Historia z dzieciństwa. W przedszkolu pani poleciła wszystkim dzieciom, aby narysowały coś, bo czas zmienić prace plastyczne na tablicy przy sali. Tematyka dowolna.
Kończyłam właśnie mój statek na oceanie, gdy nagle podszedł jeden z chłopców i pochwalił na głos, że chociaż jedna dziewczyna nie narysowała księżniczki albo zakochanej pary. Inni chłopcy również pochwalili mnie za brak "dziewczyńskich" motywów. Zarumieniona i zadowolona z siebie oddałam rysunek pani.
Oczywiście nikomu nie powiedziałam, że na pokładzie miałam zamiar narysować zakochanych Jacka i Rose we fruwających serduszkach, a statek to Titanic.
Gdy miałam około 5 lat, po każdym zrobieniu tzw. "dwójki", chwaliłam się mojej mamie, jaki miała ona kształt...
Mając 15 lat, zdobyłam serce swojego pierwszego chłopaka. Jak to młoda miłość, skowronki i tęcze.
Któregoś dnia spacerowaliśmy sobie mniej uczęszczaną drogą - miał mnie odprowadzić do domu, a potem wrócić do cioci. W pewnym momencie zaczął mnie strasznie boleć brzuch. No nic, idę dalej twardo, za rączkę z ukochanym. Za chwilę ból brzucha się sprecyzował. Jedna myśl. Toaleta, szybko! Napięłam wszystkie mięśnie, modląc się, żeby wytrzymać. Powiedziałam chłopakowi, że dalej już sama pójdę.
Czekałam, aż zniknie mi z oczu i puściłam się biegiem, skręciłam w polną drogę i w locie zdjęłam spodnie, przykucając. Wyleciało ze mnie z prędkością światła, śmierdząc niesamowicie. Po chwili ulgi zdałam sprawę sobie z tego, że nie mam chusteczek.
Potrzeba matką wynalazków, więc zdjęłam buta i podtarłam się... skarpetą, którą porzuciłam obok kupy i szybko uciekłam do domu.
Bardzo współczuję osobie, która się na to natknęła.
Dawno, dawno temu, za górami itd. było sobie technikum elektroniczne. A w tym technikum klasa IV RTV – ten kto na początku przydzielał uczniów do klas musiał mieć albo niebywałego pecha, albo być geniuszem zła. Nasza klasa była zbiorem wszelkiego rodzaju kawalarzy, śmieszków, jajcarzy i temu podobnej gawiedzi. Generalnie – nam się podobało, nauczycielom – już nie tak bardzo.
Pewnego letniego dnia przynieśliśmy do szkoły plastikowe pistolety i na przerwach bawiliśmy się w komandosów – z czołganiem się po korytarzu włącznie (przypominam – klasa IV technikum – chłopy po 19 lat). I tego też dnia zrobiło nam się okienko w środku planu, bo wypadła jakaś lekcji. Jako że nikt nie będzie siedział bez sensu przez 45 minut, więc zostaliśmy z kumplem oddelegowani do rozmowy z księdzem, żeby przełożyć lekcję religii, która miała być ostatnia. Wiedzieliśmy, że w tym czasie ksiądz ma lekcję z inną klasą, ale i tak byliśmy pewni, że się zgodzi, żeby tylko nie musieć potem siedzieć z naszą klasą. Po wyłuszczeniu naszej prośby ksiądz zaproponował, że da nam takie małe Biblie, a my mamy przeczytać “coś tam coś tam” i na następnej lekcji o tym będziemy rozmawiali. Co ważne, te małe Biblie przekazał nam w takiej czarnej, skórzanej aktówce.
