Parę lat temu, zanim wyszłam za mąż, mieszkałam z wtedy jeszcze chłopakiem u jego rodziców. Niestety jego ojciec to bardzo zły człowiek. Bardzo często słyszałam obelgi w moja stronę i stronę męża, teściowa niby to próbowała nas przed nim bronić, a niby to machała na to ręką, że ona też już ma dość tego słuchać.
Pewnego dnia teść po prostu wyrzucił nas z domu. Mąż wychodził do pracy i nie miał czasu mu pomóc w zrobieniu jakiejś pierdoły, co on uznał za znieważenie i pokazał nam drzwi. Teściowa palcem nie kiwnęła, był tylko wielki płacz dlaczego się wyprowadzamy, dlaczego ją tu zostawiamy! Ja poprzysięgłam, że człowiek ten nigdy nie będzie już uczestniczył w naszym życiu, nie zasiądziemy do jednego stołu. I tak też było, nie zapraszaliśmy go na święta, spędzał je sam, gdy teściowa była u nas, nie było go na weselu. A teraz mój mąż, gdy urodziło się nam dziecko, stwierdził, że powinno zobaczyć dziadka! Człowiek, który w pewnym stopniu zniszczył mi psychikę, męża traktował jak gówno od małego, ma teraz być wielkim, wspaniałym, kochającym dziadkiem! Podejrzewam tutaj pełną ingerencję teściowej i mam już dość kłótni z nim o to. Nie wiem co robić.
Zbliżają się święta, więc przypomniała mi się historia sprzed roku.
W przygotowaniach biorą udział wszyscy członkowie rodziny, tak było i tym razem. Mnie i bratu przypadło lepienie pierogów. Gadamy, opowiadamy sobie co działo się u nas ostatnio, gdy w pewnym momencie on rzuca tekstem: "I teraz do jednego pieroga dodajemy środek na przeczyszczenie, a co! Taka loteria, kto wygra, ten ma prezent". Wiadome - młode to i głupie, więc myślałam, że żartuje. Zaśmiałam się i lepiłam dalej.
Nie żartował, ale jestem pewna, że w tym roku już nie wpadnie na taki pomysł - sam został tym "szczęśliwcem" :)
O równouprawnieniu płci z nieco innej perspektywy.
Gdy mój znajomy w wieku 7 lat stracił ojca, to od razu uaktywnili się dziadkowie, wujkowie, "przyszywani" wujkowie, ojcowie kolegów - proponowali dołączanie do rozmaitych męskich wypadów, wspólne pokopanie piłki czy zwykłe pogaduchy. Zawsze wszyscy byli gdzieś w pobliżu Michała, gotowi w nienachalny sposób wypełnić pustkę. Mógł w nich wręcz przebierać.
Natomiast mój tata zmarł, gdy miałam 9 lat i, jak na zawołanie, wszyscy mężczyźni zarówno z rodziny, jak i znajomych się wobec mnie zdystansowali (moi dziadkowie już wtedy nie żyli). Niby wciąż gdzieś tam sobie byli, ale żaden nie kwapił się, by spędzić ze mną choć trochę czasu. Mama skupiała się na pracy oraz na wychowaniu mnie, tak że nie miała sposobności (a może też chęci?) na ponowne układanie sobie życia; za co jej absolutnie nie winię. Jednak summa summarum wychowywałam się bez męskiego wzorca, co poskutkowało brakiem śmiałości wobec chłopaków; obawą przed odrzuceniem. Wszystkie koleżanki randkowały, a ja z facetami potrafiłam się jedynie przyjaźnić. Dopiero mój promotor na studiach licencjackich - zupełnie nieświadomie - poprzez swoje usposobienie (traktowanie studentów jak dzieci) pomógł mi się przełamać. Jak na ironię, wszyscy z niego drwili, a ja tego tak cholernie potrzebowałam!
Obecnie jestem szczęśliwą mężatką, pokonałam syndrom braku ojca. Jednak wciąż nie rozumiem, dlaczego tak się stało? Czy to ja miałam pecha, czy po prostu panuje jakieś chore przekonanie, że dziewczynka nie potrzebuje ojca?
