mam zamiaru nikomu mówić z rodziny czego się dowiedziałem i nie mam zamiaru próbować tego leczyć.
W sumie nawet jestem wdzięczny, bo życia nie mam jakiegoś fajnego, nawet beznadziejne, bym powiedział :)
Kurna, głupi remont ;)
Dodaj anonimowe wyznanie