W związku z wojną na Ukrainie do mojej klasy chodzi trzech chłopców właśnie z tego kraju. Dwóch z nich dostosowało się idealnie do mojej klasy: żartują na temat śmiesznych rzeczy, po prostu pasują do siebie charakterem. Ale brat jednego z nich z nich jest bardzo wrażliwy i wiem, że trudno mu było przyjść do nowej szkoły. W dodatku jest „kujonem”, a w mojej klasie kujony są po prostu omijane. Na każdej przerwie chodzi sam, bo jego brat spędza czas z moimi kolegami.
A teraz historia właściwa.
Z okazji Dnia Mężczyzny dziewczyny z mojej klasy kupiły chłopakom wafelki i lizaki. Każdy bardzo chętnie brał i zjadał, jedynie tylko ten chłopak nie wziął (on jest bardzo skromny i nigdy jeszcze o nic nie poprosił). Następnie był mały konkurs, w którym były do wygrania cztery nagrody. Gdy padło pierwsze pytanie, z moją przyjaciółką doskonale znałyśmy odpowiedź, ale nie mogłyśmy powiedzieć. Wykorzystałyśmy okazję i temu chłopakowi podpowiedziałyśmy. On wygrał nagrodę, podziękował nam, a ja przez cały dzień się uśmiecham i cieszę się, że mu pomogłam. <3
Kraków. Powietrze tak brudne, że trzeba je gryźć. Stoję z nowo poznanym kolegą i rozmawiamy. On w masce, bo przecież powietrze takie niedobre... a po chwili zsuwa ją na szyję i odpala papierosa. :D
Co ludzie mają w głowach?
Jak przejechałam się na chęci pomocy.
Wiosną zeszłego roku odziedziczyłam trzypokojowe mieszkanie po chrzestnej. Razem z mężem mamy swój dom, więc zdecydowałam się wynająć mieszkanie. Oczywiście wcześniej je wysprzątaliśmy i odnowiliśmy. Mieszkanie ładne, w spokojnej części miasta, w pobliżu duży park z placem zabaw. Moja dobra koleżanka, która pracuje z ofiarami przemocy w rodzinie, poprosiła mnie o pomoc. Młoda kobieta z kilkuletnim synem chciała się uwolnić od przemocowego partnera i stanąć na nogi. Dziewczyna miała pracę, mały chodził do przedszkola. Ponieważ kiedyś też odeszłam od toksycznego chłopaka, zgodziłam się pomóc.
Przez pierwsze dwa miesiące naprawdę wszystko było w porządku. W połowie lipca razem z mężem wreszcie mogliśmy wyjechać na długo wyczekiwany urlop, prawie na miesiąc. W połowie pobytu zadzwonił do nas jeden z mieszkańców bloku, w którym wynajęliśmy mieszkanie. Skarżył się na hałasy. Zadzwoniłam do naszej lokatorki. Powiedziała, że trochę za głośno świętowała urodziny. Przeprosiła i obiecała spokój.
Po naszym powrocie znów zaczęły się telefony ze skargami, dowiedzieliśmy się też o wizytach policji w mieszkaniu. Postanowiliśmy z mężem tam pojechać. Drzwi otworzyła nam lokatorka. Już od progu uderzył nas smród papierosów i alkoholu. W mieszkaniu panował jeden wielki bałagan. Okazało się, że dziewczyna pogodziła się z partnerem, który obiecał się zmienić, ale obecnie miał kryzys. Jej syn na szczęście był na wakacjach ze swoim ojcem. Partner dziewczyny też był w mieszkaniu. Próbował się awanturować, ale mój mąż przekonał go, żeby spuścił z tonu. Ponieważ dziewczyna nie chciała złożyć zawiadomienia, facet lądował na dołku i wracał.