Jako że zbliżają się święta, postanowiłem podzielić się z wami historią, jaka przytrafiła mi się rok temu.
Przez wiele lat pracowałem jako zawodowy kierowca międzynarodowy. Jak to w tej branży bywa, większość czasu spędzałem poza domem - wyjazdy na 3-4 tygodnie - i co się z tym wiąże, zdarzało się, że święta lub innego rodzaju uroczystości musiałem spędzać w trasie, a nie z rodziną.
Jak co roku przed świętami nasza córeczka pisała list do Świętego Mikołaja, lecz w zeszłym roku jak się spytałem żony co nasza kruszynka chciałaby dostać pod choinkę odpowiedziała, że malutka jeszcze nie napisała listu, a był to mój ostatni dzień przed wyjazdem i chciałem jechać na zakupy.
Tak więc doszliśmy do wniosku, że żonka sama pojedzie po prezenty, jak już dostanie list.
Ja się spakowałem i w kolejny dzień ruszyłem w trasę. Po trzech dniach, jak stanąłem na parkingu, żeby zrobić przerwę, chwyciłem w ręce książkę i patrzę, a tam koperta. Co się okazało - moje maleństwo jednak napisało list do Św. Mikołaja (poprosiła o pomoc mamę), a taka była jego treść:
"Drogi Święty Mikołaju, dziękuje Ci za te wszystkie prezenty, które od Ciebie dostałam, w tym roku chciałam Cię poprosić o to, żeby mój tatuś mógł spędzać święta z nami. Bardzo go kocham i jest mi smutno jak siedzimy razem z mamusią przy świątecznym stole, a mój tatuś musi sam siedzieć w aucie. Dałeś mi tyle fajnych zabawek, którymi z chęcią bym się z Tobą podzieliła, żebyś mógł dać je innym dzieciom, które mają tatusiów w święta, a nie mają takich fajnych zabawek. Ja bym tylko chciała spędzać święta z tatusiem i mamusią".
Jak to przeczytałem, siedziałem w kabinie i ryczałem jak małe dziecko. Zadzwoniłem do swojego szefa i poprosiłem go, żeby puścił mnie na święta do domu i wysłałem mu zdjęcie tego listu. Był na tyle w porządku, że pozwolił mi zjechać.
W pracy złożyłem wypowiedzenie.
Mimo tego, że lubiłem jeździć i nie ukrywam, że niemałe miałem z tego pieniądze, to jednak moje 6-letnie dziecko nauczyło mnie co jest najważniejsze.
Zarabiam teraz o połowę mniej, ale za to mogę spędzać każdą wolną chwilę ze swoją ukochaną rodziną :)
Narobiłam wiele głupot w młodym wieku. Brałam narkotyki, kradłam, sypiałam z kim popadnie i prawie nigdy nie używałam zabezpieczenia, uprawiałam też seks za pieniądze. Moje życie było beznadziejne i właściwie mi na nim nie zależało, dlatego w głowie miałam taką myśl, że będę robić to na co mam ochotę, a gdy sprawy za bardzo się skomplikują (typu ciąża, HIV, jakieś poważne problemy), to po prostu się zabiję. Miałam nawet ułożony plan na swoje samobójstwo i było mi naprawdę wszystko jedno. Trwało to wszystko od 16 do 24 roku życia. Wszystko się zmieniło, gdy poznałam chłopaka, na którym naprawdę mi zależało. O ironio, był to diler, od którego kupowałam narkotyki. I jeszcze bardziej ironiczne jest to, że to właśnie dzięki niemu przestałam brać, kraść i się prostytuować. To był najwspanialszy człowiek, jakiego w życiu poznałam. Pierwsza osoba, której naprawdę na mnie zależało. Miał dobre, czyste serce, był tak prostolinijny i szczery, a jednocześnie mądry i inteligentny, że zakochałam się w nim bez pamięci. Nawzajem sobie pomogliśmy, ja przestałam ćpać, a on przestał handlować i zajął się na poważnie tym, o czym zawsze marzył, czyli sztuką.
