#wrcCK
To nie jest pracowitość, to skrajna głupota. Zdrowie jest najważniejsze. Znam kilkoro ludzi co tak robiło, w wieku 25-35 lat, czyli "młody i produktywny". Niestety pojawiał się jakiś uraz i zamiast wziąć urlop zdrowotny na tydzień, dwa czy nawet na miesiąc, to ci znajomi ignorowali to, biorąc tabletki. Jak tabletki nie pomagały, był lekarz, 2-3 dni wolnego, powrót do pracy, bo przecież zakład zatrudniający kilkuset ludzi upadnie bez jednego szeregowego pracownika. Aktualnie takich kilku znajomych, którzy się "starali", albo do końca życia nie może podnosić rzeczy +10 kg, albo w ogóle czegokolwiek podnosić, mają zakaz wykonywania pracy przez lekarza.
Sama się starałam i zarabiałam dużo, ale szefostwo się pozmieniało i niszczyli pracownikom zdrowie psychiczne. Osobiście wolę pracować za mniej, niż mieć zniszczone zdrowie czy psychikę.
Dodatkowo narzekanie, że pani w urzędzie nic nie wie, nie stara się... Przepisy, czasami, zmieniają się bardzo szybko, albo są sprawy, którymi podczas ostatnich 10 lat ktoś na tym stanowisku zajmował się aż dwa razy, albo ktoś pracuje pierwszy miesiąc i jeszcze nie wie wszystkiego.
Inna sprawa dotyczy często pracodawców, którzy nie szanują pracownika. Starałam się, robiłam wszystko najlepiej jak potrafiłam, szefowa cały czas: za wolno, źle, beznadziejnie... Przestałam się starać, robiłam minimum: moje wyniki według szefostwa były identyczne. Pomyślałam, że może jak nabrałam wyprawy i teraz to co uważam za robienie powoli, wcześniej uważałam za robienie szybko. Chciałam sprawdzić, czy jak teraz się postaram, to będzie lepiej... Nie było, szefowa mówi mi, że cały czas jest tak samo... Po co się starać? Dostawałam takie same reprymendy jak pracowałam i jak się obijałam. Cały czas było źle, nigdy dobrze.
Zamiast wytykać palcem "że nikt się nie stara", warto się zastanowić, dlaczego tak jest.
Ktoś mi kiedyś powiedział - "nie dawaj z siebie 110%, bo uznają to za normę". Jakbym miała własną firmę to owszem, ale pracując dla kogoś? Pff, proszę cię...
Gorzej jeśli obok was wrzucą jakiegoś terminatora, który daje z siebie 200% na proszkach przeciwbólowych, amfetaminie, albo po prostu opętanym pracoholizmem.
Wtedy dobrze wykonana praca w granicach normy, okaże się zwykłym opi**dalaniem.
Wtedy Czekasz aż "terminator" w końcu zejdzie nożyczki, bo nie dasz rady jechać na prochach i nie wysiąść lub dostać awans biorąc tego tyle, że możesz robić ponad normę tak długo, żeby ten awans dostać
Po co się starać, jak inni mają to w d...
Taka jest prawda. Mój kumpel zapieprzał na nadgodzinach, żeby trochę kasy dorobić, przez co go do szpitala musieli położyć, bo kręgosłup i nogi odmówiły posłuszeństwa.
Brat wyrabiał po 300+ godzin miesięcznie i skończył zapaleniem opon mózgowych w szpitalu.
Zgadzam się, w tym kraju nie opłaca się zapierniczać ponad normę, bo nic z tego nie ma, co najwyżej harba można się dorobić a nie majątku. Moi rodzice tak zaiwaniali i bilans jest taki, że ojciec jest po dwóch operacjach zaćmy, jednej przepukliny i czeka na kolejną. Mama z kolei ma rozwalony kręgosłup i barki. Dwa lata temu wydała prawie 1000 zł na zastrzyk w ramię po którym jako tako funkcjonuje. Rodzice są ledwo po pięćdziesiątce, więc to nie jest wiek na takie choroby. Jak ktoś chce przed skończeniem półwiecza życia być wrakiem człowieka to proszę bardzo, może nawet zamieszkać w kopalni, ale ja po doświadczeniach rodziców nie mam zamiaru rujnować sobie zdrowia dla idei i gówno z tego mieć.
*garba
Z większością się zgodzę. Natomiast często spotykam stereotypowe panie z urzędu. Niestety, jak się pracuje z klientem to trzeba przykleić uśmiech nr 5 i jazda. Bardzo nie lubię osób, które uważają że są w pracy za karę, a klient im przeszkadza układać pasjansa. Nie mówię o włażeniu ludziom w tyłek, niemniej minimum szacunku i dobrej woli by się na takich stanowiskach przydało.
A ty wiesz, że to było uogólnienie i metafora? Skoro jestem klientem/petentem to oczekuje szybkiego i kompetentnego rozwiązania mojej sprawy, bo za to biorą pensje dane osoby. Nie jestem intruzem, a co poniektórzy tak właśnie się odnoszą.
ciekawa jestem, czy wiesz, ile zarabiaja ludzie w urzedzie
hint- nieco wiecej niz najnizsza krajowa a po 10-20 latach nawet nie 3 tys na reke
tez by mi sie nie chcialo zarzynac dla takiej pensji
Nie bardzo rozumiem przytyk o wysokości pensji. Nikt nikogo nie zmusza do pracy z klientem, jak kogoś denerwują ludzie, to niech poszuka innej pracy. Nie trzeba być chamskim tylko dlatego, że ci mało płacą, tym bardziej, że nie zależy to od petenta. Jak wspomniałam, nie oczekuje włażenia ludziom w dupę. Kelner też super zarobków nie ma, a jednak nikt ci talerza przed nos nie rzuca. Rozumiem, że ty wyrozumiałe stoisz w kolejce do okienka, i z uśmiechem przytakujesz jak baba wydziera się na ciebie, bo wypełniłaś formularz i chcesz zasięgnąć informacji.
