Nie rozumiem "więzów krwi". Zupełnie. Motyw podoba mi się jako literacki/kulturowy koncept, ale nie niesie dla mnie żadnego bagażu emocjonalnego. Nie rozumiem, dlaczego relacja z rodzicem jest uważana za relację z założenia bliższą niż z przyjacielem. Nie rozumiem dlaczego to, że ktoś wychowuje "nie swoje" dziecko jest w ogóle problematyczne (przy czym rozumiem żal z powodu zdrady, chodzi mi o to, że nie potrafię pojąć, w jaki sposób taka wiedza może zmienić podejście do dziecka, które się do tej pory wychowywało).
Czy to jest bardzo anonimowe? Nie wiem. Fakt faktem, że bardzo często stanowi to jakąś kość niezgody pomiędzy mną a resztą świata i naszła mnie potrzeba, żeby to wyrazić.
Jestem DDA. Przez mojego o 11 lat starszego brata. Chla odkąd pamiętam. Kiedy nie ma pieniędzy na picie, wynosi rzeczy z domu. Kradnie i sprzedaje. Moje też. Moi rodzice bardzo chronią dzieci brata, żeby im zastąpić to, co ich ojciec przepija. Niestety moi rodzice zapomnieli bronić swojego młodszego syna. Nie zwracają totalnie uwagi na straty, które ja ponoszę osobiście. Nigdy nie wyegzekwowali od niego zwrócenia mi ukradzionych mi rzeczy. Kiedy upomniałem się o swoje, obrazili się na mnie śmiertelnie, jak ja śmiem, bo oni całe życie...
Miałem to gdzieś, wyprowadziłem się z domu. Ale pomocy ode mnie niech nie oczekują.
Historia wydarzyła się w lecie 2007 roku. Tego dnia w okolicy odbywała się rekonstrukcja bitwy Niemców z Sowietami. Krzyki rannych i wyszczekane komendy niemieckich oficerów, odpowiednie mundury, broń osobista, płomienie palących się zabudowań - widowisko robiące wrażenie.
Nie zdziwiłem się więc specjalnie, gdy idąc przez swoje osiedle zauważyłem kilku mężczyzn odtwarzających role Niemców, w pełnym umundurowaniu Wehrmachtu i SS, siedzących na ławce. Oficer palił papierosa obok kolegów. Widok niecodzienny, więc zagaiłem rozmowę sugestią, że nieswojo spotkać hitlerowców na ulicy:
- O, panowie, strach teraz ulicą chodzić! - powiedziałem żartobliwie.
Oficer wyjął z ust papierosa.
- A co, jesteś Żydem?
Nie uśmiechał się.
Odszedłem.
Znajomi mieli święta w stylu Van Gogha.
Zapytacie, jak to wygląda, czy może mieli pełno obrazów znanego holenderskiego malarza? Otóż nie. Koleżanka wybrała się pojeździć konno tuż przed wigilią i jej ulubiony koń ugryzł ją w ucho. Na zdjęciu przed choinką pozuje z pięknie zabandażowanym uchem. Trzeba było szyć u chirurga.
Wsiadam do zatłoczonego autobusu. Za jakimś gościem słychać przekleństwa. Po chwili orientuję się, że dwóch 16-,18-latków kogoś wyzywa. Wychylam się zza faceta, który zasłania akcję i widzę, że dwóch gości wyzywa od k... i innych takich kobietę w średnim wieku, która ze spuszczoną głową słuchała tych wyzwisk.
Tak mnie to oburzyło, że od razu kazałem zamknąć mordę i okazać szacunek kobiecie. Oczywiście wiedziałem, że może być z tego rozróba i mimo że jestem od nich starszy (25 lat), mogę dostać po gębie, bo jest ich dwóch. Na szczęście zamknęli się i wysiedli na następnym przystanku.
