#dh5wV

Wyznanie dotyczy mojego świętej pamięci dziadka. Podczas wojny walczył z niemieckimi żołnierzami, robił co mógł, aż Niemcy zapukali do jego drzwi, żeby go aresztować. Dziadek znał wiele takich przypadków i wiedział, że na powrót do domu już nie ma co liczyć.

Kiedy jechali do aresztu (żołnierze niemieccy przewozili jeszcze kilku więźniów poza dziadkiem), dziadek wiedział, że wrogowie noszą przy butach granaty, postanowił podjąć próbę odbezpieczenia jednego z nich. Wiedział, że umrze, więc chciał pociągnąć wrogów za sobą. Jednak żołnierz był czujny, przewidział jego zamiary i przełożył granat w inne miejsce.

Dziadek stanął przed sądem. Zapytano go, czy jeśli go wypuszczą, to dalej będzie walczył za Polskę. Odpowiedział, że tak. Dziadek widział jak katowani byli inni ludzie i starał się odpowiadać szczerze i w taki sposób, żeby zostać skazanym na szybką śmierć.

Stało się coś nieoczekiwanego, sędzia wypuścił go mówiąc: takich ludzi jak pan szanujemy.

Zaraz po tym dziadek wyszedł na wolność, szedł chodnikiem, a przechodnie, którzy zobaczyli skąd wyszedł uciekali na drugą stronę drogi (bo nie raz było tak, że ktoś został wypuszczony na wolność, a kiedy tylko wyszedł dostawał strzał w tył głowy).

Dziadek wrócił szczęśliwie do domu, w którym rodzina już go opłakiwała. Chyba nigdy nie potrafiłbym być tak odważny jak on.

#Cy1n9

Moja żona miała wczoraj urodziny, więc chciałem jej zrobić imprezę-niespodziankę. Zaprosiłem do nas grupę znajomych z dziećmi. Plan był całkiem dobry i dość szczegółowo dopracowany. Goście mieli wejść tylnymi drzwiami, miało być ciasto, dmuchaniec dla dzieciaków, muzyka, prezenty, balony itp.
Jako że mam sześcioletniego syna, postanowiłem wtajemniczyć go w ten „spisek”. Bardzo się zajarał i obiecał, że się nie wygada.

Pięć minut później usłyszałem, jak pląsa wokół mojej żony, krzycząc: „Nic ci nie powiem o niespodziance! Nie dowiesz się o gościach ani o balonach! Nie będzie żadnych dmuchańców ani prezentów! Niczego się nie spodziewasz, tralalala!”. No i cały misterny plan szlag trafił…

#DYinw

Uderzyłem dziewczynę. Nie żałuję. Ale zanim we mnie rzucone zostaną kamienie i zgniłe warzywa wysłuchajcie historii.

Było to pod koniec gimnazjum.
W szkole nigdy nie byłem specjalnie lubiany. Jestem introwertykiem, więc mi to nie przeszkadzało. Wszelkie docinki spływały ze mnie jak woda z kaczki czy jak to się tam mówi. Miałem dziewczynę, z którą utrzymywałem kontakt przez internet (wyjechała, ale nie chciała ze mną zrywać).

No więc ten tydzień był najgorszym tygodniem jaki kiedykolwiek mi się przydarzył. Zmarła moja ukochana babcia. Miałem z nią świetny kontakt. Dodatkowo moja jedyna otucha w tym marnym życiu nie dawała oznak życia od tygodnia. Pogrzeb odbył się w piątek. Przez pół tygodnia nie chodziłem do szkoły. Stwierdziłem, że w szkole będzie to samo, co w domu, więc postanowiłem w poniedziałek pójść. Pół dnia był spokój. Potem przyszła ona. Pół tony makijażu, najnowszy srajfon od rodziców, markowe ciuchy, fajki alkohol i takie tam. Oczywiście była liderką klasową. Nie mam pojęcia jak, ale wiedziała o mojej babci. Zaczęło się typowo. "Siema frajerze jak weekend?". Nawet nie zmieniłem prędkości kroku.

