Mam najcudowniejszego męża na świecie!
Od zawsze interesowałam się makijażem, lubiłam dobrze wyglądać, choć nie jestem maszkaronem, to jak każda kobieta w makijażu czułam się lepiej. Skończyłam kurs wizażu na własny użytek. Stało się to po części moim hobby. Kosmetyków rożnej maści mam 18 szuflad i tak, wszystkiego używam, zależnie od tego jaki makijaż wykonuję. Zawsze przyklejałam sobie też rzęsy.
Aktualnie jestem w ciąży i przechodzę przez koszmar pierwszego trymestru. Generalnie mam ogólny brak chęci do życia, a że jestem na zwolnieniu, to nie maluję się, chodzę w dresie itp. Najzwyczajniej w świecie mi się nie chce.
Przez ostatnie dwa tygodnie mój mąż zaczął się dziwnie zachowywać i "ukrywać" ze swoim laptopem. Mówię - nic tylko ma jakąś nową grę i ucieka od moich "humorów".
Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy zawołał mnie do garderoby, gdzie stoi moja toaletka z całym dobytkiem, kazał usiąść, zamknąć oczy i się nie odzywać. Jak powiedział tak zrobiłam, bez zbędnych pytań. Po czym czuję, ze zaczyna malować mi oczy, twarz, brwi, a na koniec słyszę, że wyjmuje kępki rzęs. Pierwsza myśl: oszalał i zaraz wydłubie mi oczy! Ale nie odzywam się i siedzę dalej. Po około 40 minutach każe otworzyć oczy i popatrzeć w lustro. Nie wierzyłam własnym oczom, wyglądałam jak na rozdanie Oskarów (gdyby nie piżama i tłuste włosy :p). Zapytałam skąd on umie takie rzeczy? Odpowiedział, że często lubił patrzeć jak się maluję, no i przede wszystkim przez ostatnie tygodnie oglądał tutoriale na YT i uczył się ciężkiego rzemiosła jakim jest makijaż, bo widział, że jestem smutna, a wie, że kiedy jestem umalowana, to zawsze czuję się lepiej.
Mało się nie rozpłakałam. Co prawda rzęsy były przyklejone delikatnie krzywo (co prawda sama pierwszy raz zrobiłam to gorzej), ale za to kreska eyelinerem była perfekcyjna! Kocham mojego męża, nie sądziłam, że może być zdolny do czegoś takiego :)
Czekam aż wyskoczy z propozycją zrobienia mi paznokci hybrydowych, bo takowe też przed ciążą nosiłam i mam w domu cały potrzebny sprzęt :)
Mężu, jeśli to czytasz, to wiedz, że jesteś najlepszy!
Jestem pielęgniarką.
Pracuję w przychodni, gdzie jednym z najczęstszych moich zajęć jest szczepienie dzieciaków. Praca piękna, lecz nieco niewdzięczna, nie tyle ze strony samych małych pacjentów, co ich rodziców. Zdarzyło się nie raz i nie dwa, że wijące się ze strachu dzieci uciekały z kolan trzymających ich kurczowo mam lub ojców zanim jeszcze przygotowałam się do samego szczepienia, zanim w ogóle dotknęłam strzykawkę, co wiązało się z późniejszą dezorganizacją pracy, szukaniem zapłakanego dziecka i wyrzutami ze strony rodziców "no i widzisz, babo, co narobiłaś?!".
Moje wyznanie nie jest stricte anonimowym wyznaniem, lecz prośbą.
Prośbą skierowaną do obecnych, przyszłych, młodych i starszych rodziców.
NIE STRASZCIE DZIECI LEKARZEM!
"Jak nie przestaniesz rozrzucać zabawek, to pójdziemy do pana doktora!". A co jeśli będzie pilna potrzeba wizyty? Zamierzasz stresować dzieciaka odwracając potem kota ogonem i tłumacząc, że tak naprawdę to pan doktor nie robi krzywdy? Jeśli dziecko przyswoiło już wersję, że lekarz jest kimś, kto da mu karę za bycie niegrzecznym, to choćbyście się dwoili i troili, będzie się im kojarzył z tym bardzo długo. Lepiej oszczędzić sobie widoku zachodzącego się od płaczu dziecka pod gabinetem.