Co jednak mnie zastanawia, to dlaczego cały autobus ludzi nie reagował. Kobiety, mężczyźni więksi ode mnie stali nad nimi i nic nie powiedzieli. Cisza. Z perspektywy czasu to mnie bardziej oburza niż te dwa tłuki wyzywające kobietę. Bojaźliwe stado baranów, nie potrafiące stanąć w obronie słabszych i wyższych wartości, a uważających siebie za pępki świata. Żałuję, że nie wykrzyczałem im tego w tym autobusie, ale byłem skupiony wtedy na tych dwóch gościach i kobiecie.
Wychodząc na kolejnym przystanku, widziałem zeszklone oczy tej kobiety. Powiedziałem jej, żeby się nie przejmowała chamstwem, ale teraz sobie myślę, jak się musiała czuć jadąc dalej z ludźmi obok, którzy milczeli, gdy ktoś ją tak wyzywał.
Mój tata nie przepada za smartfonami, toteż telefon jaki posiada to najzwyczajniejsza Nokia.
Jednego razu ojciec wybrał się na ryby. W pewnym momencie telefon wpadł mu do wody. Zdziwiony popatrzył chwilę, po czym wyjął komórkę z wody i zadzwonił do mamy aby powiedzieć, że utopił telefon...
Szach-mat, smartfony! :)
Poznałem kiedyś dziewczynę. Ładną, mądrą, słodką, a kiedy się śmiała, nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Poprawiała mi humor w sekundę. Dziewczyna idealna. Przyjaźniliśmy się, aż coś we mnie pękło.
Jak się domyślacie, skończyłem w cholernym friendzonie. Niestety, dziewczyna ta miała chłopaka. Debila, jakich mało. Wiedziałem, że nie jest święty. Pies na baby jakich mało, obróci się za każdą pierwszą lepszą panną. Dla niej pokazywał swoją drugą stronę, chociaż nie raz zmuszał ja do płaczu. Gdybym miał policzyć ile godzin spędziłem na rozmowie z nią, kiedy nie wytrzymywała. Ile razy mi płakała. Ile razy ją namawiałem, prosiłem, groziłem. Gdy już miała od niego odejść, ten manipulował ją, przysięgał poprawę, starał się i od nowa.
Dzień dziecka skończył się, gdy pewnego dnia coś mnie tknęło, bym złożył jej wizytę. Przeczucie? Kto wie. I zastałem ją we łzach, trzymającą się za policzek. I jego krzyk, gdy wychodził. Zderzyliśmy się w drzwiach, a gdy zorientowałem się, co się właściwie dzieje, poniosło mnie.
Facet miał złamany nos, połamane żebra i kilka obić po stoczeniu się ze schodów. Może zachowałem się jak pierwotny, ale nie dbałem o to. I wtedy po raz pierwszy podniosłem na nią głos. Między innymi wykrzyczałem słowa "kocham cię".
Może historia mdła, ale jestem szczęśliwy, kiedy spotkałem jej przyjaciółkę, która mi podziękowała ze to wszystko ze słowami "zawsze na was stawiałam".
Jesteśmy razem.
I mam sprawę w sądzie za pobicie.
Od pięciu lat na stałe mieszkam w Londynie ze swoim tatą. Mam 20 lat. Moja mama zmarła tuż po porodzie. Jestem jej idealną kopią, ale tylko z wyglądu. Charaktery mamy zupełnie inne i dlatego właśnie rodzina ze strony mamy nie utrzymuje z nami kontaktu.
Dlaczego? Moja mama była wspaniałą kobietą. We wszystkim najlepsza, z najlepszymi ocenami, czego się nie dotknęła, zawsze jej wychodziło. Świetnie gotowała, pięknie śpiewała, w pracy szybko awansowała. Chodzący ideał. Wg mojej rodziny to właśnie moja wina, że moja mama umarła. O ile z tym się z czasem pogodzili (lub po prostu przestali o tym głośno mówić), o tyle nie mogą się pogodzić, że mimo uderzającego podobieństwa ja nie jestem nią. Jestem osobą raczej nieśmiałą, zamkniętą w sobie. Mam problemy z nawiązywaniem znajomości. Talentu kulinarnego ani wokalnego też po niej nie odziedziczyłam. Dla rodziny okazałam się wielkim rozczarowaniem.
