Paręnaście lat temu moją grupę w przedszkolu religii uczył proboszcz, którego wszyscy uwielbialiśmy. Pewnego dnia nie przyszedł na lekcję, a na jego miejsce pojawił się inny, młody ksiądz. Dowiedzieliśmy się, że nasz proboszcz zmarł dwa dni wcześniej. Byliśmy załamani.
Pani sprzątaczka, która nigdy za nami specjalnie nie przepadała, przez parę następnych tygodni wypominała nam, że to my zabiliśmy proboszcza, przez nasze "złe" zachowanie.
Wyobraźcie sobie co czuły takie małe, sześcioletnie dzieciaczki, kiedy były oskarżane przez starszą panią o śmierć ulubionego księdza.
Moja historia jest jak bajka o brzydkim kaczątku, która nie ma happy endu, ponieważ główny bohater stał się na koniec zły.
Gdy byłem nastolatkiem, byłem cichy, wycofany. Cierpiałem na łupież, przetłuszczające się włosy, cerę. Często mi z tego powodu dokuczano. Tak w połowie liceum zacząłem "ładnieć". Urosłem, wyszczuplały mi rysy twarzy, skończyły się problemy dermatologiczne. Niestety gorzka przeszłość zmieniła nieodwracalnie mój charakter. Stałem się egoistą, stałem się oschły, zimny, stawiający siebie na pierwszym miejscu. Mimo cieszenia się powodzeniem, traktuję kobiety na dystans, a dziewictwo straciłem w agencji towarzyskiej, gdyż nie chciałem nikomu go oddawać.
Nie potrafię nikogo pokochać, czuję tutaj pustkę, której nie potrafię wypełnić.
Dziewczyna, które dokuczała mi z powodu moich problemów z włosami i cery, wyznała mi po latach miłość. Spławiłem ją tak, że się rozpłakała.
Kiedyś byłem wrażliwy, uczynny, bezinteresowny. Teraz jestem przeciwieństwem siebie.
Mam niedosyt z okresu dorastania, że nie był to dla mnie miły czas, nie potrafię się pogodzić z tym, że nie mam miłych wspomnień, jedynie depresję, kompleksy, izolację w domu przy komputerze.
Dorosłość jest inna, ale nie pozwala wrócić do tych czasów, nadrobić je. I to mnie boli. Żyję dla zarabiania pieniędzy i spieniężenia drogich telefonów, samochodów, ale po czasie przestaje mnie to cieszyć. Nie wiem co robić. Czy zdołam znowu być szczęśliwy i "dobry"?
Historia o tym, jak poznałam moją najlepszą przyjaciółkę.
Pewnego razu, jakieś 2, 3 lata temu, byłam na pewnym obozie. Chodziłam wtedy do gimbazy, 2 lub 3 klasa. Obóz został zorganizowany przez kolegę mojego taty. Tematyka kolonii opierała się na czymś w rodzaju survivalu i harcerstwa.
Pewnego dnia poszliśmy na rajd do lasu, po którym planowaliśmy ognisko. Rajd przebiegł dobrze, wszystko zgodnie z planem. Połaziliśmy trochę po lesie i przybyliśmy na zaplanowane miejsce. Kiedy rozpaliliśmy już ogień i wszyscy zasiedli wokół, podeszła do nas... sarna. Wszyscy zdziwieni patrzyli na nią z ciekawością, a ta podeszła do mnie i patrzyła wielkimi, brązowymi ślepiami. Nie wiedziałam co mam zrobić. Po chwili wyciągnęłam rękę i nieśmiało ją pogłaskałam. Polizała mnie! Sarna! Siedziała z nami przez całe ognisko i łasiła się do mnie. W momencie, kiedy organizatorzy zarządzili powrót do gospody, gdzie spaliśmy, wstałam, a sarna poszła za mną. Szła aż do ośrodka, a i tam nie chciała mnie opuścić. Właziła do hotelu! Ubłagałam organizatorów i właściciela ośrodka, by mogła zostać przed budynkiem. Zgodzili się. Wyniosłam jej mój ulubiony kocyk, który brałam ze sobą wszędzie, gdzie byłam. Sarenka została ze mną do końca obozu, a tylko mi dawała się pogłaskać.
Kiedy nadszedł koniec kolonii, uparłam się, że jej nie zostawię. Wskutek temu, rodzice przyjechali po mnie z przyczepą i zabrałam ją do domu. Mam ten plus, że mieszkam w dużym domu na wsi.
Do dziś Beti jest ze mną i jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Ot, miłość między zwierzęciem, a człowiekiem.
P.S. Beti oswoiła się również z innymi ludźmi i daje się głaskać, i karmić nie tylko mnie. Mimo to, do mnie jest najbardziej przywiązana 😃
Moja historia może wydawać się w pełni klasyczna, zapewne taka właśnie jest, jednak potrzebuję poznać zdanie innych ludzi.
