#xgMnK

Ciemno, sporo po ciszy nocnej. Wracam do domu średnio uczęszczaną drogą. Z daleka widzę grupę mężczyzn. Są agresywni, kłócą się. Wymachują rekami... Nie wiem co robić, innej drogi nie ma. Łapię za gaz pieprzowy i decyduję się przejść pomiędzy nimi. Panowie są coraz bardziej pobudzeni, słyszę dziwne głosy. Zaraz zaczną się bić...

Jednak gdy zbliżyłam się do nich tak, by móc coś zobaczyć, okazało się, że natknęłam się na grupę głuchoniemych. Mieli całkiem przyjazne zamiary :D

#VU2Yx

Kilka słów na temat poziomu szkolnictwa wyższego w Polsce.

Tytułem wstępu: jestem świeżo upieczonym inżynierem AiRu na jednej z najlepszych uczelni w Polsce, kilkanaście osób na jedno miejsce. Brzmi dosyć prestiżowo? Może i tak. Ale prawda jest taka, że podczas pierwszego tygodnia praktyk nauczyłem się więcej niż przez prawie 4 lata studiów. Pierwsze dwa lata były właściwie tylko marnowaniem czasu. Nie mieliśmy przedmiotów, które mogłyby się nam na późniejszym etapie przydać, a jeśli już były, to uczyliśmy się i stosowaliśmy jedynie metody, które w środowisku automatyków zostałyby w najlepszym wypadku wyśmiane, a w najgorszym mogliby nas za nie wyrzucić z pracy za błąd ludzki. I nie zrozumcie mnie źle, te metody wyglądają super, są mega dokładne, ale tylko w symulacji. I przez dwa lata uczono nas jak mantry tylko tej jednej konkretnej metody, wszystkie zadania rozwiązywane na jedno kopyto, tylko po to, żeby na 3 roku powiedzieć nam, że najlepiej jakbyśmy w ogóle wymazali z pamięci te zadania. Po trzech semestrach robotyki nie jesteśmy w stanie zaprogramować robota.

Nasze studia były nastawione bardziej na część mechaniczną, więc mieliśmy też więcej zajęć mechanicznych. Ale frezarkę i tokarkę widzieliśmy raz, nie wolno było jej nawet dotknąć, nie mówiąc już o nauce obsługi. Multimetru nawet w rękach nie mieliśmy, mieliśmy 3 semestry przedmiotów związanych z rysunkiem technicznym I ROBILIŚMY JE WYŁĄCZNIE NA KARTCE. Tak że przedmiot, który i tak w 99% był nieprzydatny na naszym kierunku, a zrobili go 3 semestry, stał się całkowicie bezużyteczny, bo bez umiejętności przeniesienia rysunku na autocada w dzisiejszym czasie rysunek techniczny nie istnieje. Mieliśmy trzy języki programowania, nie licząc Melfy, w której poznaliśmy cztery komendy. Dwa z trzech miałem opanowane na poziomie wyższym niż wymagany na studiach już po liceum. Zabrakło nam czasu na chociażby naukę matlaba, ale wystarczyło na chemię czy kulturoznawstwo. Jeśli na jakimś przedmiocie korzystało się z Javy, to możecie być pewni, że Java będzie na 1-2 semestrze, a przedmiot będzie na 6-7, tak żebyście przypadkiem nie zapamiętali zbyt dużo. Nie było czasu żeby nauczyć nas chociażby głupiego programowania rasberry Pi, ale za to był semestr z procesorem 8051, który właściwie od 30 lat nie jest nigdzie używany i przy pytaniach odnośnie zadań na elektrodzie ludzie byli zdziwieni, że ktoś uczy historii mikroprocesorów (nie, ten przedmiot nie miał być związany z historią, jak na ironię).

Ja większość wiedzy wyniosłem właściwie z domu, bo ojciec był elektrykiem majsterkowiczem, więc multimetr, frezarka czy tokarka nie były mi obce, ale większość osób wychodziła głupsza z tych studiów niż na nie weszła. Wiedzę bardziej przydatną w zawodzie można byłoby wynieść w weekend z jakiegoś branżowego seminarium.

#ISF1x

Moja mama to dość ekstrawagancka postać - ubiera się jak typowa "kociara po 40", udziela się artystycznie, jest ilustratorką książek dla dzieci, nasze mieszkanie jest pełne obrazów jej i mojego autorstwa. Jest najukochańszą kobietą na świecie, wychowywała mnie sama, mimo tego niczego nam nie brakowało.