Oczywiście na lekcji nikt nic nie robił, aktówka leżała sobie na stole, a my oddaliśmy się dyskusjom na tak ważne tematy jak spawanie artystyczne przy pomocy drutu kolczastego. Na 5 minut przed dzwonkiem wraz z kumplem postanowiliśmy oddać aktówkę. Ale żeby nie było zbyt normalnie, to zrobiliśmy to tak:
Kumpel zawsze lubił się elegancko ubierać i do szkoły chodził w spodniach od garnituru, koszuli i kamizelce – został więc wybrany do niesienia teczki. Ja natomiast założyłem okulary przeciwsłoneczne, wyjąłem moją plastikową giwerę i bez pukania wszedłem do klasy, w której ksiądz miał lekcję. Z uniesioną “spluwą” rozejrzałem się po klasie, następnie odwróciłem się do kumpla, który stał w drzwiach i powiedziałem “Czysto”. Na ten znak sygnał kumpel wszedł do klasy z teczką, położył ją księdzu na biurko, otworzył zatrzaski, uniósł wieko pokazując co jest w środku i z pełną powagą powiedział “Masz kasę? Tu jest towar….”. Ksiądz tylko z politowaniem pokręcił głową i kazał nam już sobie iść. Na to kolega zamknął teczkę, zabrał ją i wychodząc z klasy rzucił przez ramię “Nie ma kasy - nie ma towaru”. Ja, po zabezpieczeniu tyłów z cały czas wyciągniętym Glockiem, wycofałem się z klasy i zamknąłem drzwi. Zdążyliśmy jeszcze tylko usłyszeć wybuch śmiechu pierwszoklasistów, z którym ksiądz miał w tym czasie lekcję. Teczkę oddaliśmy na przewie.
Historia miała jeszcze nietypowe konsekwencje - ale mi znaków zabrakło ;)
Mój sąsiad jest strasznym snobem. To ten typ, który cały tydzień pucuje Mercedesa w garażu, żeby w niedzielę szpanować nim przed kościołem, gdzie zresztą pręży klatę w pierwszym rzędzie, a prywatnie jest okropnym człowiekiem.
Jakiś czas temu temu grupa pracowników wymieniała u niego dach.
Pod koniec pracy przyszedł ich skontrolować. Obszedł dom, stanął pod dachem i oglądał miejsce po zdemontowanej rynnie. Nagle wyciąga rękę i mówi do jednego z pracowników: "Dobrze, że kończycie dach, bo zaczyna padać".
I stoi w tym miejscu, a "deszcz'' kapie mu po dachu na głowę, a pracownik patrzy jak wryty i nie może się opanować od śmiechu. I nagle słychać z góry głos, chyba szefa:
"No, panowie, atest przeprowadzony. Nie przecieka". Po czym zapiął rozporek i jak gdyby nigdy nic przeszedł w inne miejsce na dachu. Wtedy sąsiad się połapał o co chodzi, zrobił się czerwony i bez słowa poszedł do domu.
Ostatnio zaczepił mnie przy płocie i pyta (chyba nie wiedział, że obserwowałem całą sytuację): "Ładnie mi tę dachówkę założyli, co?". A ja mu na to: "Od razu widać, że solidna firma. A robili już atest, czy dach nie przecieka?".
Nigdy nie zapomnę tego wyrazu twarzy :D
PS Chyba też jestem okropnym człowiekiem, skoro sprawiło mi to tyle satysfakcji :D
Miałam wtedy 9 lat i uwielbiałam jeździć na hulajnodze.
Tego pamiętnego lipcowego dnia szalałam sobie na moim ukochanym pojeździe po chodniku, gdy nagle chciałam się zatrzymać. Nie wiem co mi odbiło, że nie wystawiłam nogi w bok tak jak zawsze, tylko postanowiłam użyć hamulca na tylnym kole. Problem był tylko jeden - postanowiłam zrobić to na oślep.
W efekcie, do tej pory nie mam pojęcia jakim cudem, moja stopa (miałam sandały) weszła pomiędzy hamulec a koło i tam utknęła. Straciłam równowagę i trzasnęłam o ziemię, a hamulec po prostu wbił się w mój duży palec, tak dosyć głęboko. Zanim mama, która szła kilkanaście metrów za mną, dobiegła na miejsce, ja siedziałam już na ziemi w małej kałuży krwi i z hulajnogą w nodze.
