Zawsze miałam bardzo dobre relacje z moją mamą. Kochała mnie, dbała, mogłam z nią porozmawiać o problemach i rozterkach. Bawiła się ze mną, uczyła czytać i pisać jeszcze zanim poszłam do szkoły (sama chciałam), woziła na lekcje fortepianu do sąsiedniego miasta, pomagała spełniać wszystkie pragnienia i marzenia, jednocześnie mnie nie rozpieszczając. Taka mama idealna. Jedynym zgrzytem w naszej relacji była religia. Mama była mocno wierząca, w każdą niedzielę chodziłyśmy do kościoła, modliłyśmy się rano i wieczorem, czytałyśmy razem Biblię i dużo rozmawiałyśmy o Bogu. Mimo to w pewnym wieku postanowiłam iść swoją drogą i wybrałam ateizm. Mama bardzo ciężko to przeżyła, widziała w tym swoją osobistą porażkę, dużo wtedy płakała, modliła się, pościła w mojej intencji. Ale nigdy do niczego mnie nie zmuszała.
I wszystko było wspaniale, jakoś przez to wspólnie przebrnęłyśmy, wzmocniłyśmy więzi i zaakceptowałyśmy różnice i odmienne poglądy. Starałam się omijać tematy wiary w rozmowach z mamą. Aż kilka miesięcy temu przeczytałam książkę "Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie" i podsunęłam ją mamie. Jeśli ktoś nie wie o czym ona jest, to jest to dokument o sierocińcu prowadzonym przez siostry, które znęcały się psychicznie i fizycznie nad podopiecznymi. Dochodziło tam do gwałtów i ciężkich pobić.
Gdy moja mama przeczytała tę książkę, stwierdziła, że... ona nigdy nie powinna zostać napisana. Że takie rzeczy nie powinny wychodzić na światło dzienne. Że to tylko niszczy dobre imię kościoła, a nie zmieni tego, co się stało. Że ludzie popełniają błędy i że to Bóg ich osądzi. Opowiedziała mi historie ze swojego dzieciństwa, gdy ksiądz, który jej udzielał komunii, molestował małe dziewczynki, w tym ją, ale nigdy nikomu nie powiedziały i jakoś z tym żyją. Że księża to też tylko ludzie i grzeszą. I więcej tego typu gówna.
Płakałam całą noc po tej rozmowie. I już nie potrafię patrzeć tak samo na moją mamę. Jest dla mnie na równi z tymi wszystkimi gwałcicielami, chcąc ich chronić. Jednocześnie zawsze była dla mnie najukochańszą i najwspanialszą na świecie mamą. Nie potrafię sobie z tym poradzić. Kocham ją i czuję wstręt jednocześnie. Czy tak samo by myślała, gdyby to mnie molestował ksiądz? Tak bardzo mnie to boli. Nie wiem co mam myśleć, co robić, jak mam dalej żyć. Nie chcę stracić mamy, jest jedną z najważniejszych osób w moim życiu. Ale nie potrafię zaakceptować jej poglądów.
Dzisiaj, po zakończeniu lekcji matematyki z naszą wychowawczynią, nagle wszyscy uczniowie z klasy wstali i zaczęli śpiewać "100 lat", a nauczycielka wyciągnęła spod biurka mały tort.
Zaskoczony i wzruszony, że pamiętali o moim urodzinach, wstałem. Okazało się, że to wszystko nie było dla mnie, tylko dla kolegi z sąsiedniej ławki, który też miał dziś urodziny...
Polowa lat 90. Ja, uczeń podstawówki, wracałem po szkole do domu. Przez cały dzień myślałem o kasecie VHS, na którą nagrałem kawałek filmu porno z kablówki, z jakiejś niemieckiej stacji ZDF czy Kabel1. Oczywiście chciałem to oglądać w wiadomym celu. Rodziców nie ma w domu, siostra miała na 10 do szkoły, więc spokojnie mam z 1,5 godziny. Drzwi bez "naciskanej klamki" na zewnątrz, szybko otworzyłem, plecak w kąt. Kaseta do video i jadę.
Po dwóch minutach otwierają się drzwi od balkonu i wchodzi ojciec, który tam palił. Przełazi koło mnie i rzuca "Nie tak mocno, bo sobie urwiesz".
Kurtyna.
Do dziś nie wiem, dlaczego był wtedy w domu. Nigdy więcej o tym nie gadaliśmy.
Chciałam Wam opowiedzieć historię osoby, która, jak jedna z wielu, ma problemy z tarczycą. I jak to zniszczyło mi życie.
