Moi dziadkowie w toalecie mieli umywalkę z oznaczeniami pokrętełek od wody: "H'' i "C''. Gdy byłam młodsza, ale znałam już litery i jako tako władałam sztuką czytania i pisania (zaczęłam się uczyć w wieku 4 lat), dokonałam ważnego odkrycia.
Otóż litery były wypisane pięknymi zawijasami. Nie wiedziałam, co oznacza C (woda leciała zimna, więc w oczywiście "C'' nie oznaczało ciepła), za to druga litera - "H'', która bardzo przypominała "K'' nabrała wielkiego znaczenia.
"K'' według mnie oznaczało "kot''. Moja babcia zawsze z tej umywalki nalewała kotkom wodę do picia. Byłam święcie przekonana, że jest to specjalna woda dla kotów, odkręcana tym kurkiem. Jak wiemy, wszystkie kicie mają siedem żyć. Też chciałam mieć, więc po kryjomu piłam swój "magiczny napój'', wierząc, że staję się nieśmiertelna. Troszkę się bałam, że wyrosną mi wąsy i obrosnę futrem, jednak dzielnie ryzykowałam dla dobra sprawy :)
Jako dziecko byłam dosyć ciekawska. Co chwilę można było ode mnie usłyszeć „dlaczego”, „czemu”, „jak to”.
Pewnego dnia w przedszkolu, gdy wyszłam za potrzebą, zauważyłam coś co wyglądało jak toaleta, tylko że była przymocowana do ściany, bez klapy, dziwne skonstruowana rzecz jak dla mnie. Wiedziałam tylko, że chłopcy mogą z tego skorzystać. W moim małym móżdżku pojawiło się pytanie „dlaczego tylko chłopcy”. Przez chwile koło tego stałam i się zastanawiałam. Chciałam sprawdzić jak tego użyć, wiec zdjęłam spodnie i wspięłam się na to i jak nigdy nic zrobiłam tam przysłowiową dwójkę.
Gdy zrobiłam to co miałam zrobić, wyszłam i po kilkunastu minutach przyszedł woźny. Pytał się wściekły wszystkich „kto zrobił kupę do pisuaru”. Ja, która nie chciała mieć kłopotów, się do tego oczywiście nie przyznałam. Nie pamiętam jak się później to zakończyło, ale dało mi to nauczkę, żeby się pytać, niżeli robić swoje eksperymenty.
Gdy miałam 13 lat, mój dziadek zachorował na raka trzustki. Strasznie cierpiał. Lekarze odprawili go ze szpitala mówiąc, że nie zaczną chemioterapii, bo jest już za stary (82 lata). Dlatego dziadka zabraliśmy do siebie. Nie przelewało nam się, mieszkaliśmy w 6 osób w czterech pokoikach, często lodówka była pusta.
Raz, gdy byłam sama w domu z dziadkiem, dopadł mnie straszny głód. Od rana nic nie jadłam. Mama miała dopiero po pracy zrobić zakupy. Jedynym posiłkiem, który był wtedy w domu, był chudy rosół z tartymi kluskami specjalnie dla dziadka. Zbliżała się pora jego jedzenia, dlatego nalałam mu go do talerza. Wystarczy tylko dla jednej osoby, pomyślałam ze ściśniętym z głodu żołądkiem, ale podałam dziadkowi. Ten, widząc mój wzrok, przyniósł drugą łyżkę i podzielił się ze mną zupą.
Jeszcze nigdy rosół nie smakował mi lepiej.
Na pewno kojarzycie roszczeniowe madki „dej, bo mam chorom curke” i tak dalej.
Otóż jedna z nich jest moją siostrą.
Zacznijmy od tego, że moja siostrzyczka uważa, iż wszyscy dookoła powinni zajmować się jej dzieckiem, kupować mu prezenty, i to nie byle jakie. Zwykle kupowałam małej jakieś drobiazgi, książeczkę, misia czy inne takie.
Kupowałam do momentu, gdy moja siostra wypomniała mi, że... kupuję rzeczy Z PROMOCJI, a jej dziecko zasługuje na pełną cenę.
Cóż, teraz nie kupuję nic.
Piszę to wyzwanie z błahego powodu, muszę się wygadać i poznać opinię chociaż ludzi z internetu.
Obawiam się, że jestem materialistką.
