Jest coś, czego nie rozumiem, nie ogarniam... Mianowicie "stary" sposób na wychowanie dzieci.
1. Dziecko musi się wypłakać. Nie będzie wymuszać płaczem! I leży takie półroczne dziecko i ryczy, bo rodzicom wmówiono, że dziecko najedzone, przewinięte, to nie ma powodu do płaczu.
A to że aktualnie potrzebuje bliskości rodzica, to nikt o tym nie pomyśli.
2. Dziecko ma się mnie słuchać, ja jestem dorosły, ja tu rządzę. Dziecko najlepiej aby było bezwzględnie posłuszne, ale dorosły powinien być asertywny, potrafić podejmować decyzje, dorosły powinien potrafić wyrazić swoje zdanie.
Jak mamy sprawić, że ktoś będzie samodzielnym dorosłym, skoro przez całe dzieciństwo oczekuje się od kogoś posłuszeństwa?
3. Dziecko nie umie liczyć - poświęcamy lata na naukę matematyki, dziecko nie potrafi pisać - poświęcamy lata na naukę pisania, tak samo z każdą inną umiejętnością. Dziecko nie umie się zachować? Karzemy! Tak, to go nauczy jak się zachować! Na pewno....
Postarajmy się traktować dzieci tak, jak my byliśmy chcieli być traktowani przez np. szefa czy przełożonego.
Znacie te pranki z bombą?
Pewnie, że znacie.
Mieszkam na co dzień w Ameryce. Tam bardzo często się takowe zdarzają.
Jadąc ostatnio autobusem na przystanku pan przebrany za Araba wrzucił plecak. Autobus był pełny, wszyscy się boją, uciekają. Oczywiście na wejściu stała przeszkoda. Byłam nią JA.
Jakiś facet mnie popchnął, a że on był wielki, a ja mała, po prostu mnie staranował i zdeptał. Jedyne co pamiętam to buty innych ludzi na moim ciele i silny ból.
Obudziłam się w szpitalu cała zmasakrowana. Złamane 3 żebra, noga, kciuk, kość policzkowa, nos i powyrywane włosy (naprawdę nie wiem jak to zrobili).
Śmieszka znaleźli, niedługo rozprawa i mam nadzieję, że mocno mu się dostanie.
Parę lat temu wybuchła wielka awantura na osiedlu. Jeden z sąsiadów miał problem z alkoholem. Jak zwykle straszliwie się opił i – dosłownie – z trudem doczołgał się do domu. No, powiedzmy – biedak zaległ przed klatką schodową. Ktoś zadzwonił po straż miejską i panowie mundurowi zabrali pijaczynę spoczywającego z głową na schodku do izby wytrzeźwień, mimo że człek ten znajdował się dosłownie parę metrów od swojego mieszkania. No i rozpętało się piekło, bo żona nieszczęsnego menelaosa zrobiła dziką awanturę, posądzając kogo się tylko dało o telefon do straży miejskiej i zgłoszenie sprawy. Oskarżeni byli wszyscy. Wszyscy oprócz mnie – grzecznej dziewczyny, która każdemu się kłania i robi zakupy osiedlowym emerytom. Tymczasem to właśnie ja, z pełną premedytacją, podkablowałam sąsiada. I wcale mi z tego powodu nie było głupio. Nie dalej jak tydzień wcześniej ten zanietrzeźwiony do granic możliwości sukinsyn uszczypnął mnie w pośladek, kiedy uczynnie otworzyłam mu drzwi do klatki schodowej, aby mógł bezpiecznie poturlać się do swojego mieszkania.
Słyszeliście już pewnie wiele historii o tym, jak to licealistki wskakują do łóżka swoim nauczycielom. Otóż moja historia jest w tej tematyce, ale nieco inna.
Akcja dzieje się na pięciodniowej szkolnej wycieczce w drugiej klasie liceum. Około 50 uczniów i 4 nauczycieli. Wychowawczyni mojej klasy, pan od matematyki, nauczycielka historii i on... Młodziutki, ściągnięty prosto po studiach, przystojny nauczyciel wychowania fizycznego, trener drużyny siatkówki dziewczyn. Niejednej dziewczynie nogi miękły na jego widok, wszyscy uczniowie go uwielbiali. Zawsze wesoły, miał podejście do młodzieży.
Ku uciesze mojej i moich 3 przyjaciółek, z którymi dzieliłam pokój, po dotarciu na miejsce noclegu, okazało się, że pan Tomek mieszka tuż obok nas. Stało się to źródłem wielu nieskromnych żartów o tym, która pierwsza wpadnie do niego na "nocne pogaduszki". Udało się to mnie. Już drugiej nocy znalazłam się w jego łóżku...
Na powodzenie nigdy jakoś specjalnie nie narzekałam. Żadna ze mnie top model, ale wielu chłopaków oglądało się za mną na ulicy. Jednak to jak szybko znalazłam się pod kołdrą wuefisty zdziwiło nawet moje przyjaciółki, które znały mnie lepiej niż ktokolwiek. Ba! Zdziwiło to nawet mnie samą, i to bardzo!
