Historia ta wydarzyła się ok. 9 lat temu. Byłem wtedy słodkim ośmiolatkiem, który razem z koleżankami i kolegami miał wiele głupich pomysłów.
Ja, jako przykład "hot 8", oczywiście nie mogłem nie mieć tej jedynej kobiety swojego życia.
W tamtych czasach modna była gra, która nazywała się Futrzak. Wiecie, taka futrzana kulka, która odpowiadała na pytania. Akurat złożyło się, że mój najlepszy przyjaciel posiadał owego Futrzaka w swoim telefonie. Była tam taka opcja "Co kupić dziewczynie" i po wciśnięciu przycisku, Futrzak odpowiadał co można swojej lubej kupić.
Akurat zbliżały się urodziny mojej ukochanej. Nie wiedziałem, co mam jej podarować. Moje myśli chwiały się pomiędzy lalką a pierścionkiem. Do urodzin zostawało coraz mniej czasu, a ja nadal nie wiedziałem co zaoferować mojej kobiecie. Postanowiłem poradzić się Futrzaka.
Poprosiłem kolegę o pożyczenie telefonu, bo szybko muszę zadzwonić do mamy coś jej powiedzieć. Wziąłem ten telefon, odszedłem na bok i odpaliłem Futrzaka pytając o prezent. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy Futrzak odpowiedział "Bielizna". Pomyślałem "Bielizna? Co to w ogóle jest?" i po szkole zapytałem mamy. Odpowiedziała mi, że są to po prostu majtki.
Ja jako lekko zakłopotany chłopiec stwierdziłem, że na następny dzień pójdę do pobliskiego sklepu i kupię majtki mojej dziewczynie. Niestety nie mogłem znaleźć odpowiedniego modelu i zdecydowałem wrócić do domu.
Gdy byłem w domu zorientowałem się, że moja dziewczyna urodziny ma już następnego dnia, a ja nie mam prezentu. Postanowiłem zaryzykować i wyruszyłem w stronę szafy mojej mamy w poszukiwaniu idealnej pary majtek i znalazłem te jedyne: czerwone koronkowe stringi.
Następnego dnia dumny szedłem do szkoły wiedząc, że znalazłem idealny prezent. Od razu gdy zauważyłem moją dziewczynę poszedłem w jej stronę. Niestety prezentu nie udało mi się przekazać, bo zadzwonił dzwonek na lekcje.
Po wejściu wszystkich do sali postanowiłem działać. Podszedłem do mojej kobiety, złożyłem życzenia i dałem jej zwinięte w ręce majtki.
Wyobraźcie sobie minę nauczycielki i reszty dzieci, kiedy moja dziewczyna rozłożyła te stringi i podniosła do góry robiąc dziwne miny.
Do tej pory cholernie się wstydzę tego co zaszło i czerwienię się jak burak, gdy rodzina lub znajomi mi to wypominają.
PS. Nie, nie jestem po ślubie z tą dziewczyną.
Mam 22 lat i studiuję sobie energetykę na polibudzie w Warszawie. No i przy okazji jestem gejem - nie mówię tego, bo się chcę tym pochwalić czy coś w ten deseń, po prostu ma to znaczenie w kontekście historii. Ale po kolei...
Kiedy zacząłem studia i moi nowo poznani znajomi dowiedzieli się, że jestem homo, byli mocno zaskoczeni, ponieważ w ogóle nie wyglądam na geja. I tutaj muszę wrzucić też opis mojego wyglądu zewnętrznego - mam 190 cm wzrostu, gęsty zarost i jestem dość wyrzeźbiony. Na to co powiedzieli znajomi tylko się uśmiechnąłem i żartobliwie przyznałem im rację. Jest u mnie też na kierunku taka jedna dziewczyna, o której można powiedzieć, że jest przykładem książkowej Julki - duże kształty, krótkie niebieskie włosy, kwadratowe okulary, kolczyki na nosie i w ustach i ubiera się w taką czarną siatkę (nie mam pojęcia jak się to fachowo nazywa, ale chyba każdy wie o co chodzi). Jak się później okazało, ta Julka jest zagorzałą feministką, walczącą o prawa kobiet oraz społeczności LGBT, a sama określa swoją płeć jako queer. Jej osobowość też była dość odpychająca - potrafiła sprzeczać się o wszystko ze wszystkimi, nawet z profesorami na uczelni, dlatego też nie zaskarbiła sobie sympatii mojej i moich kolegów.