Wywodzę się z niezamożnej i wielodzietnej rodziny. Nigdy nie byłam głodna i nigdy nie brakowało na podstawowe rzeczy. Ale też nigdy za dzieciaka nie byłam na wakacjach czy na basenie, a w kinie dwa razy na ekranizacji lektury z klasą. Idąc na studia, musiałam się sama utrzymywać, a bywało różnie.
To taki podstawowy zarys mojej sytuacji.
Mój świat zmienił się, gdy zaczęłam pracować i powoli się wspinać po szczeblach kariery. Moi bracia również bardzo wcześnie zaczęli pracować i skończyli studia.
Mnie jak i braciom od kilku lat bardzo dobrze się powodzi i jesteśmy w stanie pomagać rodzicom, którzy w końcu mogą odpocząć. Ale nigdy nie pomagam finansowo osobom z dalszej rodziny czy znajomym, uchodzę za skąpą, choć nie żałuję przyjemności sobie ani rodzicom.
Nie daję również pieniędzy na żadne zbiórki, jedynie schronisku dla zwierząt pomagam. Nigdy też nie związałabym się z biednym i bezrobotnym mężczyzną. Jestem w związku od czterech lat i go kocham, ale gdyby nagle stracił pracę i nie spieszył się z szukaniem nowej, to nie jestem pewna, co bym zrobiła (mój facet o tym wie, ponieważ rozmawialiśmy ze sobą na ten i inne tematy).
Kumpel pracuje w aptece. Któregoś dnia wpadłem do niego do pracy na chwilę, bo miałem ważną sprawę. Rozmowę przerwała nam pewna dziewczyna. Weszła do apteki, wiek tak na oko 16-17 lat i szeptem zwróciła się do kolegi:
Dziewczyna: Poproszę pre....ze..rwa....wyyy...
Kumpel: Słucham?
Dz: Prezerwat...y (nadal szepcząc pod nosem)
K: Proszę powtórzyć, co podać?
Dz: Prezerwatywy! (teraz już nie było wątpliwości)
K: Dobrze, a jakie?
Dz: Jakieś tanie.
K: Proszę, 3,50 zł.
Zapłaciła i wyszła. Po chwili jednak wróciła i mówi:
- Ale ja chciałam dla chłopaka, a tu na zdjęciu jest dziewczyna...
Dobrze jest być samotnym. Robisz co chcesz i przed nikim się nie tłumaczysz. Do czasu. Do czasu, aż kogoś poznasz... Do czasu, aż odetniesz się od ludzi, spędzając każdą chwilę z tą osobą. Do czasu, aż zrozumiesz, jak bardzo boli, jak ona zniknie po roku relacji. Do czasu, aż nagle zostajesz sam ze sobą odcięty od wszystkiego i bez chęci do życia. Praca. Dom. Depresja. Sen. Udawanie, że jest OK. I od nowa. Najgorsze jest to, że nawet nie ma jak z tego wyjść. Nie ma jak nic zmienić. Brak czasu. Brak chęci. Brak zaufania. Brak wiary. Brak siły do kolejnych prób.
Dobrze było być samotnym wcześniej. Gorzej, kiedy się poczuło bliskość i do niej przyzwyczaiło. A potem tak nagle zrozumiało, że było się tylko zabawką. Nagle straciło wszystko.
Mam lekko ponad 20 lat. I nie mam na nic siły. Nie mam nadziei na poprawę. Nie mam wiary w ludzi.
Najchętniej bym pojechał na Ukrainę, nawalił się z ruskimi, ukradł im czołg, rozpieprzył ile się da, a potem parł naprzód. W najgorszym razie spokój i cisza. W najlepszym wynagrodzenie gwarantujące zabawę i ucieczkę do końca. Niestety nie mam możliwości. Karanych i zadłużonych nie biorą. Szkoda.
Tak. Wiem. Jestem nienormalny. Teraz już też to wiecie. Dzięki za wysłuchanie. Trzymajcie się.
Historia, jakich wiele tutaj.