No więc jak? Romans, jednorazowy numerek czy może związek, przez który on stracił pracę? Nic z tych rzeczy. Po prostu od 16 roku życia lunatykuję. Tak też było na tej pamiętnej wycieczce. Kiedy w środku nocy zwlekłam się z łóżka, ubrałam sweter i wyszłam na nocny spacer po hotelu, moje wspaniałe przyjaciółki postanowiły nie odprowadzać mnie do łóżka jak zawsze, tylko sprawdzić co zrobię. A ja kierowana pragnieniami, przeznaczeniem lub po prostu sennymi anomaliami wbiłam do pokoju biednego pana Tomka, wskoczyłam mu do łóżka i przytulając się do niego powiedziałam jakże słodkie "mamo". Nieźle zdezorientowany opiekun wycieczki zdał sobie sprawę z tego co się odwaliło dopiero po wybuchu śmiechu moich współpokojowych. Co więcej, nie planowałam z tego ciepłego łóżka już wyjść, więc kochany Tomuś, nie chcąc budzić lunatyka, pozwolił mi się wyspać w jego łóżku, a sam noc spędził na dziwnej, twardej fotelosofie.
Rano przeprosiłam go za taką chorą akcję kawą z automatu.
I tak zakończyło się moje lovestory, jakże często wypominane mi od wtedy do teraz i pewnie aż do końca moich dni. Skandalu ani ofiar nie było. Nie jesteśmy razem. Chociaż z tego co wiem, pan Tomasz nadal niezaobrączkowany i nadal przystojny, a jak dzięki wielu anonimowym wyznaniom już się przekonaliśmy, nic nie jest niemożliwe... Tak więc jeśli czyta to pan Tomek, wuefista, to pozdrawiam i zapraszam na kawę z automatu :)
Jechałam kiedyś samochodem wraz z chłopakiem. Zauważyłam, że na przystanku autobusowym leży jakiś człowiek. Z zawodu jestem ratownikiem medycznym, więc dla mnie pomaganie jest czymś normalnym i oczywistym.
Wywiązał się między nami taki dialog.
- Patrz, tam ktoś leży, trzeba pomóc, zatrzymaj się!
- No a po co? Pewnie to jakiś pijak.
- Co? Co ty gadasz?
- No pijak jakiś, strata czasu, kochanie, nie będę się zatrzymywał.
- Czy ty jesteś normalny? Pijak nie pijak, pomóc trzeba. Zatrzymaj się, do cholery!
Odpowiedzi nie uzyskałam, więc zaciągnęłam ręczny i pobiegłam do chłopaka.
Nie wyglądał jak menel, był czysty, dobrze ubrany itp.
Nie oddychał. Zaczęłam reanimację.
Tutaj nie będę wdawać się w szczegóły, tak w skrócie: pomogłam mu.
Przechodziło dużo ludzi, nikt się nie zainteresował. Mój chłopak, teraz już były, podjechał tylko samochodem i stwierdził, że robię sobie tylko siarę (!!!) i wszyscy się na mnie patrzą. Po chwili przyjechała karetka, dokończyli czynności ratownicze, zabrali go do szpitala.
Ja natomiast, ku zdziwieniu chłopaka, pojechałam autobusem do szpitala, żeby sprawdzić co z tamtym człowiekiem.
Z chłopakiem zerwałam. Przekonałam się jaki jest, dobrze, że po 4 miesiącach związku, niż później. Nie dlatego, że nie chciał tylko zatrzymać auta. Nie chciał pomóc drugiemu człowiekowi i uważał, że to co robię jest niepotrzebne. Jego myślenie było całkowicie odmienne od mojego. Ja uważam, że zawsze trzeba pomóc każdemu, nawet jeśli wydaje nam się, że nic mu nie jest. Powinno to być normalne, niestety dla niektórych takie nie jest.
PS Chłopak, któremu pomogłam, był mi tak wdzięczny, że uratowałam mu życie, że codziennie zapraszał mnie do kawiarni, dawał kwiaty, dziękował. Coś pomiędzy nami zaiskrzyło. Od 2 lat jesteśmy razem :)
Dawno, dawno temu, kiedy byłam jeszcze małym brzdącem, brat nauczył mnie jeździć na składaku bez bocznych kółek. Dumna jak paw chciałam się ciągle z nim ścigać, pokazać co umiem.
Ale w końcu zaproponowałam mu zabawę "kto wymięknie". Ustawiliśmy się naprzeciwko siebie w odległości ok. 50 m i naraz mieliśmy ruszyć na siebie. Dalej każdy pewnie wie o co chodzi, kto wymięknie...
Żadne z nas nie wymiękło.