Potem było gorzej, zaczęła ze mnie drwić, bo nie chodziłem do szkoły, bo płakałam po utracie babci. Ostatnie słowa jakie wypowiedziała do mnie to były "w sumie dobrze, że umarła, lepiej światu bez niej". Takiego chamstwa i pokazu szmatowatości nigdy nie widziałem ani słyszałem. Smutek po utracie bliskiej osoby jak i stres, bo coś mogło się stać mojej dziewczynie, przełamały mnie. Nie wytrzymałem i przywaliłem jej z liścia. Wspomniane wyżej pół tony tapety na twarzy dały górę i ściągnięte grawitacją upadły na podłogę.

Wstałem i poszedłem prosto do wychowawczyni, żeby się przyznać. Oczywiście zrozumiała i to ona wybroniła mnie przed dyrektorką, która również zrozumiała. Jednak one nie mogły uchronić mnie przed rodzicami wyżej wymienionej osoby. Od nich dowiedziałem się, że gnębiłem ich kochaną, najwspanialszą i *tu wstaw pochlebny przymiotnik* córusie i że kim ja w ogóle jestem, żeby dotykać ich *kolejne przymiotniki* córeczkę.

Była rozprawa sądowa. Oczywiste jest to, że jej być nie powinno, ale to z winy jej rodziców. Nie chcieli nawet wysłuchać mojej wersji wydarzeń. Wtedy dowiedziałem się również, że uderzyłem ją tępym narzędziem.. przynajmniej tak stwierdził lekarz podczas obdukcji...

Sprawę w sądzie wygrałem dzięki monitoringowi z mikrofonami i kilku godzinach szukania z wychowawcą momentów wyzywania mnie.

W szkole po całej sprawie usłyszałem od niej jedno słowo wymuszone i rzucone od niechcenia "sory". Usłyszała krótkie i klarowne "s*********"

Historia opowiedziana. Teraz rzucajcie kamieniami.

#FWJrK

Opowiem Wam coś o samobójstwie, ale trochę z innej perspektywy.

Mówi się, że większość osób, które podejmują próbę samobójczą, tak naprawdę wcale nie chce umrzeć, ale nie widzi wyjścia ze swojej sytuacji i pragnie uwolnić się od cierpienia. Ze mną częściowo jest podobnie, ale wcale nie cierpię na tyle, by się zabijać. Po prostu jestem zmęczona, cholernie zmęczona.

Cierpię na depresję od jakichś dziesięciu lat, ale biorąc pod uwagę mój młody wiek, to jest większość życia, jakie pamiętam. Rzadko kiedy zdarza się, bym nie dała rady wstać z łóżka - to ten rodzaj depresji, która pozwala funkcjonować na co dzień, ale powoli wyniszcza, odbierając pewność siebie, radość z wykonywania pasji i w końcu nadzieję, że kiedyś będzie lepiej.

Jestem zmęczona tym, że nie mogę sobie ufać, bo nawet gdy kładę się spać w dobrym humorze, mogę dostać w nocy ataku paniki i następnego dnia włóczyć się po domu jak zombie. Tym, że gdy moja praca i noce zarwane na naukę dają efekty w postaci dobrych wyników, nie potrafię być z siebie dumna. Tym, że niechętnie się rozbieram, bo nienawidzę swojego ciała i brzydzę się go. Ale najbardziej chyba męczy mnie to, że mogę zaśmiewać się do łez z byle głupot, a potem wieczorem i tak kładę się na łóżku i zaczynam fantazjować o samobójstwie.

Myśli o swojej śmierci nie wywołują u mnie większych emocji, powiedziałabym wręcz, że myślę o tym dość chłodno i w sposób wykalkulowany. Na koniec powiem coś kontrowersyjnego, co wielu z Was się zapewne nie spodoba.

Uważam, że nie każdemu da się pomóc. Oczywiście, depresja to choroba i wymaga odpowiedniej terapii psychicznej i farmakologicznej. Należy wspierać taką osobę, ale trzeba przede wszystkim pamiętać o własnych limitach i możliwościach, bo nikt nie powinien brać na barki ciężaru zmartwień innych osób, jeśli jest on ponad jego siły.
Jeśli ktoś całkiem utracił nadzieję, że będzie lepiej, nie ma siły czekać na lepsze jutro, które nie nadejdzie, ciągle trzeba wyciągać go z łóżka i odwracać uwagę od myśli samobójczych, bo nie jest w stanie poradzić sobie z presją i wymaganiami świata wokół, to w końcu i tak się zabije. I zmniejszy się prawdopodobieństwo, że ''słabe" geny zostaną przekazane przyszłemu pokoleniu. Może wydawać się to okrutne, ale tak natura działa u podstaw.