Czasami mam ochotę wyć, bo kocham mężatkę. Byliśmy parą przez blisko dwa lata. Ona sierota wychowywana przez babcię od 6 roku życia, ja skończyłem studia i wróciłem do swojego miasta, ona została na ostatni rok. Poznała faceta starszego kilka lat, który był opiekuńczy itp. + odległość swoje zrobiła, ona odeszła. Chociaż walczyłem o nią bardzo długo, to zaszła z nim w ciążę, był szybki ślub, potem drugie dziecko (oboje nieplanowane), jednak jej mąż to człowiek, którego wiecznie nie ma w domu. Nie rozumie jej, nie potrafi rozmawiać prawie o niczym, nie interesują go dzieci i dom. Mimo tego, że bardzo mnie zraniła, ja wybaczyłem jej wszystko i mimo prób znalezienia innej kobiety, uczucie do niej wygrywa. Zdarza się, że napisze czy zadzwoni i zawsze mamy setki wspólnych tematów. Wiem, jestem przegrywem życiowym czekającym na cud, który jest bardzo wątpliwy, bo ona jest katoliczką i nie wyobraża sobie odejść od niego, bo dzieci powinny mieć ojca, mimo iż wie doskonale, że mnie one nie przeszkadzają.
Moi rodzice od zawsze nazywali mnie "Prezesem". Całe życie myślałem, że to takie wyróżnienie, a może raczej - przygotowanie do tego, że kiedyś będę jakimś zamożnym szefem wielkiej firmy, potentatem branży kaloszarskiej, czy też może właścicielem fabryki produkującej kołpaki do Trabantów. Mniejsza z tym - grunt, że "Prezes" przyległ do mnie na dobre.
Przyjęło się nawet w szkole - moi rówieśnicy też tak do mnie się zwracali, ba - nawet moje "narzeczone" mówiły do mnie "Prezesuniu". Ksywka w ogóle mi nie przeszkadzała, a nawet czułem jakąś tam dumę z tego, że mam takie szefowskie przezwisko.
Tydzień temu skończyłem osiemnastkę. Ojciec zorganizował dla mnie imprezę. Mieszkamy w domku jednorodzinnym, więc cały salon wypełnili goście. Najlepsza niespodzianka ever!
Tatko, który należy do wyluzowanych starców, balował z nami. Troszkę za dużo wypił i zebrało mu się na szczerość...
- A, ty synek wiesz, czemu cię z mamą nazywamy "Prezesem"?
- Yyy... No, nie.
- No, bo widzisz. Byłem kiedyś na takiej imprezie jak ta. I upiłem się troszkę tak, jak teraz. Wpadła mi w oko jedna dziewczyna. Fajna taka, wiesz? Cycki duże, dupeczka, tego... No i nalałem jej drinka, zaczęliśmy gadać. I tak nam fajnie wieczorek zleciał, że tego samego wieczora piłowałem ją w kiblu tak, że aż wióry leciały, hue hue...
- Weeeź, tatoooo... - czułem się zażenowany taką "szczerością".
- No i... słuchaj, słuchaj, synek. Jak żeśmy skończyli, to okazało się, że nam prezerwatywa pękła. Dziewczyna zaszła w ciążę! Tak było! Tą damą była twoja mama. Wziąłem na siebie odpowiedzialność, ona nie chciała skrobać, więc tak już to jakoś zostało. Jak przyszedłeś na świat to zdecydowałem się nieoficjalnie nazwać cię cześć pękniętego prezesa. Ot, i cała historia.
Resztę wieczoru spędziłem zamknięty w sobie. Nie dość, że dowiedziałem się, że jestem efektem libacyjnego stosunku, to jeszcze okazało się, że moja mama "dała dupy" w kiblu podczas pierwszego spotkania z moim staruszkiem. A do tego okazało się, że ksywkę zawdzięczam jakiemuś pękniętemu kondomowi! No, żeż kur#a mać!
Chodzę do 8 klasy podstawówki, więc w szkole jestem najstarszym rocznikiem.
Szanuję każdego poglądy i wybory, bo to jego życie, ale zastanawiam się, jak można tak sobie niszczyć dzieciństwo.
Dzisiaj idąc na lekcje minęłam dwie dziewczyny, może z 4-5 klasy, odwalone jakby szły na jakąś dobrą imprezę. Wszystko super, fajnie ładnie wyglądać, ale to były 11-latki z pełnym makijażem i wielkimi kreskami na pół oka, śmiejące się ze mnie, że wyglądam jak małe dziecko. Serio. Żałosne.
Dodaj anonimowe wyznanie