Może ktoś z Was będzie w stanie mi doradzić lub zasugerować nowe spojrzenie na sprawę.
Mam 20 lat, niecały miesiąc temu rozpadł się mój związek. Pokładałem w nim bardzo duże nadzieje, mieszkaliśmy razem, tworzyliśmy wspólny dom. Miałem wrażenie, że żyję w bajce. Jestem romantykiem, a miłość jest dla mnie bardzo ważna.
Związek jednak nie był w pełni bajkowy, mam wrażenie, że przez cały czas udawałem kogoś, kim nie jestem. Próbowałem być "bardziej", lepszy niż jestem naprawdę.
W domu czułem się obco, pomimo swoich rzeczy miałem wrażenie, że nie pasuję tutaj.
Moja samoocena zmalała, a ja pogubiłem się w rzeczywistości.
Z czasem uczucia się między nami wypalały, oboje graliśmy "lepszych"... Z czasem mój eks zwrócił mi uwagę na to, że "zrobiłem z niego sens swojego życia". Miał rację, żyłem dla niego i domu, a moje potrzeby schodziły na drugi plan. Mój czas to jego czas, moje zdanie to nasze zdanie... Zatraciłem siebie, uświadomiła mi to w pełni terapia, gdzie doszedłem do wniosku, że przez trudne dzieciństwo nigdy tak naprawdę nie poznałem siebie, nie dbałem o siebie, nie szanowałem swoich potrzeb i nie miałem swojej strefy komfortu.
Chcę to zmienić, jednak tęsknota jest bardzo duża.
Może wy macie jakieś pomysły jak dobrze poznać siebie, pokochać siebie, tak by kolejny związek nie kosztował mnie mojej osobowości, a był po prostu przyjemnym aspektem mojego życia?
Wiem, że jestem bardzo młody i dużo się może jeszcze zmienić, że całe życie przede mną. Jednak czuję się bardzo pogubiony i samotny, tak jak bym już nigdy nie miał nikogo poznać.
Teraz wolałbym skupić się tylko na sobie i tu pojawia się moje pytanie, czy macie może jakieś pomysły jak stanąć na nogi i wyzwolić siebie, by wszystko było dobrze, albo by umieć budować zdrowe relacje?
Ważnym elementem mojej historii jest fakt, że wyglądam jak typowy osiedlowy Sebek. Na szczęście nic mnie z tą grupą społeczną nie łączy, a już na pewno nie rodzaj muzyki, której słucham.
Od dziecka rodzice wychowywali mnie w akompaniamencie muzyki klasycznej i tak też zostało mi do dziś. Na odtwarzaczu muzyki mam parę ulubionych utworów, których chętnie słucham podczas jazdy komunikacją miejską. Dziś, po 8-godzinnym męczącym dniu w pracy, siedząc już w autobusie jak zwykle postanowiłem zrelaksować się przy muzyce. Pech chciał, że nie zauważyłem źle podłączonych słuchawek do telefonu, przez co moja ulubiona melodia Mozarta ryknęła na maksymalnej głośności na cały autobus.
Miny pasażerów obserwujących typowego Sebka słuchającego muzyki klasycznej - bezcenne :D
Przeczytałam o tym, jak ktoś "nie ma szczęścia do ludzi", ogólnie ma pecha i zawsze trafia na tych złych. No i przypomniało to mi o ludziach, których kiedyś poznałam. On i ona, młoda para ludzi w wieku +25, czyli już nie dzieciaki, ale jeszcze nie do końca ustabilizowani. Ogólnie mieli zawsze "pecha" do ludzi i starają odcinać się od złych znajomości, przeprowadzili się i szukają nowego startu. Nieskromnie powiem, że z moim jesteśmy parą ludzi spokojnych, nie robimy problemów i chętnie pomagamy. Nie wiem, czy nazwać to kobiecą intuicją, ale podświadomość podpowiadała mi ostrożność w kontaktach z tą parą.
Ogólnie pojawiały się niewinne wpadki, typu zaspanie i niepojawienie się na umówioną godzinę, "pożyczanie" rzeczy (fajki trudno się oddaje czy szklankę cukru). Ogólnie niby się starali, ale... kilka razy jak to my poprosiliśmy o pomoc, to akurat coś innego im wypadało. Nie oczekuję, że wszyscy mają rzucić wszystko, ale dziwnie jak ludzie się na coś umawiają, a potem znikają. Po kilku dniach znowu się widzimy i nas przepraszają, bo akurat wtedy coś musieli...