NIE STRASZCIE DZIECI ZASTRZYKAMI!
Zastrzyk to nie jest forma kary. Jest to jedna z najskuteczniejszych i najszybszych dróg podawania leków. Jeśli wpoisz dziecku, że zastrzyk jest karą, nigdy nie będzie przechodzić koło gabinetu pielęgniarskiego spokojnie. A kiedy przyjdzie czas na taki zabieg - gwarantuję, nie będzie ani łatwo, ani przyjemnie patrzeć na dziecko, nie wspominając już o próbach uspokojenia.
NIE OBIECUJCIE "NA PEWNO NIE BĘDZIE BOLAŁO"
Ukłucie zawsze jest nieprzyjemne. Ale zamiast zapewnień, że na pewno nic nie poczuje, lepiej jest wyjaśnić jak wygląda taka wizyta w gabinecie, kim jest pielęgniarka (nie jest babą od zastrzyków! jest osobą, która podaje leki po to, by komuś one pomogły), powiedzieć, że samo szczepienie bądź zastrzyk będzie wyglądał tak a nie inaczej. Że poczuje nieprzyjemne szczypnięcie, ale jest to do wytrzymania. Osobiście polecam pokazanie dziecku tego rodzaju odczucia poprzez "ukłucie" (oczywiście z wyczuciem!) porządnie zatemperowanym ołówkiem skóry dziecka. Zaproponuj, by podczas tego momentu głęboko i spokojnie oddychało, bo to uspokaja i zmniejsza dyskomfort.
Ze swojej strony mogę zapewnić, że pielęgniarka, która świadomie wybrała swój zawód zrobi co może, by wizyta była jak najmniej stresująca dla dziecka i rodzica.
Znudzonych przepraszam za formę i temat mojego wpisu, zainteresowanych zachęcam do racjonalnego podejścia do wychowania dziecka.
Pozdrawiam i (oby nie było to konieczne!) do zobaczenia w gabinecie! :)
Piguła
Jestem samotnym ojcem 12-latka. Wczoraj dostałem telefon ze szkoły, bym się natychmiast stawił, bo moja pociecha ponoć ostro zbluzgała nauczycielkę od matmy. Szef zgodził się, żebym się urwał na 2 godziny z pracy
W gabinecie dyrektorki były już 4 osoby. Właśnie dyrektorka, Bartek - mój syn, matematyczka, którą pomyliłbym z pierwszą lepszą nastolatką na ulicy i jakaś jeszcze jedna uczennica.
O co poszło? Sprawa na lekcji wyglądała mniej więcej tak. Matematyczka robiła zadanie, pomyliła się gdzieś po drodze. Bartek wyłapał błąd, więc żeby klasa bezmyślnie nie przepisywała, to owy błąd zgłosił. Wtedy nastąpiła pierwsza obraza majestatu. Pierwsza z trzech. Bo ona sobie nie pozwoli, żeby uczeń u niej na lekcji się mądrzył. Ma słuchać i nie dyskutować.
Druga obraza majestatu nastąpiła na tej samej lekcji. Bartek zasugerował pani, że może robiliby te zadania trochę inną metodą, prostszą wg niego. No to babeczka od razu swój monolog zaczęła, że to ona jest nauczycielką, a nie on. I ma siedzieć na dupie w ławce i słuchać, a nie się mądrzyć.
Trzecia obraza majestatu, która zaważyła o wezwaniu mnie do szkoły, działa się po dzwonku, na drugiej lekcji. Koleżanka Bartka, która była z nami w gabinecie, miała problem ze zrozumieniem jakiegoś zagadnienia i na prośbę, by zostało to ponownie wytłumaczone, została kolokwialnie mówiąc, olana. Więc Bartek, jak gdyby nigdy nic, po prostu przesiadł się do koleżanki i zaczął jej to tłumaczyć. Po swojemu, tak by zrozumiała. Wtedy pałka się przegięła, matematyczka stwierdziła, że takiej samowolki na lekcji nie będzie tolerować i poszła do dyrektorki na skargę. Już nawet nie do wychowawcy, tylko do dyrektorki od razu.