Umówiliśmy się z nią na rozmowę na neutralnym gruncie. Postawiłam sprawę jasno – nie życzę sobie skarg o awantury oraz niszczenia mieszkania. Pomogło na parę tygodni. Po kolejnej awanturze wymówiliśmy wynajem. Przykro mi z powodu tej dziewczyny i jej syna, ale pod koniec września były tam non stop awantury. Zresztą niedługo później chłopiec przeprowadził się na stałe do ojca. Mieszkanie znów musieliśmy doprowadzić do porządku. Byliśmy już jednak mądrzejsi i upewniliśmy się, że nie trafi nam się lokator w trudnej sytuacji życiowej. Obecnie mieszkanie wynajmujemy sympatycznemu małżeństwu z dwójką dzieci i kotem. Oboje pracują, dzieciaki chodzą do szkoły. Żadnych awantur i demolki.
Do koleżanki mam jednak żal. Za to, że dopiero po tej aferze przyznała, że nasza poprzednia lokatorka po raz kolejny powtarza ten sam schemat. Po raz kolejny daje partnerowi szansę, a później są przez to kłopoty. Podobno wtedy była „szczerze zmotywowana”. Może jestem bezduszna, ale nigdy więcej nie dam się przekonać na podobną pomoc.
Kilka lat temu, wiosną czy latem (nie pamiętam już dokładniej), poszłam w niedzielę do kościoła. Jako że co lepsze miejsca zostały już zajęte, usadowiłam się na jedynej pustej ławeczce na tyłach. Zazwyczaj trudno mi się skupić na tym, co się dzieje na mszy, więc rozglądałam się dyskretnie za czymś ciekawym. I wtedy mój wzrok trafił na małą plamkę na podłodze. Przymrużyłam oczy, próbując ustalić, co takiego leżało na posadzce. A tam – pszczółka. Biedaczka nie mogła latać, bo coś ją zraniło wcześniej i jedyne co mogła, to powolutku podciągać się łapkami. Sądząc po kierunku, w którym się poruszała, domyśliłam się, że chciała wydostać się przez jedyne otwarte drzwi w kościele. Po kilku minutach msza już kompletnie mnie nie obchodziła – jedyne, co mnie obchodziło w tamtym momencie, to ten owad walczący z okrutnym losem o swoje życie. W trakcie mszy niejednokrotnie krew mi zamarzała ze strachu, gdy ktoś wstawał i gdzieś szedł i zbliżał się niebezpiecznie w stronę mojej małej bohaterki. Ale – aż trudno w to uwierzyć – nie została zdeptana ani w trakcie czytania Biblii, ani w trakcie kazania. Ba! Zdołała nawet przeżyć apokalipsę pod tytułem "kolejka w stronę ołtarza", a to było multum ludzi. Sama nie mogłam uwierzyć, że nikt jej nie zdeptał.
W końcu doszło do ogłoszeń parafialnych. Już zaczęłam przeglądać portfel w poszukiwaniu jakiegoś paragonu (pod koniec mszy postanowiłam, że pomogę jej wydostać się z kościoła), aby mieć gdzie ją położyć i wynieść – gdy nagle padło hasło "można kupić czasopisma katolickie u naszego ministranta". Po tym ministrant wstał, wziął te gazetki, poszedł w moją stronę... I nagle TUP – całą stopą nadepnął na moją pszczółkę. To, co wtedy poczułam, można określić jako "złamane serce". Moja malutka bohaterka, walcząca całą mszę o życie, skończyła na sam koniec pod butem tego chłopaka... I wtedy, gdy już w myślach rozmyślałam nad kruchością życia, patrzę...
Pszczółka się poruszyła! Została jeszcze bardziej zraniona, ale jeszcze miała w sobie tę resztkę życia, aby walczyć dalej. Teraz już się nie zawahałam – gdy tylko msza się skończyła, od razu podeszłam do niej, delikatnie położyłam na paragonie, po czym wyszłam razem z innymi. Olewając zdziwione twarze innych ludzi, podeszłam do rabatek w parafialnym ogródku i położyłam pszczółkę na najpiękniejszym bratku, w blasku słońca.
Pewnie i tak zdechła, ale przynajmniej mogę żyć z czystym sumieniem, że pszczółka dokonała żywota na kwiatku, a nie pod czyimś brudnym butem.
Ja wiem, że zajmowanie się dzieckiem niektórych przerasta, ale to czego byłam dzisiaj świadkiem nie mieści się w głowie.