Kiedy już udało nam się to wyjąć i dostać do najbliższego szpitala na SOR, oczom naszym ukazał się rzadki widok - pełno praktykantów! Lekarz dyżurny zerknął na mnie szybko i kazał przenieść do pokoju zabiegowego, gdzie czekało już na mnie jakieś 10 studentów. Wystarczyło mi jedno spojrzenie, żebym zaczęła płakać. Jak się później okazało - słusznie. Praktykanci wpadli na pomysł, żeby zszyć mnie bez znieczulenia. Jak argumentowali: "bo teraz poboli, a potem przestanie, a jak teraz damy znieczulenie, to będzie boleć potem". Nie będę się teraz zastanawiać nad tym, czy było to słuszne rozumowanie, czy nie, ale wiem jedno - tak dawno to się chyba nie darłam jeszcze nigdy, aż musieli mnie trzymać. Ze strachu, z bólu, czy dla samej zasady? Nie wiem, nie pamiętam. Pamiętam tylko, że bardzo bolało. Być może teraz nie byłoby to aż tak straszne, ale psychika dziecka potrafi wyolbrzymić wszystko.
Mama pokłóciła się z lekarzem prowadzącym, że mnie męczą, ja miałam ochotę uciec z tej leżanki, a lekarz krzyczał, że nic mi nie będzie i przesadzam, to na pewno tak bardzo nie boli. No poniekąd miał rację - nic mi się nie stało, ale do tej pory mam ogromny uraz przed wszelkim szyciem i boję się go nawet przy znieczuleniu, a jak widzę praktykantów u lekarza, to mam ochotę zwiać. Obecnie mam 22 lata.
Studenci, już lekarze, którzy mnie wtedy zszywaliście - jeśli to czytacie, pozdrawiam. I jeszcze jedno: po zrośnięciu się nogi pierwsze co zrobiłam, to weszłam z powrotem na hulajnogę :p
Godzina 23, do mojego pokoju puka sześcioletni braciszek. Nie może zasnąć, a nie chce budzić rodziców, wie, że ja na pewno jeszcze nie śpię. Pytam, czego się tak boi.
- Śnią mi się martwe dzieci, takie całe we krwi - odpowiada.
Martwe dzieci? Całe we krwi? Jestem ciekawa, skąd w ogóle mu coś takiego przyszło do głowy.
- Widziałem, jak byłem z tatą w mieście. Tam był plakat z niemowlakiem, takim różowym i przezroczystym, cały we krwi.
Tak, krew mu tak jakoś utknęła w pamięci. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, więc po prostu przytuliłam braciszka i poszliśmy spać. A on jeszcze przed snem pytał, czemu te martwe dzieci są na plakatach i czy one zaginęły, bo czasem zdjęcia zaginionych ludzi wiszą na słupach.
Nie chcę prowokować żadnej dyskusji o aborcji, ale niezależnie od tego, po jakiej stronie jesteście, to dobierajcie metody przekazu uważniej. Może dla dorosłego człowieka martwy, rozerwany płód będzie impulsem do zastanowienia się, ale po ulicach chodzą też dzieci, które zdecydowanie nie powinny patrzeć na takie obrazki.
Pozdrowienia z Krakowa.
Im starsza jestem, tym bardziej pojmuję jak dziwnie żyje się w Polsce.
Oboje z partnerem mamy wyższe wykształcenie, ja jedynie magisterskie z fizjoterapii i to zaledwie od pół roku, on jest doktorem fizyki od kilku miesięcy. Ja byłam jedną z lepszych na roku, a on obronił się z wyróżnieniem, na koncie ma jeden grant i ponad 20 publikacji naukowych. Nie piszę tego po to by się chwalić ale by zobrazować Wam kochani, jak to czasami okrutnie się dzieje. Ja mam umowę zlecenie, co prawda w super klinice, ale nie za ogromne pieniądze. Wypłata może 200, czasami 400 zł większa niż najniższa krajowa. Partnerowi skończył się grant, a jego wypłata na uczelni to 3600 zł brutto. Za 10 lat nauki, za osiągnięcia w tej dziedzinie. 3600 brutto, macie pojęcie?
Człowiek całe życie tyrał, uczył się, w trakcie pracował dorywczo (nasi rodzice pomagali nam tylko w pierwszych latach nauki, głównie do końca licencjatu), i tak na prawdę nie mamy nic. Od pół roku zastanawiamy się czy wydać nasze zaskórniaczki na wesele, bo w sumie trochę szkoda. O własnym mieszkaniu to na długo możemy zapomnieć. Dzieci obydwoje chcielibyśmy mieć, ale gdzie je wychowamy? W naszym mikromieszkanku w centrum?