Na siebie patrzę dokładnie w ten sam sposób, jakbym była wadliwą komórką w społeczeństwie. Dla świata nie znaczę nic, ale najbliższe osoby przede wszystkim martwię i zadręczam swoim wiecznie przybitym nastrojem i negatywnym nastawieniem. Nie poddałam się się jeszcze, ale czuję się coraz bardziej znużona, dlatego, jeśli się nie poprawi, za jakiś czas być może po prostu się zabiję.

Dziękuję osobom, które wytrwały do końca tego wpisu i pozdrawiam je. Chciałam sprawdzić, czy ktoś myśli w podobny sposób.

#f5nDf

Jestem młodym trenerem i od jakiegoś czasu pracuję na siłowni. Któregoś dnia przyszła do nas piękna brunetka, niewysoka, o ciemnych mądrych oczach (nazwijmy ją Mia). Nie miała wysportowanej sylwetki, nie przypominała też szprych z siłowni, budowę ciała miała zbliżoną do typu Scarlett Johansson. Pogadaliśmy o planie treningowym, o cenniku, była zdecydowana, więc poszło szybko. Na koniec musiałem uzupełnić naszą ankietę. Jednym ze standardowych pytań jest "Dlaczego zdecydowałaś się zacząć trening na siłowni?". Dziewczyna opowiedziała, "Bo jestem za gruba". Trochę mnie to zdziwiło, bo dziewczyna wyglądała na pewną siebie i ogólnie sprawiała wrażenie wychillowanej. Mówię, że przecież to nieprawda i wygląda świetnie, ona tylko odpowiedziała, że głównie z powodów praktycznych, bo nie jest w stanie kupić sobie sensownych ubrań przy swoim wzroście i figurze klepsydry, więc gdy schudnie to będzie jej łatwiej. No nic.

Następnego dnia przyszła na siłownię ubrana w obcisłe legginsy i top, włosy upięte w kucyk. Większość facetów nie mogła oderwać od niej wzroku. Standardowo znalazł się jakiś palant, który zaczął przy niej napinać mięśnie albo pokazywać jak działa sprzęt. Była zupełnie niezainteresowana.

Po jakimś czasie Mia zmieniła godzinę przychodzenia na siłownię, akurat na taką, na którą przychodziły Karyny - puste dziunie przychodzące cykać sobie selfie. Najpierw nie zwracały na nią uwagi, dopiero kiedy się zorientowały, że większość facetów ślini się na jej widok zmieniły front. Rzucały w jej kierunku chamskie teksty, że jest gruba, że ma cellulit, rozstępy etc. Mia starała się je ignorować, ale widać było, że ją to boli. Na siłownię przychodził koleś, na którego Karyny mówiły Boski, on nie zwracał na nie najmniejszej uwagi. Boski pewnego razu zgadał się z Mią, że oboje lubią żeglarstwo. Długo gadali na ten temat, Karyny odczytały to jako policzek w twarz.

Któregoś razu Mia po skończonym treningu zastała w swojej szafce pocięte ubrania, wymazane jakaś mazią. Była zima, więc sytuacja była tym bardziej dramatyczna. Od razu wiedziałem, że to sprawka Karyn. Mia była bardzo zrezygnowana. Boski zaoferował się zawieźć ją do domu.

Przejrzeliśmy monitoring i było jasne, że cała ta akcja jest sprawka pustaków. Zanim wystosowaliśmy oficjalny zakaz wejścia na siłownię dla Karyn, wpadłem na pewien pomysł. Oczywiście dla takich idiotek zakaz wejścia nie jest żadną karą, bo jak nie ta siłka, to inna, więc postanowiłem pokonać je tą samą bronią. Podczas kolejnych odwiedzin Karyn (postarałem się, żeby również Mia to widziała) wsypałem im do bidonów trochę środka na przeczyszczenie.
Na efekty nie trzeba było długo czekać. Widok trzech biegnących pustaków, które trzymają się za tyłki i co krok popuszczają w gacie był czarujący.