Wracałam z pracy, idąc chodnikiem przed jednym z większych sklepów, do którego trzeba wejść po schodach, zauważyłam stojący wózek, a w nim około kilkumiesięczne dziecko. Na szczęście miałam trochę czasu, więc stanęłam niedaleko, czekając na rozwój sytuacji. Po około 10 minutach (zaznaczam, że nie wiem ile wcześniej wózek już tam stał) ze sklepu wyszedł mężczyzna, prawdopodobnie ojciec dziecka. Na początku grzecznie zwróciłam mu uwagę, że nie powinien zostawiać dziecka samego, jednak ten zaczął na mnie krzyczeć, że nie mam prawa się wtrącać w to, co robi z własnym dzieckiem. Uspokoił się dopiero kiedy powiedziałam, że możemy zadzwonić na policję i może im będzie chciał to wyjaśnić. Zaczął się wtedy tłumaczyć, że on tylko na chwilę, że przecież nic się nie stało. Tym razem nie, ale kto wie, co może być następnym razem? Nigdy nie wiemy kto stoi, idzie albo siedzi obok nas.
Jedyne czego żałuję, to tego, że od razu nie zadzwoniłam tam, gdzie trzeba. Będę zwracała uwagę, czy sytuacja się powtórzy, ale mam nadzieję, że facet zmądrzeje.
W weekend pomagałam sortować ciuchy na Torwarze – pomoc dla Ukrainy. Z ciekawszych rzeczy, które znalazłam: siodełko do roweru, strój Mikołaja, szarfy z wieczoru panieńskiego, bielizna erotyczna (stanik bez miseczek i majtki z dziurą w kroku – używane), czepek pływacki. O oszczanych dżinsach i stertach brudnych skarpet i majtek żółtych z przodu i brązowych z tyłu wolę nie wspominać, chcę je szybko wyrzucić z pamięci.
Jak tak można?
Poszedłem na imprezę do kumpla. Akurat kiedy usiadłem, z balkonu wchodziła jego współlokatorka – znam ją od paru lat, ale widujemy się rzadko. W momencie, kiedy przechodziła obok mnie, odchyliłem się na krześle, spojrzałem na nią i powiedziałem "Wiesz, ładna jesteś, podobasz mi się". Elegancko, co? Łucja przyłączyła się do naszej imprezy i parę godzin później byłem już u niej w pokoju i masowałem jej nogi i pośladki. W końcu mówię: "Idę, już późno", ale ona po prostu się na mnie uwiesiła. Udało mi się jeszcze na chwilę wrócić do imprezowiczów, ale ta znów zaczęła się kleić. Chciałem iść do domu, ale nie dało rady. Byłem zmęczony i miałem w czubie, więc zgodziłem się, że pójdę z nią do łóżka. No więc poszedłem z nią do łóżka, położyłem się w ubraniu pod kocem i poszedłem spać xD Dziewczyna nie była szczególnie szczęśliwa.
Rano obudziłem się wcześniej od niej. W porannym świetle wyglądała pięknie. Poczochrane włosy, lekko uchylone usta, rozmazany makijaż. W końcu obudziła się, spojrzała na mnie i się zaczęło... "O Boooże, co ty tu robisz? Co robisz w moim łóżku? O Boże! Czy my? Ja? Nie! O Jezus Maria, my to zrobiliśmy, tak?" itd. No więc odkryłem koc, pokazałem jej, że ja jestem w ubraniu i opowiedziałem w skrócie co działo się wczoraj wieczorem i zapewniłem, że ja z pijanym dziewczynami po prostu tego nie robię, bo wiem, że potem mogą żałować.
Nie wiedziała jak dziękować. Pisze do mnie codziennie i mówi, że fajny ze mnie facet i rzadko trafia się na tak porządnych kolesi jak ja i w ogóle to chętnie by się ze mną umówiła na całkiem normalną randkę :D
Jako dziecko byłem bardzo pomysłowy i zdradzałem już pewne talenta techniczne. Wyjąłem raz z kosza w łazience buteleczkę z resztką bardzo mocnych perfum, a że dzięki wrodzonym zdolnościom udało mi się usunąć zamknięcie, resztki owej można było użyć. Było u nas akurat przyjęcie z okazji komunii brata i trochę mi się nudziło. Rozwinąłem więc trochę rolkę papieru toaletowego, naperfumowałem ją w kilku miejscach, po czym starannie zwinąłem i odstawiłem na miejsce.