Jedyna opcja to tak naprawdę zachód Europy, ale przecież tu mieszka rodzina, przyjaciele... ciężko to wszystko porzucić w pogoni za pieniądzem. No i kocham ten kraj, wbrew wszystkiemu. Czasami po prostu dopada mnie bezsilność, bo osoby, którym się po prostu nie chciało, mają więcej niż my. Czuję taką wewnętrzną niesprawiedliwość, zwłaszcza że przykłady nieróbstwa mogę z powodzeniem znaleźć wśród własnej rodziny. Dla takiej mojej kuzynki (4 dzieci, ona nawet gimnazjum nie skończyła, a mąż na produkcji pracuje) coroczne wakacje na Krecie w wersji all inclusive to nie problem. My mieliśmy dylemat, żeby uszczuplić nasze oszczędności na mieszkanie, by na 5 dni pojechać na Mazury trochę odpocząć.
Może to wynika z naszego skąpstwa, ale przecież nikt nic nam nie da. Jak sami nie odłożymy, to całe życie na wynajętym będziemy mieszkać. A mowa tu o kwotach powyżej 400 tysięcy (takie ceny mieszkań u nas w mieście). Kosmiczne pieniądze dla zwykłych, prostych ludzi.
Wiem, że nie ja pierwsza ani nie ostatnia borykam się z takim problemem. Ciągle jednak myślę, że te 400 km bardziej na Zachód i obydwoje mielibyśmy dwa razy większą pensję. W Chinach na przykład, każdemu profesorowi przysługują co bodajże 6 lat ogromne pieniądze na dom. Ciężko to sobie w ogóle porównać do naszych realiów. Więc chyba przyjdzie nam wyjechać, choć serce pęka. To nie my, młodzi, zdolni i ambitni zbudujemy ten kraj, tylko ci, którzy nieróbstwem i nieporadnością życiową zasłużyli na to, by ich lepiej traktować. Nie chcę nawet myśleć, czym będzie Polska za kilka lat. A to taki piękny kraj, z długą tradycją, bogatą historią i walecznymi ludźmi.
Jestem dość charakterystyczny, bo mam długie włosy, jestem szczupły i mam delikatną dość urodę.
Jakiś czas temu stałem w kolejce w Żabce, stało za mną dwóch gości w studenckim wieku. I nagle słyszę "Ty, stary, patrz! 9/10". Drugi mówi: "Dla mnie 6, bo nie widziałem przodu..."
Wiedząc, że chodzi o mnie, bo tylko my byliśmy w kolejce, odwróciłem się i powiedziałem niskim głosem do tego, który mnie niżej ocenił : "Co tak, ku*wa, mało?!".
Miny mieli niezłe, nie powiem, że nie...
Wiecie co jest naprawdę wkur*iające w tych czasach? Moda na bycie introwertykiem.
Tak, moda. Wszyscy towarzyscy ludzie nagle określają się jako introwertycy.
3/4 youtuberów się tak określa. Co z tego, że mają masę znajomych, dodają zdjęcia z imprez i zmieniają partnerów jak rękawiczki. Ale oni oczywiście introwertycy.
Oczywiście jest też przesada w drugą stronę. Nie, to że czujecie stres gdy musicie gdzieś zadzwonić, czy boicie się załatwić najprostszych rzeczy, to nie ma nic wspólnego z introwertyzmem. Nie róbcie upośledzonych z introwertyków.
Nie wiem jak wy, ale ja nie znam żadnej znanej osoby, która przyznałaby się, że jest ekstrawertykiem. Po prostu to obciach.
Czym jest introwertyzm?
To po prostu odczuwanie przyjemności ze spędzania czasu w samotności i niechęć do wypowiadania się w grupie osób.
Jeśli widzicie, że ktoś często chodzi na imprezy i jest wygadany, to na pewno nie jest introwertykiem. Z kolei jeśli ktoś odczuwa strach np. przed załatwieniem sprawy w urzędzie, to też nie jest introwertyzm.
Jeśli ktoś szuka wymówek, żeby nie pójść na domówkę albo odmawia spotkań nawet z przyjaciółmi, to bingo. Znaleźliście introwertyka.
Nie określajcie się introwertykami, jeśli nimi nie jesteście i nie tłumaczcie tym swoich nieporadności życiowych. To boli.
Dodaj anonimowe wyznanie