Przyszedł koronawirus i musieliśmy przenieść się na naukę zdalną. Mijały miesiące i jakoś to było. Od czasu do czasu wychodziłem z kumplami na miasto, kiedy skończył się lockdown, graliśmy też wspólnie jakieś gierki, ogólnie wszystko spoko.
Pewnego razu na msg napisała do mnie Julka. Napisała mi, że trochę czuje się samotna przez covida i chciałaby sobie ze mną pogadać i mnie lepiej poznać, bo jestem JEDYNYM NORMALNYM gościem ze studiów, jakiego miała okazję poznać. Zapytałem ją, co to znaczy ''normalny'', ona odpowiedziała, że przecież jestem dumnym członkiem społeczności LGBT. Odpisałem jej wtedy, że jestem tylko gejem, ale nie za bardzo mam ochotę bawić się w takie rzeczy, bo nie za bardzo mi się to podoba. Zaczęła mnie wtedy przekonywać, że tylko wspólnymi siłami możemy razem obalić patriarchat. Odpowiedziałem jej, że nie za bardzo mi się to podoba, bo mimo że jestem homo, to jestem też osobą wierzącą, mój starszy brat jest księdzem, a moi rodzice akceptują mnie takiego jakim jestem, więc nie mam potrzeby niczego obalać. Jak ona mnie wtedy zwyzywała... Stwierdziła, że mogę być tym kim chcę, a tymczasem jestem NIKIM i że nie mam prawa uważać się za geja, bo – jak powiedział – wierzę w zabobony, nie noszę kolorowej flagi na marszach równości i nawet nie wyglądam jak gej.
Minęło trochę czasu, a Julka do tej pory wysyła mi podobne wiadomości. Nie zablokowałem jej, ponieważ to co ona pisze jest dla mnie zawsze ciekawą lekturą przed snem i czasami mnie to nawet śmieszy :)
Od dłuższego czasu uskarżałam się na ból kolana. Rodzice często mówili mi, że to pewnie nic takiego i wymyślam, ogólnie "nie mamy czasu, żeby cię targać po lekarzach". Jestem osobą, która nie lubi okazywać słabości, więc nawet jak płakałam z bólu (zwykle po wysiłku), robiłam to cicho, zamknięta w moim pokoju.
Niedawno skończyłam 18 lat i postanowiłam, że wreszcie pójdę, żeby mnie porządnie zbadali.
Mam nowotwór w kości.
Dziękuję wam, rodzice. :)
Gdy byłam mała, zamarzył mi się... kurczak. Taki żywy. A że mieszkam w mieście, to sprawa była nieco utrudniona. Postanowiłam zatem, że wezmę jajko, będę je ogrzewać i postawię rodziców przed faktem dokonanym, gdy ptaszek się wykluje (wiedziałam, że w innym wypadku nici z kurczaka).
Wzięłam zatem pierwsze jajo z brzegu. Ogrzewałam je, trzymając w rękawie lub kładąc na kaloryferze. Pełna konspiracja. Nie wiem, ile to trwało (coś około tygodnia), ale w końcu zaczęłam się niecierpliwić, a że pojęcie o działaniu jajka miałam znikome, to postanowiłam się w końcu przyznać rodzicom do mojego ewentualnego dziecka i spytać się, kiedy mogę się spodziewać wyklucia.
Okazało się, że przez jakiś czas troskliwie opiekowałam się jajkiem ugotowanym na twardo.
Za czasów podstawówki (2-3 klasa) zmagałam się z jednym z najczęstszych problemów tamtego okresu, a mianowicie byłam obiektem żartów innych dzieciaków. Szczególnie zainteresował się mną jeden chłopak z klasy, który z niewiadomych dla mnie powodów po prostu uwielbiał mi dokuczać - wyzywał, podstawiał nogę, ciągnął za włosy, przedrzeźniał, ogólnie wszystko, co mu tylko wpadło do tego głupiego łba.
Próbowałam już chyba wszystkiego, żeby się odczepił, włącznie z kompletną ignorancją, uwagami od nauczycieli i pobiciem go gumą do skakania, ale nic nie dawało efektów, było tylko gorzej.
