#pABnx

Jestem już dorosły, ale za czasów tej historii mieszkałem z rodzicami.

Zawsze lubiłem siedzieć przed komputerem - gry, filmy, surfowanie po internecie do tak późna, że aż wcześnie.
Pewniej nocy do mojego pokoju wleciała mucha. Jako że było lato, to byłem nieziemsko spocony i jak to muchy lubią, siadała na mnie cały czas. Początkowo ją tylko odganiałem, lecz w końcu nieziemsko wkurzony wstałem i chciałem ją zabić, pierwsze parę(naście) prób skończyło się totalnym fiaskiem. W pewnym momencie byłem tak zdeterminowany, że zrobiłbym wszystko, żeby tylko dała mi spokój.
Przystępuję do akcji pozbycia się natrętnej muchy i macham rękami jak karateka, mucha wylatuje przez drzwi i zlatuje piętro niżej. Gonię ją jak oszalały przez pół domu, w końcu  wpadam do kuchni i już mam jej trachnąć i co widzę? Moja mama siedzi blada na krześle, ciężko oddycha, wygląda naprawdę źle. Pytam co się dzieje i z opisu wynika, że ma zawał, no to ja szybko za telefon, wzywam pogotowie, w tym momencie mama zemdlała. Chwilę potem podjeżdża karetka, okazało się, że moje przypuszczenia były dobre, zabrali mamę do szpitala, z ojcem pojechaliśmy do szpitala za nimi. Cała noc martwienia się, nerwów, ale w końcu mama się obudziła. Lekarze dobrze rokowali, wyszła po 12 dniach obserwacji.

Przysiągłem sobie, że już nigdy nie tknę muchy.

#RFF2r

Kiedyś idąc przez miasto szukałam kluczyków do samochodu. Jak to w damskiej torebce -  wszystkiego mnóstwo. Nagle ktoś podbiegł i złapał mnie za ramię.
Okazało się, że po drodze wypadło mi 20 złotych i bezdomny to zauważył i chciał mi je oddać. Po prostu się wzruszyłam. Oczywiście kazałam mu zatrzymać pieniądze. Z uśmiechem wróciłam do domu.

Niecały miesiąc później kupowałam coś w kiosku i wypadło mi 2 złote. Potoczyło się, więc chciałam po nie pójść. Odwróciłam się i zobaczyłam taką scenkę. Mężczyzna, modnie ubrany, koło trzydziestki, podnosi je. Pomyślałam, że miło z jego strony, że chce mi oddać monetę. A on?? Włożył ją do kieszeni, uśmiechnął się i poszedł...
Po prostu mnie zatkało.

#NWD2E

Kilka lat temu pracowałem na stacji benzynowej w jednym z większych koncernów naftowych, na stanowisku "pracownik podjazdu", tzn. pomagałem w tankowaniu. Przez jakiś czas omijałem typowych "sebiksów" ze strachu, że będę wyśmiewany przez osobników tego gatunku, wiadomo, praca raczej mało ambitna. Któregoś letniego dnia wjeżdża bmw w czarnym macie, pomalowane sprayem z puszki, a silnik chodził jakby prosił, żeby zakończyć jego cierpienie. Podjechało pod dystrybutor i wychodzi trzech przedstawicieli tego gatunku, no cóż, plac pusty, więc podejdę do nich. Zaproponowałem pomoc, sebiksy skorzystały, w czasie tankowania oni udali się już do sklepu. Wszystko fajnie, zatankowane, oddalam się na drugi koniec mego królestwa, kątem oka zauważyłem, że wracają do samochodu, dwóch już z otwartymi browarami wsiadają do bolidu, a ostatni krzyczy "Ej, kur**, gościu, chonotu". Po upewnieniu się, że to do mnie, niepewnym krokiem i z lekkimi obawami podszedłem i ku mojemu zdziwieniu sebiks wręcza mi 0,5 l Wyborowej z tekstem "masz tu, luju, zrobiło mi się ciebie żal, że musisz napierda*** w taki upał".
W lekkim szoku podziękowałem, na co dodał jeszcze, abym schował do lodówki, bo na fajrant zimna musi być.

I do końca zmiany chodziłem zadowolony i to nie dlatego, że miałem flaszkę, lecz dlatego, że większość "biznesmenów" nie potrafi powiedzieć dziękuję, a takie sebiksy dały nawet "napiwek".

#r97EE

To był trudny dzień, miałem wykłady od rana do wieczora kolejny dzień z rzędu. Marzyłem już tylko o łóżku, ale na nogach utrzymywała mnie myśl, że dzisiaj spotkam się z ukochaną na kolacji, z okazji naszej drugiej rocznicy związku. Byliśmy umówieni na 20, ja jechałem z uczelni ona z naszej norki.