Zaczęło się niewinnie, chora tu, chora tam, bezsenność. Nagle karetka i diagnoza: nadczynność z powodu Gravesa-Basedows. Chudło się super, ale po lekach zaczęło się tycie z powietrza. Nie jadłam, ale tyłam, jak jadłam, to tyłam z prędkością światła. Zawitałam w progi dietetyka, trenera i psychologa. Trenowałam do upadłego, by wyglądać,jak człowiek. Skończyłam u psychiatry, wywalona z pracy za błędy, które robiłam i za "nastroje", które mną targały. A te były najgorsze. Problemy z tarczycą to była próba, której moje małżeństwo nie przetrwało. I choć mąż wiedział, wspierał i rozumiał, to nie dał rady. Bo ile można słuchać wyzwisk i obelg rzucanych bez emocji od osoby, którą się kocha? A ja mogłam płakać na reklamach, ale jak darłam ryja na męża, to nie czułam nic. Zamieniałam się w Królową Lodu, którą też byłam na rozprawie rozwodowej. I nie zrozumcie mnie źle, on był i jest miłością mojego życia, ale od kiedy zaczęły się problemy z tarczycą, zostałam sama. Rodzina, przyjaciele, mąż. To są wspomnienia.
Przyszedł czas, kiedy wyniki były w normie, psychiatra w końcu dobrał dobre leki i się obudziłam... Co ja robiłam, co ja mówiłam, na co ja sobie sama zapracowałam? Przerosło mnie to, Boże, to było tak okropne uczucie, że próbowałam się od tego odciąć, więc zaczęłam pić. To było tak durne, że nie wiem do dziś, jak ja mogłam na to wpaść. Tak jak na pomysł skończenia ze sobą, po wypiciu jednego piwa za dużo. Nikt mnie ratował, nikt nie pukał do drzwi. Nie ma tu bohaterów. To jedno piwo wypite więcej sprawiło, że zwróciłam tabletki na bezsenność, chociaż tyle, że sporo spałam.
Czas mija, raz jest lepiej a raz gorzej, ogólnie wszystko mi jedno. I tak sobie siedziałam ostatnio w przychodni, czekając na wizytę u endokrynologa. Z nudów zaczęłam słuchać rozmowy starszej już kobiety z młodą, na oko 20-letnią dziewczyną. Młoda mnie zaciekawiła, bo chyba jej potrzeba wygadania się osiągnęła apogeum i zaczęła starszej narzekać. A starsza stwierdziła, że "no przecież problemy z tarczycą to teraz co druga osoba ma, a po pani to już w ogóle nie widać, że chora, za dobrze pani wygląda i za młoda pani jest"... Eh, dlaczego ja nie wpadłam na na to, żeby w wieku 30 lat nie wyglądać na choroby, rozwód i próbę samobójczą? Może wtedy by mi się odechciało chorować. Bo przecież to tylko problemy z tarczycą, teraz co drugi na to choruje. Szkoda tylko, że ten pierwszy nie rozumie. Dopóki nie stanie się tym drugim...
Mam 17 lat. Kilka dni temu rzeczy, które do tej pory wydawały mi się dziwne, stały się jasne po jednej rozmowie. Pokłóciłem się o coś z moją 14 lat starszą siostrą. Czasami tak mieliśmy, że się o coś pogryźliśmy. Zwykłe darcie kotów między rodzeństwem. Wkurzona siostra poszła do mamy, żeby "zrobiła w końcu ze mną porządek", bo w końcu jest moją matką. Odparła jej, że chyba o czymś zapomniała.
Ja to usłyszałem i zacząłem drążyć. I wydrążyłem. Coś, czego może nigdy nie chciałem się dowiedzieć.
Moja matka jest tak naprawdę moją babcią, a siostra matką. To jeszcze byłbym w stanie przeżyć. Ale fakt, że z moją prawdziwą rodzicielką mamy wspólnego ojca, napawa mnie obrzydzeniem. Ten skurwiel będąc nachlany po jakiejś imprezie, zgwałcił własne dziecko. Potem tak ukręcili sprawę, że nie została zgłoszona na policję, "dla dobra ofiary". Potem urodziłem się ja. Adoptowali mnie.
Teraz już wiem, dlaczego "siostra" prawie nigdy nie rozmawiała z ojcem. Dlaczego do mnie zwracała się w specyficzny sposób. Dlaczego nigdy nie miała chłopaka, nie wychodziła na imprezy.
Mój świat się zawalił. Od 3 dni nocuję u mojej dziewczyny. Powiedziałem jej część prawdy. Reszty nie byłem w stanie wydusić z siebie. Do domu nie mam zamiaru wracać. Bo wiem, że jak to zwierzę spotkam, to go zabiję jak psa. A potem siebie.