W końcu, w akcie desperacji, zwierzyłam się z moich problemów babci. Sądziłam, że mnie wyśmieje lub powie coś w stylu "nie przejmuj się", ale wzięła to bardzo na poważnie i kazała mi zrobić tylko jedną rzecz, która wydała mi się wtedy kompletnie głupia i bezsensowna. Zaparłam się, że tego nie zrobię i koniec.
Jednak po kilku dniach dokuczania nie wytrzymałam i postanowiłam wprowadzić w życie pomysł babci. Gdy kolega po raz kolejny podstawił mi nogę, z dumą podniosłam się, odgarnęłam włosy z twarzy, zatrzepotałam rzęsami i powiedziałam najsłodziej jak się dało:
- Kamilku... Wiem, czemu tak robisz... Kochasz mnie? Chyba muszę cię pocałować. - I pochyliłam się nad nim, chociaż było mi niesamowicie głupio, ale wiedziałam, że nie mogę teraz odpuścić, bo to moja jedyna szansa.
Reakcja przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Kamilek zbladł i wystraszył się tak, jakbym mu co najmniej nasrała do buta, a potem kazała to zjeść, wymamrotał coś szybko i z krzykiem uciekł.
Unikał mnie przez następne kilka dni, a gdy znów próbował mi dokuczać, to sytuacja z mojej strony się powtarzała, ponieważ nabrałam pewności siebie i widziałam, że to działa. O dziwo klasa uwierzyła mi, nie jemu i zgodnie stwierdziła, że po prostu zwrócił moją uwagę swoim zachowaniem i mówiono tylko o nas, jako o parze, przyszłym małżeństwie, itp.
Biedny Kamil robił wszystko, by tylko temu zaprzeczyć, a ja miałam ogromny ubaw i mówiłam wszystkim wprost, że jesteśmy parą, tylko mój luby nie chce się przyznać. W końcu nie wytrzymał, przeprosił mnie, obiecał poprawę, więc powiedzieliśmy oficjalnie klasie, że zerwaliśmy i z nami koniec. Po krótkim czasie o wszystkim zapomniano, ponieważ w klasie pojawiła się następna parka, tym razem na poważnie.
Tak oto uwolniłam się od natręta i miałam na niego haka - gdy znów czasami zaczynał mi dokuczać, puszczałam mu ręką całuski i już miałam spokój.
Całe szczęście, że nie widziałam się z nim ani nie rozmawiałam od dobrych kilkunastu lat, bo nie wiem jak bardzo wybuchłabym śmiechem, gdybym go teraz spotkała.
Ale wiem jedno: babciu, uwielbiam Cię.
Jestem tu, bo w moje życie wkradła się niepewność i chciałbym się wygadać lub nawet usłyszeć coś konstruktywnego.
Babcia mojej kobiety zmarła i zostawiła po sobie mieszkanie. Z tego co się zorientowałem, to mieszkanie w postępowaniu spadkowym zostało przepisane na matkę mojej kobiety, lecz zważywszy na fakt, że u niej w rodzinie każdy poza nią jest już na swoim, w tym mieszkaniu zamieszkała moja dziewczyna wraz ze mną. I tu ja stawiam mój znak zapytania.
Monika (imię zmienione) zrobiła mi awanturę, że skoro tu mieszkam, moim obowiązkiem jest je wyremontować wspólnie z nią. Żebyśmy się jeszcze znali 10 lat, to mogę zrozumieć, ale nie znamy się nawet roku, a od 4 miesięcy mieszkamy razem i miałbym remontować coś, co nie jest nawet jej, tylko jej matki? To jeszcze mało, ona pracuje na recepcji za minimalną krajową i jak by miał wyglądać jej wkład w remont? Ona w zasadzie od kiedy razem mieszkamy i zwiększyły się jej wydatki (bo nie żyje już z rodzicami i mieszkanie trzeba opłacić) ciągle pożycza ode mnie pieniądze, bo jej brakuje, a i tak nigdy nie oddaje. Kupiłem za swoje całe RTV, AGD i łóżko, ale to jest coś, co zawsze mogę zabrać ze sobą. Najlepsze jest to, że ona nie dostrzega, że wydałem tyle pieniędzy.