Wyjechaliśmy za granicę i rozpoczęliśmy całkiem nowe życie. Wzięliśmy ślub i mamy dziecko. Minęło 10 lat. Nikt z naszych obecnych znajomych nie zna naszej przeszłości, a z nikim ze starego życia nie utrzymujemy kontaktu (oboje pochodzimy z patologicznych rodzin). Patrząc z boku na nasze obecne życie, nikt nigdy by nie uwierzył, jak wyglądało nasze życie wcześniej. I do dziś nie mogę uwierzyć, jak wiele szczęścia miałam, pomimo własnej głupoty i nieodpowiedzialności. Oczywiście robiłam wszystkie badania, nie zaraziłam się żadną chorobą weneryczną. Nigdy też nie zaszłam w niechcianą ciążę, co przy trzycyfrowej liczbie partnerów i stosunku przerywanym jako "środku antykoncepcji" w większości przypadków jest wręcz niepojętym cudem.
Jestem wdzięczna losowi, że z totalnego dna udało mi się wspiąć na sam szczyt i mieć szczęśliwe i dobre życie.
Rzecz działa się jakieś 2 lata temu. Dostałam od rodziców nowego laptopa z powodu pójścia na studia (nowy laptop był wymogiem, ponieważ mój stacjonarny miał koło 10 lat i ledwo zipał). Pod koniec grudnia wraz z koleżankami postanowiłyśmy urządzić sobie "wigilię". Jedna zajęła się jedzeniem, druga alkoholem, za to ja muzyką - wiązało się to jedynie z przyniesieniem laptopa. Alkohol się lał, jedzenie znikało...w takich momentach przychodzą do głowy głupie pomysły. Jednym z nich było obejrzenia filmu porno. Przechodziłyśmy z jednej strony do drugiej, komentowałyśmy, śmiałyśmy się itp.
Następnego dnia każda wstała z lekkim kacem. Postanowiłyśmy obejrzeć jakiś film bądź serial. Po włączeniu laptopa zaczynały się schody. Ekran migał, klawiatura nie działała - mówiąc krótko ZAWAŁ! Co w takich sytuacjach robi każdy? WŁĄCZA PONOWNIE, to też uczyniłam. Zdawałoby się, że sytuacja została opanowana, lecz nic bardziej mylnego. Mimo, że ekran i klawiatura działały, to dźwięk nie. Włączałam i wyłączałam milion razy, jednak bez rezultatów. W mojej głowie była tylko jedna myśl: "Rodzice mnie zabiją!". Nowy komputer… ledwo minęły 3 miesiące, a już trzeba dać go do serwisu.
Zdusiłam w sobie lęk i tego samego dnia opowiedziałam rodzicom co się stało. Oczywiście pomijając część o filmach pornograficznych, zmyśliłam, że ściągałam film. O dziwo nie byli wkurzeni. Na weekend zjechałam do domu rodzinnego by oddać laptopa do informatyka. Znał się na rzeczy, a do tego nie kosił za usługę jak za zboże.
Weszłam do budynku, grzecznie się przywitałam i wręczyłam mu sprzęt. Był to młody mężczyzna max 26 lat. Bez wahania wziął ode mnie laptopa i po chwili zaczął się zabierać za naprawę. Nie ukrywam, że byłam ciekawa, w jaki sposób chce go naprawić, więc co chwila zaglądałam dyskretnie przez ramię i obserwowałam całą sytuację. Wchodził m.in. w przeglądarkę i wpisywał kilka literek, cyferek. I TUTAJ UWAGA!!! Kiedy uznał, że mniej więcej wie, co mogło się stać, nie chcąc wpisywać ponownie skomplikowanej nazwy strony, wszedł w historię przeglądania. Z racji, że komputer odmawiał posłuszeństwa nie dotykałam go od czasu "wieczoru wigilijnego"... Jego wzrok przykuły strony, na które wchodziłam 2 dni wcześniej. W głowie jedynie brzmiały liczne przekleństwa. Od razu poczerwieniałam. Uwierzcie mi, jeszcze tak wielkiego wstydu nie przeżyłam. Koleś na szczęście tylko się uśmiechnął. Usunął wirusa, który w skutek wchodzenia na TE strony pobrałam i oddał mi laptopa. Zabrałam go pospiesznie i wyszłam nie oglądając się za siebie.