Zawsze gdy dostanę wypłatę pierwsze co robię to zamawiam pięć różnych pizz... Gdy przyjeżdżają, robię z nich pizzowy tort i obtaczam to wszystko jeszcze w serze i piekę kilka sekund, żeby ser był tylko rozciągliwy... Jem to wszystko cały wieczór, a gdy idę spać, czuję się szczęśliwym człowiekiem i z niecierpliwością czekam miesiąc, ażeby znów to zrobić.
Dlaczego nienawidzę Halloween?
Było to 4 lata temu, miałem 18 lat i tradycyjnie siedzieliśmy sobie na osiedlu swoją grupką popijając piwko. Wyszła taka grupka dziewczynek (7-12 lat) i poszły na łowy.
Przechodzą jeden raz, drugi, zaraz poszły w głąb osiedla, aby pokazać swoją obecność i nazbierać więcej łakoci. Mija sobie pół godziny, a dziewczynki przybiegają z płaczem, ledwo umiejąc się wysłowić.
Wydukały, że ktoś porwał ich koleżankę. Z ich ust padło, że gościu ciemno ubrany biegł w ich stronę, wziął w biegu ich koleżankę na ręce i zaczął uciekać. Na reakcję nie trzeba było długo czekać, cała nasza grupka wydała im polecenia, aby od razu pobiegły do domów i powiadomiły rodziców o tym zdarzeniu, a my idziemy jej szukać.
Latamy po osiedlu już dość długą chwilkę i spotykamy typowych patoli z naszego osiedla. Po pytaniu do nas, czy mamy na piwo i po usłyszeniu, aby spie*dalali, bo jest ciężka sprawa, nie myśląc zabrali się z nami. Po około pół godziny w poszukiwania zaangażowanych było ze sto osób, w tym panowie policjanci.
Podzieliliśmy się na dużo grupek i udaliśmy się dalej w poszukiwania, po spotkaniu paru osób, po rozmowach z nimi dowiedzieliśmy się kto to zrobił. Szybka analiza gdzie mieszka gościu i rura do niego w 7 osób.
Pukamy, walimy w drzwi i nikt nie otwiera, chwila... światło się pali. Walimy chwilkę dalej, aż w końcu łapię za klamkę. OTWARTE! Gościu blokuje drzwi, ale wbijamy się do środka od razu zastraszając gościa, mówiąc, że jesteśmy z policji i przystępujemy do przeszukiwania domu, czy nie ma tej dziewczynki.
Nie ma. Okazało się, że to nie ten człowiek. Wywaliliśmy niewinnemu mieszkanie do góry nogami, po opadnięciu emocji związanych z tą sytuacją mówimy mu jaka jest sprawa, przepraszamy bardzo za wtargnięcie i zostawiamy dwie osoby do pomocy w sprzątaniu i lecimy dalej.
Po dwóch/trzech godzinach bezowocnych poszukiwań poszliśmy na osiedle, co się okazało?
Dziewczynka była już w domu od około godziny, bo gościu się wystraszył ludzi biegnących za nim i zostawił dziecko i zwiał.
Wiem, że mogliśmy zrobić sobie wielki przypał tą akcją z wtargnięciem do mieszkania, ale wtedy o tym nie myśleliśmy. Ważne, że dziewczynka była cała i zdrowa, a na ciebie, pedofilu, przyjdzie czas...
Zawsze byłem osobą otwartą, towarzyską i chętną na każde wyjście. Przez około sześć lat brałem udział w każdym możliwym wolontariacie, wszystkich konkursach, zawodach itp. Zawsze byłem osobą znaną w całej szkole, wszyscy nauczyciele i uczniowie wiedzieli, że mogą się do mnie zwrócić z każdą sprawą. Jeśli trzeba było coś załatwić – żaden problem.
Po roku pracy w usługach wszystko się zmieniło.
Nienawidzę ludzi pod każdym możliwym względem. Patrzę na nich i chwyta mnie wstręt. Staram się to opanować jak mogę i dalej rozmawiam, uśmiecham się i udaję, że wszystko jest w porządku, ale to jest naprawdę trudne.
Gdy miałam naście lat i nie było nikogo w domu, całowałam się ze słupem od schodów, które prowadziły na strych, udając, że to mój chłopak... Prawie go jadłam... Na szczęście nikt mnie nigdy na tym nie przyłapał.
Historia z liceum.
Pewnego razu jeden z uczniów (chłopak) zaczął krwawić na matematyce. Pobiegł do toalety, a jako że toaleta damska jest bardzo blisko sali matematycznej, pobiegł do damskiej. Nauczyciel pobiegł za nim.
Umywalka cała w krwi, nauczyciel stoi z chłopcem całym zakrwawionym. Nagle do toalety wchodzą dwie dziewczyny. Gdy to widzą, są w szoku. Nauczyciel spojrzał na ich przerażone twarze i powiedział tylko "Nie znał wzorów".
Dodaj anonimowe wyznanie