Zadaję sobie pytanie, czy to nie powinien być ten moment, gdzie powinienem się ewakuować z tego związku? Dużo nasłuchałem się o laskach, które wykorzystują mężczyzn. Nie chcę zostać jednym z nich. Sam stoję z budową, bo ceny materiałów i robocizny wariują, a miałbym wkładać swoje środki w czyjąś nieruchomość? Fakt, ona zarabia najniższą, ale zwróciłem uwagę, że gdziekolwiek jesteśmy i musimy wydać jakieś pieniądze, Monika wychodzi z założenia, że ja to zrobię. Na początku przynajmniej udawała, że chce zapłacić i faktycznie czasem płaciła za jakieś pierdoły typu pizza lub piwo. Natomiast teraz odnoszę wrażenie, że mam utrzymankę.
Zastanawiający jest też fakt, że często wspomina o swoim byłym, podkreślając jak dobrze zarabiał. Mówi, że nie było dla niego problemem kupić jej szpilki za 1500 zł i wspomina jakimi samochodami jeździła, jakby chciała mi nakreślić, że czegoś jej w tym związku brakuje. Po tej awanturze i analizie wszystkiego mam wątpliwości, czy dobrze ulokowałem uczucia i czy nie pora się wycofać. Jedenasty dzień trwają jej humory i jeszcze mam bana na seks (to jej słowa).
Pożaliłem się bratu i opowiedziałem o swoich rozterkach. Stwierdził, żebym ja jej zrobił bana na sponsoring, pozabierał z mieszkania swoje rzeczy, wyniósł się do rodziców, ruszył z budową i znalazł normalną dziewczynę. Wiem, że chce dla mnie dobrze jako brat, ale łatwo mu powiedzieć. Logika kłóci mi się z sercem, bo co by nie było, to darzę tę dziewczynę jakimś uczuciem.
Jadę autobusem ze znajomym. Ja stoję, on siedzi, miejsc za bardzo nie było. Drogi trochę jest, bo z jednego końca dużego miasta na drugi, pół godziny drogi. Nic to.
Do autobusu wsiada starsza babcia, moher jakich wiele. Mówiąc wsiada, mam na myśli: wskoczyła wręcz do autobusu, zgrabnie przeskakując dwa stopnie jednym susem, po czym z gracją prześlizgnęła się między pasażerami, stając w końcu koło nas. I w tym momencie wszelkie siły życiowe z niej spłynęły. Zgarbiła się, zmęczona tym nagłym życiem, zaczęła ciężko oddychać, wręcz ostentacyjnie przechylając się w kierunku znajomego. A on nic. Myślę sobie, kobiecie pewnie już sił brakuje nawet na powiedzenie "przepraszam, czy mógłby mi pan ustąpić". A ona nie daje za wygraną. Jeszcze bardziej się schyla, jeszcze głośniej sapie, zaczyna coś bąkać pod nosem. Po czasie byłem w stanie zrozumieć pojedyncze słowa, coś o niewychowanej młodzieży, starych czasach i boskiej karze. Ale magicznego "proszę" dalej brak :D
Scena trwa dobre parę minut. W znajomym coś w końcu pękło, nie wiem, czy dobroć serca czy niemożność zniesienia jej oddechu na twarzy (sam go czułem, no fiołkami to nie trąciło). W każdym razie ustąpił starszej pani miejsca, odjeżdżając swoim siedzeniem metr dalej.
Znajomy stracił władzę w nogach w wypadku, jeździ na wózku inwalidzkim. A że go stać, to zafundował sobie ten elektryczny, co wygląda jak fotel.
Babcia spaliła takiego buraka, że w sekundę zebrała z powrotem wszystkie swoje siły witalne i na następnym przystanku wysiadła szybciej i zwinniej, niż gdy wsiadała :D
Mając naście lat, wyprowadziłam się do dziadków. Nie będę tu opisywać powodów, bo to w sumie odrębna historia. Chciałabym opowiedzieć o tym, jak zostawiłam starszą osobę i wyprowadziłam się...