To samo z pieniędzmi. Nie pożyczamy, ale możemy podzielić się jedzeniem. Pytali kilka razy o pomoc i jako iż nie dajemy pieniędzy, to dzieliliśmy się obiadem czy czymś, czego potrzebowali. Tylko jeżeli ktoś nie ma pieniędzy na jedzenie, to nie idzie do kosmetyczki czy fryzjera, albo nie kupuje fajnego gadżetu. Okazało się, że ci ludzie mają inne podejście do życia, inne priorytety. Uważam, że najpierw trzeba pomyśleć o tym, aby zapłacić rachunki, mieć co jeść, a potem wydawać na przyjemności, nie odwrotnie. Tacy byli nasi znajomi. Najpierw przyjemności, a potem płacz i liczenie, że ktoś pomoże.
Dochodzimy do konkluzji - ciągnie swój do swego. Sami wybierali znajomych. Typy cwaniaczków czy kombinatorów, dla których najważniejsze jest to co "teraz", którzy nie biorą pod uwagę konsekwencji czy ogólnie przyszłości. Jeśli mogę liczyć na ciebie, ty możesz liczyć na mnie, jak nie... to nie. Co z tego, że chcieli się zmienić, skoro nadal postępowali tak samo...
Ja rozumiem filozofię "nie zmienię się, bo coś się komuś nie podoba", ale czy nie warto krytycznie spojrzeć na siebie, jeżeli nie potrafimy się dogadać z każdym? Często "mam pecha do ludzi" oznacza tyle, że jestem człowiekiem z - delikatnie mówiąc - trudnym charakterem...
Od kilku lat w okresie świątecznym dorabiam sobie jako Święty Mikołaj. Siedzę po kilka godzin w domku z piernika lub chodzę po centrum handlowym, rozmawiam z dziećmi i pozuję z nimi do zdjęć. Nie narzekam na swoją pracę, lecz jest dość monotonna.
Dzisiaj jednak zostałem bardzo mile zaskoczony, około godziny osiemnastej podeszły do mnie trzy dziewczyny około szesnastoletnie i wręczyły mi czekoladę mówiąc, że: „Mikołaj zawsze rozdaje prezenty, czemu czasem on miałby jakiegoś nie dostać”. Po czym uśmiechnęły się i życząc wesołych świąt poszły dalej.
Dziękuję, dzięki wam poczułem prawdziwą magię świąt.
Od jakiegoś czasu mieszkam w dużym bloku. Każdy kto miał przyjemność wynajmować mieszkanie w takim miejscu, wie jakie są wady i zalety życia w betonie. Główną zaś wadą są sąsiedzi. A tych sami sobie nie wybieramy i dostajemy ich w pakiecie z mieszkaniem.
Mi trafił się posiadacz małego pieska. Dupelka. Dupelek sam w sobie bardzo sympatyczny, ale miał jedną usterkę - zdarzało mu się, i to dość często, postawić klocka na klatce schodowej. Być może to z emocji, a być może właściciel zbyt długo zwlekał z wyprowadzaniem swojego pupila. Mniejsza o to.
Właściciel dupelka najwyraźniej uważał, że on nie będzie zajmował się sprzątaniem po własnym psie i po prostu psie gówienko zostawił tam, gdzie zostało ono hmmm... uformowane. Nic nie dawały prośby sąsiadów, a nawet pismo od administracji. Facet, który z natury był wybitnie niesympatycznym gburem, wypierał się, że to nie jego pies tak fajda i wręcz prowokacyjnie kazał sobie udowodnić, że tajemnicze gówienka to dzieła jego kochanego dupla (pomijając fakt, że nieraz złapany został na gorącym uczynku...)
Gdzieś tak w październiku, supermarkety postanowiły przypomnieć, że zbliżają się święta. Mój współlokator stwierdził, że to dobra okazja, aby rozprawić się z upierdliwym sąsiadem. Trzeba było jednak nieco poświęcenia. Maciek (gość, z którym wynajmowałem mieszkanie) nie bał się jednak brudnej roboty...
Nadeszła wigilia. Do drzwi właściciela pieska ktoś zadzwonił dzwonkiem. Facet naciągnął na siebie szlafrok i leniwym krokiem powlókł się do drzwi. Kiedy je otworzył, okazało się, że za wrotami nie czeka na niego żaden gość. Za to na wycieraczce leżą dwa, ślicznie zapakowane prezenty.
Nie widziałem jego miny, gdy prezenty otworzył. A bardzo żałuję. W jednym z pudełek była dorodna kość raz pełna torba psich kąsków - upominek dla dupelka. Natomiast w drugiej, znacznie większej i zdecydowanie cięższej, sąsiad znalazł ok. 8 kg psich odchodów, które Maciek skrupulatnie, od ostatnich miesięcy zbierał i wrzucał do dużego worka ukrytego w krzakach za osiedlowym śmietnikiem. Na samym czubku tej piramidy z psiego guana, zatknięta była pocztówka ze szczerymi życzeniami od sąsiadów (wszyscy się podpisali!).