Ksiądz sugerował, że przyjęcia komunijne powinny być bez alkoholu, ale wiadomo jak to jest. Wujek wypił trochę za dużo i tak go przyparło, że musiał złamać żelazną zasadę, że nie robi się dwójki w gościach. Po pewnym czasie wyskoczył z łazienki z krzykiem:
– Nie wiem, co się dzieje... ja chyba sram na słodko!?
Dobrze, że nie zapomniał podciągnąć spodni :D
Moi rodzice mieli dość... charakterystyczne podejście do higieny osobistej. Zawsze chciałam kąpać się pierwsza, bo nie podobała mi się zimna, mętna woda w wannie, w której już się ktoś kąpał. Poza tym matka próbowała mnie nakłonić do bardzo ekonomicznego zwyczaju, tj. używania brudnych majtek zamiast gąbki. Nie muszę wydawać forsy na specjalną gąbkę do mycia i przy okazji od razu piorę majtki! Same korzyści! Mnie to się bardziej kojarzyło z rozcieraniem kupy po skórze. Ojciec z kolei nie uznawał istnienia szczoteczki do zębów, a po całym dniu kopania działki wstawiał stopę do umywalki i w malowniczej pozie obmywał ją z kurzu. Potem drugą. I tyle. Reszta ciała nie wymagała moczenia, prawda?
W siódmej klasie podstawówki (14 lat) przeżyłam na lekcji biologii ciężki szok, kiedy dowiedziałam się, że te wszystkie zwyczaje są... poza zakresem pojmowania zdrowego człowieka. A najbardziej mnie zszokowało, że kąpać się i zmieniać bieliznę wypadałoby częściej niż raz na tydzień. Tak, mycie się raz w tygodniu w wodzie po kilku innych osobach, które kąpały się raz w tygodniu i dokonywanie tych ablucji noszonymi tydzień majtkami, to była zdaniem moich rodziców norma. Tak samo zresztą normą było, że matka nosiła moje majtki, kiedy urosłam już na tyle, że się w nie wcisnęła. Bieliznę na wyłączność, mimo moich protestów, miałam dopiero, kiedy wyprowadziłam się na studia.
Dziękuję wam, kochani rodzice, że dzięki wam inne dzieci się ze mnie śmiały, a ja nawet nie wiedziałam o co chodzi. A jeszcze bardziej wam dziękuję za wyśmiewanie mnie, kiedy zaczęłam się kąpać w innych terminach niż w soboty i dosłowne ''zapisywanie kredą w kominie'' (tj. kanale wentylacyjnym w kuchni) dat, kiedy robię coś tak nienormalnego, jak umycie się.
Jestem matką trójki dzieci.
Od momentu, w którym pojawiła się zapomoga 500+, jestem absolutnie przeciwna ww.
Nie pobieram tychże świadczeń, gdyż są niezgodne z moimi wartościami, czułabym się jak jakiś pasożyt, gdybym wyciągnęła łapska w stronę niezasłużonej gotówki.
Wyobraźcie sobie, że od nieomal roku odwiedzają mnie panie z MOPS-u i usilnie nakłaniają mnie do pobierania tego nieszczęsnego siana, bo to źle wygląda w środowisku, że ja taka dziwaczka jestem i "nie biere".
Wśród znajomych i rodziny nie ma ani jednej osoby, która choćby minimalnie próbowała mnie zrozumieć. Wzbudzam oburzenie, a u niektórych wręcz pogardliwy niesmak...
Jestem szczęśliwą mężatką od 19 lat. Mąż zarabia adekwatnie do potrzeb naszej rodziny. Nie biedujemy, jesteśmy taką "skromną średnią klasą". Nie pobieramy żadnych zapomóg.
A wydaje się na pozór, że to ci, którzy decydują się na ten dodatek, są piętnowani.
Wytłumaczy mi to ktoś?
Dodaj anonimowe wyznanie