Ale...
Moja babcia jest osobą, po której mama odziedziczyła talent (a ja następna w kolejce). Kobieta zimna jak lód, jej dom to istna wystawa sztuki współczesnej, a największym marzeniem babci było, aby mama została artystką z prawdziwego zdarzenia. Nie rozmawia z nią od ponad 20 lat, odkąd to mama postawiła się i zaczęła spełniać swoje własne marzenia. Babci nigdy nie cieszyły osiągnięcia córki, mama zawsze była gorsza, poniżana, wszystkie jej starania były niczym w porównaniu do oczekiwań babci. Czarę goryczy przelał incydent, przez który mama musiała odłożyć marzenie o pracy ilustratora na później - babcia doskonale wiedząc, że mama stara się dostać na studia, spaliła jej portfolio w piecu. 5 lat pracy, cały dorobek, na który tak ciężko pracowała.

Niedługo potem na świecie pojawiłam się ja - iskierka nadziei w planie babci. Bo skoro córka okazała się niepasującym elementem układanki, to trzeba w plan wcielić wnuczkę. Tak oto stałam się dzieckiem, które całe popołudnia spędzało przy płótnie czy szkicowniku. Babcia wniebowzięta, mama nie miała nic przeciwko, bo w końcu robiłam to co kocham. Sielanka trwała w najlepsze, póki nie nastał koniec mojej edukacji. Wtedy wyznałam babci, że nie idę na studia, bo... Dostałam się na staż w pewnym popularnym salonie tatuażu w Berlinie. Można by rzec, że tak rozpętałam trzecią wojnę światową. Babcia teatralnie dusząc się i mdlejąc (nic jej nie było gwoli ścisłości) wygarnęła mi i mamie wszystko, co mogła. Stwierdziła, że skoro wolimy obracać się wokół plebsu, to nasza sprawa i jej noga więcej w naszym mieszkaniu nie stanie.

Od tej sytuacji minęły już jakieś 2 lata. Prace mojej mamy dobrze prosperują, ja dostałam stałą posadę w salonie. Pulę szczęścia dopełnił fakt, że... jestem w ciąży.

Zgadniecie, kto się do mnie odezwał? :)

#yCkk9

Ślub, wesele i moja noc poślubna.
Oboje z mężem, na lekkim rauszu, postanowiliśmy zaliczyć nasz pierwszy legalny raz. Pokój hotelowy piękny, a naprzeciwko naszego łóżka wielkie lustro, co dodawało pikanterii. Oczywiście ustawiłam się tak, żeby nas oboje było ładnie widać, z rękoma na brzegu łóżka... I to był błąd. Mój kochany mąż tak bardzo nakręcił się widokiem, że w pewnym momencie pchnął za mocno, ręce mi zjechały z krawędzi łóżka, a ja twarzą wylądowałam w szafkach pod lustrem, twarzą... Ogromna śliwa na czole, podbite oko i zdarty policzek na ostrej wykładzinie.
Na poprawiny już nie zeszłam.

To się nazywa niezapomniana noc poślubna :)))

#q2Mci

Piszę opowiadania, a ostatnio wydałem drugą książkę. Da się z tego wyżyć i opłacić kredyt a do tego uwielbiam pisać. Problem w tym, że aby zatrzymać żonę i dzieci, musiałem przestać pić alkohol. Przestałem. Od 4 miesięcy nie piję, od 3 miesięcy nie napisałem ani słowa. Pustka w głowie. Albo będę się odurzał w tajemnicy przed żoną i pisał, albo muszę znaleźć sobie inną pracę, której będę nienawidzić.

#0JskB

Jakiś czas temu pracowałem jako audytor. Jeździłem po sklepach z jednej większej sieci supermarketów i kontrolowałem dostawy. Po jednej z takich dostaw poszedłem do sklepu na zakupy. Kupiłem potrzebne rzeczy na śniadanie, jak bułka, kabanos, sok, i stanąłem w kolejce do kasy.

Przede mną widzę starszą panią typu moher – berecik, płaszczyk i walizeczka na kółkach. No to myślę, że sobie postoję.
Nagle krzyk i przerażenie kasjerki przykuły moją uwagę. Wywiązała się rozmowa między babcią a kasjerką. Kasjerka, widząc ciurkiem lecącą krew z głowy babci, pyta „Czy nic pani nie jest?”.  Babcia na to, że nie wie o co chodzi, że się czuje świetnie. Zdumiona kasjerka kontynuując powiedziała, że przecież leci jej z głowy krew. Babcia na to ściągnęła beret... i mym oczom ukazała się na jej głowie paczka wątróbki od rzeźnika, z której leciała krew.
Babcia chciała podjebać wątróbkę.