PS. Kiedy chciałam mu zapłacić powiedział, że dawno tak barwnej historii nie widział i cała naprawa jest na koszt firmy.
PS2. Już nigdy tam nie wrócę...
Pierwszy rok studiów. Fizyki uczył nas młody asystent, niewysoki i drobniutki, gdyby nie garnitur i krawat, bardziej by przypominał licealistę niż wykładowcę. Znakomity fachowiec, ale kompletnie sobie nie radził z utrzymaniem dyscypliny.
I takiego oto osobnika nieopatrznie zostawiono samego do pilnowania na egzaminie.
Studenci byli na tyle sprytni, że siedzieli cicho, ale ściągi w najlepsze krążyły po sali. Studentki chowały ściągi pod spódnice, licząc, że fizyk nawet jak zauważy, to się zaczerwieni i nic nie powie.
Fizyk widział podejrzane ruchy, ale za rękę nie mógł nikogo złapać. Krążył po sali jak pies myśliwski i wreszcie przyuważył przekazywanie ściągi... I jak nie krzyknie: "Ja widziałem! Co pani tam ma między nogami?!".
Gruchnął taki śmiech, że aż dziekan przyszedł zobaczyć, czy aby na pewno odbywa się tu egzamin...
Historia dotyczy babci mojej koleżanki, niech będzie Pani Zosi. Owa babcia skrupulatnie odkładała piękną sumę swoich pieniędzy na potrzeby, inwestycje, mszę, różaniec, cele kultu religijnego i geotermię, na potrzeby Fundacji Lux Veritatis, na rzecz Radia Maryja, na TV Trwam, własne intencje, o zdrowie, pogodę, za brata, siostrę, wnuka, kuzyna kuzynki itd. Pani Zosia (po wielu latach przekazywania pieniędzy na konta RM), zachorowała i niestety zmarła. Jej rodzina napisała list z informacją o śmierci i z prośbą o modlitwę i pamięć za zmarłą do wyżej wspomnianej stacji radiowej. Po upływie kilku miesięcy, na adres Pani Zosi przyszedł list:
"Droga Pani Zofio, od trzech miesięcy nie odnotowaliśmy żadnej wpłaty z Pani konta na potrzeby Radia Maryja. Bardzo prosimy o wyregulowanie darowizn na konto 12345678901234567890 Szczęść Boże".
Jedyne co pozostało, to nieuregulowane rachunki Pani Zosi... Modlitwy jak nie było, tak nie ma.
Dzisiaj się poczułam jak milionerka.
Idąc ze sklepu, poczułam niemiłe mrowienie w żołądku. Do domu daleko, ale po drodze oaza "spokoju", czyli toi-toi. Jaką ulgę odczułam, jak z niego skorzystałam, każdy chyba potrafi sobie wyobrazić. Minus taki, że było w nim ciemno, a ja z pośpiechu zamiast podetrzeć się chusteczką, podtarłam się banknotem...
Nawet nie chcę sprawdzać, jakiego mi brakuje.
Byłam wtedy w szpitalu po operacji.
Mój tata przyszedł do mnie z gigantycznym pudłem wypełnionym po brzegi moim ulubionym Rafaello.
Na sali leżałam ze starszą panią, która była bardzo wredna, ale głupio się nie podzielić, więc chciałam poczęstować ją moim prezentem. Stwierdziła, że nie lubi migdałów, które tam są, więc wypluła je na szpitalną szafkę.
Kilka chwil później pielęgniarka przyniosła jej czopek, wiadomo w jakim celu, a że pani nie za bardzo widziała ze względu na wiek, to wzięła wspomnianego migdała, poszła do toalety i wsadziła go sobie zamiast czopka.
Pani pielęgniarce na pewno nie było wtedy do śmiechu, bo ktoś musiał to wyciągnąć :D
Dodaj anonimowe wyznanie