Potem wywiązała się między nami mniej więcej taka rozmowa:
- Pani pierwszy rok uczy w szkole?
- Nawet jakby, to co panu do tego?
- Tak tylko pytam. Swoją drogą, pani mama uczy chyba biologii w liceum, zgadza się?
- No zgadza się, zgadza się.
- Więc proszę brać z niej przykład, bo znam ją doskonale i wiem jakim jest pedagogiem. A pani, to póki co, jeszcze wiele do niej brakuje. Poza tym, to co pani zrobiła dzisiaj na lekcji, jest po prostu zabijaniem kreatywności u dzieci i podcinaniem im skrzydeł.
- Przepraszam bardzo, póki co, to ja jestem nauczycielem, a nie pan.
- To prawda, ale śmiem twierdzić, że o wychowywaniu dzieci nie ma pani zielonego pojęcia. I proszę nie zapominać o tym, że pani podopiecznymi są 12-latkowie, a nie studenci i oni wymagają trochę innego podejścia.
- Proszę przekazać matce Bartka, że chce się z nią jutro widzieć.
- Moja żona nie żyje od 2 lat. Więc nie będzie miała pani okazji.
- Pani dyrektor, na przyszłość, proszę nie wzywać mnie o takie bzdury, skoro wina ewidentnie leży po stronie nauczyciela.
Wychodząc z gabinetu i wracając do pracy, myślałem sobie, nie ma co, nauczyciel z powołania, takiego to ze świecą szukać...
Moja mama ma przyjaciółkę, którą od niedawna nazywa "nieszczęśliwą kobietą". Wychowanie dzieci w jej rodzinie jest bardzo religijne. Wczoraj jej córka przyznała się, że jest lesbijką; ma dziewczynę, którą bardzo kocha i nazywa narzeczoną.
Jej mama przy tej wiadomości straciła świadomość.
Mama opowiadała mi o tym ze łzami w oczach, również bardzo to przeżyła. Zaczęła obszernie opowiadać o tym, że jak tak można kobieta z kobietą, że córka jej przyjaciółki nie ma Boga w sercu, i gdybym to ja coś takiego zrobiła, pewnie umarłaby z rozpaczy.
Chyba nie opłaca się jej powiedzieć o tym, że "narzeczoną" tej dziewczyny jestem ja...
Moi rodzice się rozwiedli. Cała rodzina ze strony mamy obwinia o to mojego tatę i ma go za świnię i alkoholika. Prawda jest inna. Ojciec raz w tygodniu, w weekend wychodził z kumplami na piwo. Nigdy nie wrócił wstawiony w trupa. W tygodniu pił tylko w przypadku specjalnych okazji. Mimo to matka miała go za rasowego alkoholika i co weekend czekała pod drzwiami aby urządzić mu karczemną awanturę połączoną z tłuczeniem szkła i wrzaskami na cały blok. Ojciec nigdy nie uderzył mamy, ale czasami puszczały mu nerwy i wykrzyczał swoje. Po kłótni to on przychodził mnie uspokoić i przepraszać, że muszę tego słuchać. W końcu się jednak rozwiedli.
Rozwód miał być za porozumieniem stron. Mama jednak znalazła "świadków" i koniec końców został orzeczony rozwód z winy taty. Sam nie miałem wiele do powiedzenia, gdyż byłem zbyt mały. Po rozwodzie zostałem z mamą. Sytuacja się uspokoiła, jednak cały czas wmawiała mi jaki to on jest zły i utrudniała mi z nim kontakt. Na szczęście byłem uparty i nadal się z nim spotykałem. Problem jednak powrócił na moich osiemnastych urodzinach, kiedy razem ze wszystkimi wypiłem toast za moje wejście w dorosłość. Urządziła przy wszystkich gościach takie samo przedstawienie jak kiedyś tacie. Kończąc je rzuciła o ścianę wielką miską z frytkami i wyszła. Nie takiej osiemnastki się spodziewałem.