#pXu0w

Jestem lekarzem weterynarii, pracuję głównie z bydłem mlecznym i co ważne, jestem młodą kobietą.
Jakiś czas temu w pewnym gospodarstwie inseminowałam krowę. W trakcie „zabiegu” młody rolnik zaprasza mnie na wesele jako osobę towarzyszącą.
Tak że ja tu grzebię w krowie, a on do mnie: „Może pójdzie pani ze mną na wesele?”.

#EKMlh

Popołudniowa podróż komunikacją miejską. Nagle słyszę głos mężczyzny, który stojąc na środku autobusu komunikuje, iż ma jeden nieskasowany bilet, który mu się w najbliższym czasie nie przyda, a nie chce go nosić w portfelu nie wiadomo ile i jest gotowy właśnie komuś go oddać. Nie trzeba było długo czekać, bo już po kilku sekundach obok mężczyzny było dwóch chętnych na ów cenny skrawek papieru.

Niby taki mały gest, a ile było szczęścia na twarzach potencjalnych obdarowanych...
Do momentu, gdy tajemniczy dobrodziej uśmiechnął się zawadiacko i powiedział „No to, panowie, poproszę o przygotowanie biletów do kontroli”...

#vKEgP

WOŚP, a co za tym idzie - miliony postów na FB o tym jak Owsiak okrada biedne, chore dzieci. Pod postami komentarze liczące często ponad 100 opinii różnych osób i dyskusje o tym, czy warto dać choćby złotówkę, a jeśli warto - to czy nie lepiej na Caritas.

Za każdym razem jak widzę takie posty, przeglądam je. I za każdym razem mam ochotę coś napisać, ale powstrzymuję się, bo nie chcę podpisywać się pod tym swoim nazwiskiem - zbyt łatwo byłoby wywnioskować o kim mówię. Dlatego właśnie opisuję historię tutaj.

Będąc w podstawówce i gimnazjum, uczestniczyłam w szkolnym kole Caritas. Idea piękna - nie żałuję, że się tam znalazłam. Co tydzień sprzedawałam świeczki w kościele na rzecz Caritasu, uczestniczyłam w zbiórkach karmy dla zwierząt dla schronisk, suchej żywności dla domów dziecka czy samotnych matek... Robiłam mnóstwo rzeczy w wolnym czasie, z których do tej pory jestem dumna. Ludzie byli uprzejmi, uśmiechali się do mnie i moich znajomych z koła, chwalili za dobre intencje.

W liceum zapisałam się na WOŚP. W życiu nie słyszałam tylu obelg na swój temat co przez te 3 dni, kiedy zbierałam pieniądze do puszki. Te same panie, które chwaliły mnie za bezinteresowność, gdy sprzedawałam im świeczki w Caritasie wyzwały mnie od złodziejek. Padały oczywiście również bardziej wulgarne określenia. Mnóstwo osób z góry założyła, że skoro jestem młoda i z WOŚP, to pewnie pieniądze podbieram z puszki, a przecież nie było ku temu powodu. Mało tego - proboszcz, gdy był u nas na kolędzie, zasugerował moim rodzicom, że ukradłam pieniądze z puszki. Więcej kolędy nie przyjęliśmy, a ja przestałam się gdziekolwiek udzielać. Trochę z braku czasu, więcej z braku chęci.

Będę szczera. Wiem, że pani, która zabierała od nas pieniądze zebrane na świeczkach do Caritasu, część wkładała sobie do kieszeni - pochwaliła się tym mi i moim znajomym w kościele, nakłaniając do zabrania paru świeczek do domu, "bo i tak nikt nie zauważy". Wiem, że dziewczyny, które liczyły w liceum ile zebraliśmy pieniędzy jako szkoła, zawsze wyliczały ich mniej niż w rzeczywistości było.
Ale wiem też, że moja kuzynka żyje dzięki sprzętowi z serduszkiem. Wiem również, że Caritas przekazuje zebrane artykuły do domów matek, bo zdarzyło mi się rozmawiać z jedną z takich mam. Więc jak słyszę, że "nie dam, bo złodzieje", to mi się nóż w kieszeni otwiera... OKEJ, ludzie kradną i nic na to nie poradzisz, ale chociaż część pieniędzy dotrze do potrzebujących - bo nie każdy kradnie.
Dodaj anonimowe wyznanie