Tylko mój tato od zawsze mnie wspiera i mówi, że mama na pewno jest ze mnie dumna.
Dlaczego pisałam na początku o Londynie? Bo tam właśnie postanowił przeprowadzić się mój tata widząc, jak traktuje mnie rodzina. I za to jestem mu bardzo wdzięczna!
Był mroźny, grudniowy dzień. Jak co dzień, jechałam na uczelnię. Ta sama godzina co zawsze, ten sam autobus, ten sam kierowca i ci sami ludzie - bardzo dużo ludzi. Jednym słowem - TŁOK. Jedziemy, jedziemy, jedziemy i nagle kierowca gwałtownie zahamował. Wszyscy pasażerowie latają po autobusie - normalnie armagedon. Ja upadłam na jakiegoś młodego chłopaka. Przeprosiłam, wstałam, autobus ruszył (nic groźnego się nie stało), a chwilę potem wysiadłam na swoim przystanku. Sięgam po rękawiczki do kieszeni i czuję, że jest tam jakaś kartka. Wyciągam ją i czytam: "Kiedyś zostaniesz moją żoną". W mojej głowie pojawiają się znaki zapytania. Myślę sobie: to była groźba, czy obietnica? A do tego nie wiem, kto napisał tą wiadomość. Tak więc postanowiłam, że następnego dnia przyjrzę się pasażerom i pomyślę, kto mógł być autorem tej jakże malutkiej karteczki.
Kolejnego dnia weszłam do autobusu i zaczynam swoją obserwację. Patrzę w prawo - emerytki, patrzę w lewo - uczniowie jadący do podstawówki/gimnazjum. Patrzę prosto i widzę jego - chłopaka, na którego przewróciłam się poprzedniego dnia. Jest jedyną osobą, która mogła napisać mi tę wiadomość, no ale przecież nie podejdę do niego i nie zapytam, czy to on włożył mi wczoraj kartkę do kieszeni, no bo co by było, gdyby to jednak nie był on... Pomyślałam sobie: jak mu zależy, niech walczy!
Minęło kilka miesięcy. Wchodzę do tego samego co zawsze autobusu. I nagle potykam się, a łapie mnie on! No ale podziękowałam mu i potem jak zwykle wysiadłam na tym samym przystanku. Ku mojemu zdziwieniu on też wyszedł na tym samym przystanku co ja. Podchodzi do mnie i mówi: Hej, jestem Tomek. Tak sobie pomyślałem, że skoro już dwa razy na mnie poleciałaś w autobusie, to warto zapytać, czy znalazłaś kartkę ode mnie. Oczywiście powiedziałam, że znalazłam.
Od tego momentu zaczęliśmy rozmawiać w autobusie, potem się przyjaźnić, potem spotykać. I tak się spotykaliśmy, potem zaręczyliśmy się, a po świętach bierzemy ślub :)
Tak więc patrzcie dookoła siebie w autobusie. Może gdzieś obok Was jest miłość Waszego życia. Jazda autobusem naprawdę zbliża!!! :)
Historia wydarzyła się w czasach podstawówki. Był wtorek, jak co tydzień po lekcjach chodziłam na SKS z siatkówki. Pani za bardzo się nie bała zostawiać uczniów w sali samych z piłkami. Wszyscy kopią, odbijają... Również ja wzięłam piłkę, poodbijałam... Aż z nie wiadomych przyczyn kopnęłam w sufit. Tak, w sufit. Niestety szkoła była stara i wraz z moim kopnięciem odpadł dość duży płat tynku, co najlepsze, zleciał wprost na głowę dziewczyny, której wprost nienawidziłam. Oczywiście przepraszałam, ale po cichu cisnęłam z niej bekę. Do tej pory ona o tym nie wie.
Brawo ja 👏
Dodaj anonimowe wyznanie