Dalej było tylko gorzej. Zaczęło się to samo co z tatą. Kontrolowanie, krzyki, tłuczenie naczyń. Nie krępowała się nawet przy znajomych. I nie chodziło tu o wielkie popijawy tylko jedno, dwa piwa w tygodniu. Nawet gdy wracałem ze szkoły słyszałem teksty typu "Na pewno sobie piwko po drodze łyknąłeś, ja cię znam".
Jakoś rok temu przebrała się miarka. Moja dziewczyna postanowiła kupić swojemu tacie na urodziny wino dojrzewające. Poprosiła mnie o pomoc w wyborze i przechowanie, by solenizant na nie przedwcześnie nie trafił. Po zakupach pojechaliśmy do mnie. Gdy my się ściągaliśmy kurtki moja mama już zdążyła się dobrać do torby z zakupami. Kiedy tylko wypatrzyła wino ryknęła wściekle i cisnęła butelkę przez pół mieszkania. To majestatycznie roztrzaskało się o ścianę a na nas spadła tyrada. Obelgi skierowane w moją stronę mogłem znieść, ale nazwanie mojej dziewczyny dz**ką, która rozpija jej syna była przegięciem. Tego samego dnia się spakowałem i z pomocą przyjaciela wyprowadziłem do mojej dziewczyny.
Od tego czasu minął rok. Dzięki wyprowadzce od mamy stałem się spokojniejszy i poprawiłem relacje z tatą. Z mamą też chciałem utrzymywać kontakt, ale ona nie chciała mnie widzieć. Czemu piszę to wyznanie? Przyjaciółka mamy zadzwoniła do mnie z informacją, że mama od kilku miesięcy pije i trafiła do szpitala z ciężkim zatruciem alkoholowym. Gdy poszedłem do niej w odwiedziny pierwsze słowa jakie usłyszałem brzmiały "O pijak przyszedł matkę odwiedzić".
Moja historia wydarzyła się, kiedy miałam około 6 lat. Mieszkałam wtedy z kuzynką, którą traktuję jak siostrę.
Któregoś razu złapałyśmy muchę i postanowiłyśmy uczynić ją naszym zwierzątkiem, nadałyśmy jej nawet imię. Włożyłyśmy ją do słoika z papierem i traktowałyśmy jak domowego zwierzaka. Po kilku godzinach stwierdziłyśmy, że nasza mucha na pewno jest głodna. Po chwili namysłu moja kochana kuzynka powiedziała, że owad ten lubi po prostu gówno. Niewiele myśląc poszłyśmy do toalety. Ja wymuszałam zrobienie kupy, a kuzynka trzymała rękę z papierem toaletowy pod moją pupą, aby łatwiej było włożyć zawartość do słoika.
Posrany pomysł... Nie mam pojęcia jak na to wpadłyśmy, opowieścią nie dzielimy się ze znajomymi, ale między sobą nadal się z tego śmiejemy ;)
Jakiś czas temu w moim życiu miał miejsce onkologiczny incydent. Przyjechałam do wrocławskiego szpitala pociągiem, potem tramwajem, zostało mi przejść tylko przez ulicę i byłabym u celu. Pojawił się jednak problem.
Stanęłam przed pasami – a samochody jechały, jechałyyyy, jechałyyyyyy… Patrzyłam bezradnie i nie mogłam znaleźć dogodnej sytuacji, aby w końcu wejść na ulicę. Zaczęło mi się robić gorąco… Nagle poczułam, jak ktoś mnie chwyta pod ramię i mówi:
- Tu trzeba szybko i zdecydowanie, bo i tak nikt się nie zatrzyma.
Otóż przez pasy przeprowadziła mnie DZIARSKA STARUSZKA rodem z Wrocławia. Ślicznie się uśmiechnęła i zapytała retorycznie:
- Pani przyjezdna?
- Tak – wykrztusiłam i podziękowałam. Super Babcię pamiętam do dziś.
Chodziłem wtedy do podstawówki. Wróciłem ze szkoły, a mama od progu pyta: "I z czego ta dwója?". Ja spanikowany odpowiedziałem, że z polskiego. Na to tata z uśmiechem "Mama potrafi nieźle blefować"...
Nigdy więcej nie dałem się nabrać.
O tym, jak pozory mogą mylić.