Zacznę może od tego, że po śmierci babci zostałam w domu z dziadkiem, z którym miałam już wtedy mocno napiętą atmosferę. W trakcie opieki nad babcią pomagałam jak tylko mogłam, a mimo to po jej śmierci stwierdził, że wszystkim zajmował się przecież sam. Bardzo mnie to zabolało, bo nie spałam po nocach, kąpałam, przebierałam, dawałam leki, robiłam zakupy itp. – uczęszczając jeszcze do gimnazjum.
Po śmierci babci dziadek stał się apatyczny. Kiedyś przy obiedzie stwierdził, że muszę się wyprowadzić – to był kolejny cios. Jednak po jakimś czasie ochłonął i sytuacja się uspokoiła. Chciałam go wspierać w żałobie, chciałam jakoś pomóc, więc sama zorganizowałam delikatny remont z zaoszczędzonych zaskórniaków. Potem kazał mi pozbyć się ubrań po zmarłej żonie, więc przez parę dni wynosiłam je do rodziny i części przyjaciółek babci, a te gorsze trafiły w śmietnik. Znów nastał chwilowy rozejm – do czasu, aż dziadek zaczął sobie popijać.
Zdarzało się, że wchodził do pokoju kiedy spałam, grzebał po wszystkich szafkach... Nie miałam żadnej prywatności, nawet w toalecie ani kiedy się przebierałam. Parę razy nawet obudziłam się, bo mnie dotykał...
Nikomu nie mówiłam, wstydziłam się cholernie. Ale moje obrzydzenie do niego sięgało już zenitu, więc poprosiłam o zamek do drzwi, miałam wtedy ok. 18 lat.
Dziadek zaczął traktować mnie jak służącą. Miałam prać, gotować itd. Raz stanął nade mną, kiedy zamiatałam i powiedział: "dobrze, że znasz swoje miejsce". Miałam ochotę wysypać na niego zawartość zmiotki, ale nie miałam odwagi.
Pewnego dnia wyszedł do brata, który mieszkał w tym samym mieście. Pomyślałam, żeby ogarnąć mu w pokoju. Same kurze, zabrać ubrania i je wyprać, umyć okna – takie podstawy (dziadek zapuścił strasznie pokój, w ogóle nie sprzątałam tam, bo na to nie pozwalał, a już sąsiadka zaczęła się skarżyć...).
Wrócił nagle, zaczął wymachiwać rękami, twierdził, że mu ukradłam jakąś teczkę. Dostałam w twarz, ale to był moment, kiedy nie wytrzymałam i oddałam mu tak mocno, jak tylko potrafiłam. Dopiero wtedy zebrałam się na odwagę, żeby się wyprowadzić... To było piekło.
Przez te lata skończyłam szkołę średnią, mieszkając z nim, rok po szkole wyprowadziłam się. Teraz słyszę, jaka jestem niewdzięczna, bo zostawiłam starszą, schorowaną osobę.
Mam wyrzuty sumienia, ale pomimo upływu kolejnych lat już w swoich czterech kątach nie umiem normalnie funkcjonować i zapomnieć. Marzę o tym, żebym kiedyś potrafiła zapomnieć.
PS Przepraszam za błędy, ale nie umiem powstrzymać emocji i musiałam chociaż spróbować to wyrzucić gdziekolwiek. Może w ten sposób dam komuś siłę, żeby uwolnił się z podobnej sytuacji.
Rok 2007, kościół, pasterka.
Jestem sobie sześcioletnia ja i jest moja rodzina.
Wchodzi ksiądz, organista zaczyna grać kolędę "Wśród nocnej ciszy". Ludzie śpiewają, ja też, ale co w tym dziwnego i anonimowego, przecież każdy może sobie śpiewać, czyż nie? Jasne, że tak, ale żeby śpiewać, trzeba znać tekst.
A ja zamiast "Wstańcie, pasterze, Bóg się wam rodzi" zaśpiewałam "Wstańcie, kibice, Legia nadchodzi" :')
No cóż, "od małego na całego".
P.S. Tata prawie udusił się ze śmiechu :)
Dziś mój syn uznał, że świetnym pomysłem będzie zrobienie mi urodzinowej niespodzianki. A polegała ona na odegraniu marszu imperialnego ze „Star Wars” na waltorni. W mojej sypialni. W akompaniamencie całego zespołu wirtuozów instrumentów dętych. O 5 nad ranem. Mimo wszystko jestem cholernie wzruszony.
Dodaj anonimowe wyznanie