W trakcie jazdy zadzwoniła jej mama, że Magda miała wypadek samochodowy. Głos przyszłej teściowej stał się tłem, a ja na drodze straciłem umiejętność widzenia. Zjechałem z prawego na lewy pas, zajeżdżając komuś drogę i się zatrzymałem przy krawężniku. Okazało się, że zajechałem drogę policjantom. Podszedł jeden z nich i zobaczył dużego faceta całego w łzach, i usłyszał płaczącą kobietę z głośnomówiącego. Chyba się zorientował, że coś złego się stało i zamiast reprymendy spytał co się stało. Gdy mu wyjaśniłem, kazał mi się przesiąść na miejsce pasażera, poszedł do kolegi i wrócił na miejsce kierowcy. Odwieźli mnie w kolumnie pod szpital. Kiedy zapytałem, czy słyszał o jakimś wypadku, udawał ,że nie słyszy i mówił, że jego żona też miała kiedyś wypadek i wszystko się dobrze skończyło, i będzie dobrze.


Pod szpitalem wyleciałem z samochodu, nawet im nie dziękując. Dzięki nim mogłem spędzić ostatnie chwile z ukochaną (jesteście moimi bohaterami). Magda była w ciąży i zasłabła na drodze, spowodowała wypadek. Miała mi wtedy powiedzieć o tym, że będziemy mieć dziecko. Wtedy zginęło całe moje życie, dzisiaj jestem tylko warzywem pracującym w korporacji po 12 godzin, byle nie mieć wolnego czasu i nie myśleć o tym co się stało. Sny i tak nie pozwalają zapomnieć. Teściowie pomogli mi się podnieść po śmierci ich własnej córki.

Dziękuję Wam policjantom za Wasz gest, mam nadzieję, że to czytacie. Teściom i całej rodzinie za wsparcie. Nauczycielom, wykładowcom, przyjaciołom, wszystkim. Świat jest okrutny, a Wy jesteście iskierką życia i nadziei.

#VHYXd

A więc, historia nie jest bezpośrednio moja, a mojej nauczycielki wf-u, która opowiadała ją na którejś z lekcji.

Podczas gdy jechała autobusem w jakieś miejsce, a nie było wolnych miejsc - podparła się o ściankę w autobusie i przykucając, robiąc nam wszystkim znane ćwiczenie "krzesełko". Jako że jednak to nauczycielka od wychowania fizycznego, to mogła tak wytrzymać bardzo długo. W pewnym momencie do autobusu wsiada "moherowa babcia". Na początku jeszcze spokojna, stanęła przy niej, patrzyła się na nią swoim specyficznym wzrokiem, aż w końcu już lekko poirytowana powiedziała:
- A może byś tak w końcu ustąpiła miejsce starszej pani?! Nie nauczono tego przez rodziców?

A teraz wyobraźcie sobie minę tej babci, gdy moja nauczycielka (którą gorąco pozdrawiam, jeśli to czyta) po prostu z uśmiechem wstała i poszła złapać się za jakąś rurkę w autobusie :D

#d1crX

Kolejne wyznanie o ratownictwie medycznym, nie znudziły Wam się takie? Mam nadzieję, że nie :D

Kocham moją pracę, ale jedna rzecz po prostu mnie wku*wia.
Nieuzasadnione wezwania.
Oto kilka z nich:

- Pewna pani stwierdziła, że umiera, prawdopodobnie ma zawał.
Okazało się, że to tylko zgaga. Rozumiem, że można pomylić objawy, no ale zgaga a zawał? (Na 100% nic jej nie było ;))

- Wezwanie do przerażonej matki, której dziecko zostało pogryzione przez psa. Sytuacja poważna, dziecko mogło być w krytycznym stanie.
Co się okazało? Chłopiec miał zadrapaną rękę, bawił się z psem, który go przez przypadek lekko zawadził zębem. Było troszkę krwi, ale nic poza tym. Plaster wystarczył.

- Sytuacja z wczoraj.
3-letnie dziecko, bardzo wysoka gorączka, zalane potem, odwodnienie, ledwo oddycha. Jedziemy na sygnale, ponad 100/h, prawie że wbiegamy na 6 piętro (windy brak, a sprzęt ciężki, więc łatwo nie jest). Co się okazuje? Że matka przesadza. Naprawdę. Bardzo wysoka temperatura to jak się potem okazało 37 stopni. Pocił się może dlatego, że matka ubrała go jak na Syberię + kołdra + 3 koce. Ledwo oddycha - taaak, może dlatego, że miał zatkany nos od kataru... Ogólnie dziecko było tylko przeziębione, szczegółowo je zbadaliśmy, nic wielkiego mu nie było, ale dla świętego spokoju zabraliśmy go do szpitala, żeby potem nie było, że nic nie zrobiliśmy.