Brat złamał rękę, a ja miałam rozcięte czoło :D
Osoba, o której piszę, leżała na sali z sześcioma innymi, wszyscy zarażeni SARS-CoV-2. Patrzyła, jak kolejno umierają kolejne hospitalizowane osoby. Z siedmiu osób tylko ona przeżyła, reszta nie dała rady. To tyle gwoli propagandy i opowiadania głupot. Osoba ta ma traumę do dzisiaj, psychicznie się posypała.
Nigdy nie byłem skłonny do paniki covidowej, ale jak słyszę, że to ściema i teorie spiskowe, to ręce mi opadają. Ciemnota ludzka nie zna chyba granic. Osoby niezaszczepione powinny być hospitalizowane na ich własny koszt, po cenach rynkowych.
Chodzę do 1 klasy liceum. Moja klasa to typowe "śmieszki", a gdzie najlepiej się śmieszkuje? Oczywiście na religii. Nasz ksiądz jest mega spoko, sam zalicza się do typu śmieszka. Żartuje sobie z nami i ciska sucharki.
Ot, taka miła lekcja. Wyobraźcie sobie taką sytuację - ksiądz zabiera telefon koledze i kładzie go na biurku, drugi dzień z rzędu. Normalny uczeń by się wkurzył, ale gdzie tam, nie nasze asy. Jeden SMS do kolegi i na skonfiskowany telefon ktoś dzwoni.
Ksiądz stał przy tablicy i podchodzi mówiąc ze śmiechem:
- He, he, może twoja dziewczyna?
Wyobraźcie sobie minę księdza, gdy patrzy na telefon i wyświetla się "Jezus Chrystus". Wydaje mi się, że nasza mina była lepsza, gdy ksiądz niewiele myśląc odebrał telefon mówiąc z powagą:
- Słucham, szefu?
Teraz już każdy w szkole wie jakiego mamy pobożnego kolegę, że aż sam Jezus do niego dzwoni!
Przejeżdżam sobie wczoraj koło jednego z dużych sklepów spożywczych i widzę zbiegowisko ludzi. Zaciekawiony wychylam głowę przez okno auta i moim oczom ukazuje się nieprzytomny mężczyzna leżący na ziemi. Oczywiście żaden z gapiów nie zamierza sprawdzić, czy biedak dycha. Zatrzymuję więc samochód, włączam światła awaryjne i podbiegam do człowieka, łokciami odsuwając ciekawskich debili, którzy nawet nie raczyli upewnić się, czy facet żyje. Nachylam się nad gościem i wtedy BUM! Gęsty odór nie do końca przetrawionego alkoholu uderza w moje nozdrza. Gdyby tylko iskra wyładowania elektrycznego przeskoczyła wówczas pomiędzy włóknami mojego swetra, to eksplozja mogłaby rozwalić w drobny mak pół dzielnicy.
Dotykam palcami szyi gościa. Jest puls. Facet żyje. „Dobra, nie trzeba wzywać karetki. Żyje, ale jest ekstremalnie naj#bany!” – kulturalnie informuję gapiów i przystępuję do próby ocucenia delikwenta. Potrząsam nim i słyszę słaby, jakby dobiegający z daleka, jęk. „Proszę pana! - krzyczę mu do ucha. – Czy potrzebuje pan jakiejś pomocy?”. Głęboko z gardła pijaczyny dobiega jakieś bulgotanie, niewyraźny znak ledwo tlącego się życia. Ponownie nachylam się, z trudem tłumiąc wymiotny odruch. Teraz dźwięk jest już wyraźniejszy. „Kierownikuuuu… – z ust człeczyny wydobywa się się bardzo słaby jęk – Dałbyś ze dwa złote na winko...”.
Tak sobie myślę – u niektórych meneli to musi być jakiś wrodzony odruch bezwarunkowy.
Dokładnie 4 lata temu wyszedłem z więzienia. Trafiłem tam na dwa lata po tym, jak przyłapałem moją żonę z jej kochankiem i nerwy mi puściły...
Moja żona odwiedzała mnie często, przepraszając i błagając o wybaczenie, twierdząc, że to był jednorazowy skok w bok i że nigdy więcej tego nie zrobi. Po długich przemyśleniach, na co miałem czas, wybaczyłem jej.
Starałem się o przedwczesne zwolnienie, które zostało pozytywnie rozpatrzone, wyszedłem dwa miesiące przed czasem. Udałem się do kwiaciarni, kupiłem piękny bukiet kwiatów i udałem się do mieszkania. Jako że była to godzina popołudniowa, wiedziałem, że ja zastanę na miejscu i nie uprzedziłem jej.
Jak się zapewne domyślacie, była z innym facetem, tym samym, z którym ją wtedy przyłapałem... Mimo odwiedzania mnie toczyli normalne życie, jak rodzina...
Tym razem postąpiłem inaczej. Dałem mu do ręki kwiaty, powiedziałem, że ma się nią dobrze opiekować i kochać... wyszedłem zapłakany, bez sensu życia...
Jeżeli przypadkiem to czytasz, to dziękuję za to, że chociaż przez te prawie dwa lata mogłem myśleć o miłości, która na mnie czekała.
Dodaj anonimowe wyznanie