Maciek odwalił kawał dobrej roboty i zasłużył na order wzorowego lokatora. Nagle bowiem problem zafajdanego korytarza zniknął, a sąsiad przeszedł nieoczekiwaną przemianę.
To może taki efekt tej "terapii szokowej", ale teraz facet do wszystkich się uśmiecha, kłania się, a ostatnio widziałem jak wyrzuca śmieci staruszce mieszkającej na jego piętrze. Innym razem wygonił ponoć z klatki jakiegoś sebixa mażącego flamastrem po ścianach. Kto by pomyślał, że psia kupa w dużej ilości zdziała takie cuda.;)
Nigdy nie sądziłem, że coś tu napiszę, ale sytuacja jest dosłownie sprzed 15 minut… Chyba będzie anonimowo (i może obrzydliwie) o tym, jak można umrzeć za życia (?).
Zacznę od tego, że mam 19 lat i zawsze byłem blisko z dziadkami - mieszkają niedaleko: wspólne obiady po lekcjach, święta, wszystkie wakacje spędzane z nimi na wsi. Mój dziadek zawsze był dla mnie autorytetem - wykształcony, powszechnie szanowany, otrzymał wiele odznaczeń państwowych, a w latach 90. był nawet wiceministrem. Imponowały mi zdjęcia ze znanymi politykami z samego szczytu i mnóstwo historii z nimi związanych. Po latach spędzonych na tej stronie wiem jednak, że musi być druga strona medalu i nie inaczej jest w tym przypadku.
Jakieś 5 lat temu, podczas zabawy w chowanego z kuzynostwem, odkryłem u dziadka w garażu schowaną skrzynkę po narzędziach ze zdjęciami nagich, młodych mężczyzn, męskie stringi i dildosy. Mocno to mną wstrząsnęło, ale nikomu o swoim odkryciu nie powiedziałem.
Kolejna sytuacja miała miejsce po jakichś 2 latach, gdy dziadek użyczył mi swój komputer do odrobienia pracy domowej i zauważyłem kilkadziesiąt zakładek ze stronami poświęconymi gejowskim filmom. Żeby nie było wątpliwości: uznałem wtedy, że to może tylko ciekawość i nie ma w tym nic aż tak dziwnego, nawet jak na ojca trójki córek. Ciekawość zaprowadziła mnie do historii przeglądanych stron i rezultat mnie nie zaskoczył. Nie to było jednak najgorsze: w ostatnio otwieranych plikach (to już zauważyłem zupełnie przypadkowo) znalazłem mnóstwo nagich zdjęć dziadka w różnych, nietypowych sytuacjach (podczas wycieczki rowerowej w jakimś polu, w samochodzie ewidentnie podczas jazdy) oraz fotografie, na których wsadzał sobie w otwory ciała różne przedmioty. Były też zdjęcia chłopców… dość młodych chłopców. Zrobiło mi się niedobrze, ale najgorszy był folder „Adaś” (zmienione imię młodszego o 30 lat bratanka dziadka). Znajdowały się w nim nagie zdjęcia wujka robione z ukrycia oraz na basenie.
Możecie się domyślać, że to także było dla mnie szokujące i wtedy pojawiły się kolejne rysy na jego wizerunku.
I teraz przechodzę do meritum: w związku ze zdalnymi zajęciami przyjechałem do dziadków na 3-4 dni.
Podczas dzisiejszej kąpieli w wannie zauważyłem w otworze na dole drzwi jego nachyloną twarz, która szybko się schowała… Przez pierwsze kilka minut zastanawiałem się, czy aby mi się to nie przewidziało.
Połączyłem fakty i wtedy do mnie doszło, że już nie da się go bronić: ukochany dziadek zmienił się w zboka.
Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć, nie wiem czy mam z tym o kimś rozmawiać, czy zasugerować cioci, aby nie zostawiała kilkuletniego kuzyna samego z tym człowiekiem…
Sam niczego przykrego przedtem z jego strony nie doświadczyłem.
Każde spojrzenie i każdy dotyk będę teraz widział inaczej. Dla mnie już nie ma dziadka.
Mam dziwną przypadłość, a mianowicie potrafię się rozpłakać bez powodu, przy oglądaniu, czytaniu czy nawet słuchaniu czegokolwiek, co jest choćby odrobinę wzruszające. Wystarczy głupia reklama w tv, książka, która dobrze się kończy lub historia o tym, jak ktoś komuś pomaga, a ja ryczę jak bóbr...
Dałoby się przeżyć, ale jestem facetem i mam 32 lata.
Dodaj anonimowe wyznanie