Pracuję z cudownymi ludźmi, lekarzami i ratownikami, którzy bardzo przykładają się do swojej pracy i nic nie bagatelizują.
Ale wtedy, kiedy jedziemy do kogoś, komu tak naprawdę nic nie jest, marnujemy swój czas. W tym czasie moglibyśmy uratować komuś życie.
Proszę, nie wzywajcie bezpodstawnie karetki.

#B4dx4

Mam 22 lata i od kilku lat choruję na anoreksję bulimiczną. Nikt z moich znajomych i rodziny o tym nie wie. Gdy jestem na uczelni lub w pracy i ktoś mnie pyta, czemu prawie nic nie jem, mówię, że objadam się w domu. Gdy pyta ktoś z domu, to wiadomo - mówię, że byłam gdzieś na sytym obiedzie. Gdy odczuwam głód, jednocześnie czuję wielka satysfakcję - udało mi się. To jeden z niewielu momentów, kiedy czuję się szczęśliwa.
Gorsze są napady głodu. Potrafię nagle rzucić się na jedzenie i wyjadać wszystko. Ostatnio zjadłam całą paczkę płatków kukurydzianych, pół chleba i jogurt. A potem czułam nienawiść do samej siebie, że znów to zrobiłam. Nie wymiotuję po napadzie, ale dużo potem ćwiczę. Żeby tylko zrzucić to, co zjadłam.
Dodatkowo nie potrafię się cieszyć, codziennie wypłakuję się w poduszką. Oczywiście o tym też nikt nie wie. Przed innymi udaję, że jestem bardzo wesoła i uśmiech nie schodzi mi z twarzy. Na studiach uchodzę za jedną z weselszych osób. Nikt przynajmniej nie pyta, czemu jestem smutna.
To tyle, chciałam w końcu się komuś wygadać.

#jaq7S

Masz tylko 20 lat – słyszę ciągle wokół siebie. – Jesteś za młoda, żeby kochać, być odpowiedzialna, dbać o dom, mieć poukładane w głowie. Musisz szaleć, pić, imprezować, bo tylko wtedy będziesz mogła uznać swoją młodość za udaną.

Mam 20 lat, ale studiuję i pracuję. Uwielbiam dbać o dom i gotować, sprawia mi to o wiele więcej frajdy niż włóczenie się po imprezach. Mam też wspaniałego narzeczonego, z którym planujemy ślub.

Rodzice wyrzucili mnie z domu i odcięli kasę, bo miałam odwagę wybrać wymarzone studia, miasto i chłopaka, nie tłumacząc się im z każdej decyzji. Mam na głowie naprawdę dużo i piszę to wyznanie, bo czasem mam dość szufladkowania ze względu na młody wiek. Można mieć 20 lat i bawić się w klubach (nie ma w tym nic złego, jeśli ktoś lubi) i można też mieć 20 lat i chcieć założyć rodzinę, zajmować się domem i mieć pracę, co nie wyklucza podróżowania z przyjaciółmi, przygód i radości. Nie dam sobie wmówić, że jestem za młoda na miłość, bycie odpowiedzialnym, na podróże, na szczęście! Słyszę to od lat i wiecie co? Nie wierzę w to. Wiek i dojrzałość nie idą w parze :)

#iw2lV

Mam pewną zasadę. Jak chcesz jechać ze mną samochodem, musisz mieć zapięte pasy. Jestem w tej kwestii nieugięta, bezpieczeństwo przede wszystkim.

Mój chłopak miał co do tego inne zdanie. Uważał, że to niepotrzebne. Strasznie mnie to wkurzało, ale OK, tylko w tej kwestii się nie dogadywaliśmy, poza tym przecież go nie zmuszę, żeby zmienił swoje przekonania.
Jak jechał ze mną, bardzo niechętnie, ale jednak, zapinał pasy.
Natomiast jak jeździliśmy jego samochodem, to już tego nie robił.

Pewnego razu mieliśmy wypadek. Ja wyszłam z tego dobrze, bez większych obrażeń. On, bez zapiętych pasów, wyleciał przez przednią szybę. Reanimowałam go sama przez 30 min, aż do przyjazdu karetki. Umierał na moich oczach. Przez swoją głupotę. A ja nie mogłam nic więcej zrobić. Nie udało się go uratować.
Dodaj anonimowe wyznanie