Nie żałuję :)

#PloC3

Razem z kumplami mamy swoje różne odpały. Jednym z nich było wrzeszczenie na siebie "precelki" podczas jedzenia ich. Miało to spowodować oplucie innych okruchami. Nie pytajcie dlaczego, bo sami nie wiemy.

Przechodząc do konkretów: siedzieliśmy w kilka osób w domu kumpla. Kiedy poszedł do toalety, nabrałem do ust mnóstwo precli, lekko przeżułem i schowałem się za drzwiami. Kiedy one się otworzyły, ja z dzikim okrzykiem bojowym "PRECLE!" oplułem... jego siostrę, która zresztą od dawna mi się podoba.

Niestety, podryw na precla nie działa :(

#ZOAXX

Mieszkam w dość sporym mieście, a mój tata pracuje w komunikacji miejskiej, a dokładniej jeździ autobusem.

Autobusów tutaj jest około 20, dlatego wszyscy kierowcy bardzo dobrze się ze sobą znają. Ja także, jako córka taty, jestem rozpoznawana przez innych kierowców, więc czasami z grzeczności, gdy jadę MPK, zamienię z nimi parę słów, ukłonię się.

Jest też tutaj pewien starszy pan. Ma na imię Kazimierz (imię zmienione). Może nie jest jakiś mocno stary, ale wyróżnia się od innych tym, że... nie ma nosa.
To nie jest śmieszne, bo urodził się zdrowy. Pewnego dnia na jego nosie wyskoczył zwykły pryszcz, którego wycisnął i tam wdał się rak. Musieli mu go potem wyciąć.

Pan Kazimierz to bardzo pogodny chłop, koleguje się z moim tatą, dlatego też bardzo dobrze go znam. Przełamał się i wyszedł znowu do ludzi, mimo że nie obywa się bez bardzo nieprzyjemnych sytuacji pod jego adresem. A teraz opowiem o jednej z nich.

Tak się zdarzyło, że wracałam z miasta do domu i aby było szybciej stwierdziłam, że podjadę kawałek autobusem.
Nie miałam biletu, więc podeszłam pod okienko kierowcy, by go kupić. Kierował akurat pan Kazimierz, który stwierdził, że mogę stanąć obok niego, wtedy kontrolerzy nie będą mnie sprawdzali. Grzecznie podziękowałam i tak zaczęliśmy rozmawiać.

Autobusem jechała także pewna grupa gimnazjalistów. Młodzi, wyszczekani, co chwila rzucali obraźliwe teksty w stronę pana Kazimierza, porównując go do Voldemorta. Czułam się zakłopotana, ale pan Kazimierz najwyraźniej się tym nie przejmował.
Lecz oni w dalszym ciągu nie przestawali, wręcz przeciwnie, mówili o tym coraz głośniej i coraz bardziej chamsko.

I kiedy autobus zatrzymał się na czerwonym świetle, pan Kazimierz nie wytrzymał. Otworzył drzwi kierowcy, wyszedł na zewnątrz, ułożył ręce w różdżkę i krzyknął w ich kierunku na cały autobus:

- REDUCTIO!!!!

Młodzi zbaranieli.
Gratuluję takiego dystansu do siebie, a młodym należy się po prostu wpieprz...

#TqzOD

Jak miałam 6 lat, straciłam najważniejszą kobietę w moim życiu - matkę. Tata starał się jak mógł, nie pokazywał, jak jest mu ciężko, żeby podnieść mnie na duchu - i za to jestem mu wdzięczna.

Kiedy miałam 12 lat oznajmił mi, że wyprowadzamy się do Kanady (tata jest Kanadyjczykiem). Ucieszyłam się, bo kocham ten kraj. Powiedział, że najpierw on sam tam pojedzie, załatwi wszystkie formalności, szkołę, odremontuje mieszkanie i przyjedzie po mnie, jak już wszystko będzie gotowe, no i mam się już spakować i czekać na niego, a na razie zostanę z babcią.

Czekałam, czekałam... I dziś mam 22 lata, walizka, którą przygotowałam jako mała dziewczynka jest ciągle spakowana, a ja nadal czekam, aż tata po mnie przyjedzie.
Dodaj anonimowe wyznanie