Tego dnia czułam się potwornie źle. Ból brzucha był nie do zniesienia. Jak na złość byłam sama w domu, a żaden znajomy nie odbierał telefonu, więc postanowiłam sama udać się na SOR. Ledwie dotarłam na przystanek, a ból nasilił się tak bardzo, że uznałam, że nie jestem w stanie sama kontynuować tej podróży i zwróciłam się do dziewczyny siedzącej obok czy może mi pomoc dostać się do szpitala (w tej historii ważne jest to że owa dziewczyna była bardzo ładna i w dodatku wystrojona jak milion złotych, widać było, że idzie na jakąś randkę). Bez wahania powiedziała, że nie ma najmniejszego problemu i zadzwoniła do chłopaka, że następuje zmiana planów. Później pomogła mi dojechać na SOR i została do momentu, kiedy mnie przyjęto. W międzyczasie pojawił się jej chłopak. Mieszanka Brada Pitta i Leonardo DiCaprio. Krzyczał na dziewczynę, że ma już tego dość i ma przestać zgrywać Matkę Teresę z Kalkuty, bo przepadła im rezerwacja w drogiej restauracji. Dziewczyna uderzyła go w twarz i oznajmiła, że to koniec, nie ma zamiaru być z samolubnym bucem.
PS. Zostałam w szpitalu na kilka dni.
PS2. Nie mam kontaktu z tą dziewczyną, więc jeśli to czytasz, to dziękuję ci serdecznie za pomoc!
Opowiem wam o pewnym mokrym pocałunku. Zdarzyło się to w dzień imprezy integracyjnej w pracy. Ja i pewien chłopak z owego miejsca pracy wpadliśmy sobie w oko, ciepłe uśmiechy, ukradkowe spojrzenia trwały od jakichś dwóch miesięcy. Czułam, że coś jest na rzeczy, ale nie było okazji spotkać się poza pracą. Tego dnia było inaczej, posiadówka trwała w najlepsze, alkohol już zaczynał szumieć w głowie, jak to zwykle bywa, człowiek staje się trochę śmielszy. W głowie powstał plan jak wreszcie zagadać, a mianowicie pod pretekstem bólu brzucha spytałam towarzystwo, czy ktoś mógłby zamówić mi taksówkę. Kolega jako jedyny niepijący (kierowca) zaproponował mi podwózkę.
Wszystko szło po mojej myśli, ale niestety byłam troszkę wstawiona... Jedyna taka okazja, sam na sam, a ja przecież wstawiona... Pijany umysł podpowiedział mi, że przecież jest na to sposób - pić dużo wody, podobno człowiek szybciej trzeźwieje. Wychodząc z pracy zabrałam ze sobą butelkę wody 1,5 l.
Jesteśmy w aucie, cud, miód, gadka się klei, piję wodę cały czas, co chwilę, i modlę się, żeby już wytrzeźwieć, żeby nie palnąć głupoty. Podjeżdżamy pod dom. Ja wypiłam już z litr tej wody, nie wiem, czy faktycznie coś to daje, ale poczułam się lepiej. Zatrzymaliśmy się, już chciałam iść, bo czułam ciśnienie na pęcherz, ale złapał mnie za rękę i zaczął mówić, że od dawna coś do mnie czuje. Myślę - nie, w takim momencie nie mogę wysiąść, a ciśnienie na pęcherz rosło coraz bardziej. Czułam, że zaraz po prostu się posiusiam. Nie wytrzymałam, wysiadłam, on za mną, spytał, czy może mnie odprowadzić chociaż pod drzwi. Mówię, że pewnie, zaciskając nogi i idąc powoli. Stoimy pod drzwiami, ja nerwowo ściskam klucze, modlę się w duchu, żeby już poszedł. Niestety stety miał inny zamiar - pocałował mnie.
Nie wiem, czy w przypływie emocji czy z braku stalowego pęcherza, ale posiusiałam się podczas pocałunku. Mój adorator nie zauważył, szybko powiedziałam dobranoc i schowałam swoje zażenowanie za drzwiami.
PS Do tej pory jesteśmy razem, ukochany nie wie, że dałam plamę...
Dodaj anonimowe wyznanie