Storytime - pani z recepcji w akademiku ogląda na tv serial. Podchodzę z uśmiechem, dzień dobry, chciałabym zgłosić nocleg. A ona z cierpietniczą miną bo musi wstać i dać mi kartkę. Wzdychy, bo musi odłożyć legitymację w okienko. Zjechanie jak burej suki za to, że się zapytałam czy może wie, gdzie znajdę panią sprzątaczkę.
Wystarczy odrobinę szacunku do klientów, a nie traktowanie go jak zło konieczne. To uważasz za zarzynanie się?
Ja zauważyłam fascynująca rzecz w pracy. Pracuję w McDonaldzie i czasami siądzie taka księżniczka na okienko (tam gdzie przyjmuje się zamówienia i pieniądze na drivie) i przyjmuje te zamówienia takim tonem, jakby tam była pod przymusem, chciała się zabić, ewentualnie wymordować wszystkich dookoła. Potem przychodzi i narzeka, że wszyscy ludzie są tacy niemili, chamscy i ona ma dość tej pracy. Żadna jeszcze nie pomyślała, że to może wynikać z tego, w jaki sposób ona się do nich odnosi... A jak jej spróbujesz delikatnie zasugerować i rzucisz jakimś "dla mnie są zawsze mili, ciekawe dlaczego" (rzeczywiście zdecydowana większość jest), to stwierdzi, że po prostu ma pecha :D
rybaczki praca ma to do siebie, ze trzeba miec jakas, by normalnie zyc, a wybor czasem jest niewielki
i jak najbardziej jestem w stanie zrozumiec niewielkie zaangazowanie jesli placa niewiele
na prace w urzedzie, gdzie robisz milion rzeczy za prawie najnizsza (urzad to nie tylko okienko) moga z pelnym zaangazowaniem na dluzsza mete pozwolic sobie spolecznicy albo osoby, ktorych partner ponosi wiekszosc kosztow utrzymania
inaczej szybciutko pojawi sie wypalenie i frustracja
Jak się nie podoba praca w urzędzie, to zawsze można iść zapierniczać na produkcję lub magazyn. Gwarantuję szybkie wypalenie frustracji przy fizycznej robocie
Mnie też tamto wyznanie wkurzyło.
Wielka pani się znalazła, co nagle to Polski wróciła, nie zna realiów w tym chorym kraju. Wszyscy są winni bo się "nie starają". WTF? To co mamy jeszcze robić? Ja klaskać uszami nie umiem. Może "Pani" umie. A może trzeba się tylko POSTARAĆ.
To była jakaś starsza bumerka bez wyobraźni. Gdzie nie wiek jest tu wadą, tylko brak wyobraźni. Jak widać mądrość nie zawsze przychodzi w wiekiem.
Nienawidzę podejścia niektorych pracodawców, ktorzy krzywo patrza na L4. Sama pracowałam kiedys w takiej fimie. Kierowniczka nawet ze złamaną rzepką chodziła do pracy bo bez niej przecież cała firma podnie. Pretensje były nawet o L4 z powodu zachorowania na korone. Wieczne telefony z pretensjami "bo nas zostawiłaś". Ja się akurat tym nie przejmowałam, jestem chora, nie mogę przyjść do pracy to trudno, nic nie zrobię. Były tam jednak osoby co z gorączką przychodziły bo "co powie kierowiczka". Sami uczymy takich speudo kierowników by mogli mieć pretensje o chorobe. Wiadomo, są oczywiście wyjatki, gdzie to pracownik naduzywa chorobowego ale na to przecież jest kontorla z zakładu pracy. Ale po co to robić skoro wystarczy uprzykrzac zycie wszystkim pracownikom, nawet tym prawdziwie chorym?
Mój znajomy z pracy też tak właśnie na przeciwbólowych jechał, aż pewnego dnia z łóżka po te przeciwbólowe już nie sięgnął. Operacja na cito i zakaz chodzenia przez kilka miesięcy. A jakby wcześniej do lekarza poszedł, to załatwiłby sprawę jednym antybiotykiem.
Po co się starać, jak jest to niedoceniane. Może koledzy i koleżanki z pracy docenią twoją pracę, ale bardzo często dla osób decyzyjnych jest się tylko jednym z wielu pracowników - takich szefów zwykle nie obchodzi kto jak pracuje, tylko byle etat był obsadzony.
W poprzedniej pacy starałem się, chciałem być jak najlepszy, mieć najlepsze wyniki - i miałem. Lubiłem tą pracę, zależało mi na niej, z większością pracowników relacje też były świetne. Tyle że szefostwa nie obchodziło kto jakim jest pracownikiem, bezczelnie faworyzowano osoby zatrudnione po znajomości, a moją przełożoną została psiapsi szefowej. Poszedłem porozmawiać z szefostwem - dostałem odpowiedź - masz zaakceptować zaistniałą sytuację, jeśli liczyłeś na cokolwiek - zapomnij, a jak się nie podoba to możesz się zwolnij.
Zwolniłem się, nową pracę znalazłem w 3 dni. Z jednej strony trochę szkoda mi kolegów i koleżanek, którzy tam zostali, z drugiej mam nadzieję, że szefostwo poprzedniej firmy odczuje moje odejście po wynikach finansowych działu i zda sobie sprawę, że olewanie dobrych pracowników nie jest dobrą strategią na rozwój firmy.