1 listopada. Postanowiłam zabrać swoją 4-letnią córkę wieczorem na cmentarz. Jedziemy autem, córka pyta: Mamo, co to są groby? Nie wiedziałam jak to jej wytłumaczyć, żeby za bardzo się nie wystraszyła. Powiedziałam więc, że tam leżą umarli, takie osoby, co poszły do nieba i teraz śpią.
Dojeżdżamy do cmentarza, córka widzi pełno ludzi odwiedzających groby i mówi z bardzo poważną miną: Mamo, patrz, powstali! :D
Wiem, że teksty o bunkrze są już nudne i przereklamowane, ale naprawdę mam ochotę się w jednym schować i nie wychodzić. Wielokrotnie śmiałam się z tych wyznań o kupie, dopóki nie przydarzyło się to mnie.
Mieszkam sobie tymczasowo w wynajmowanym mieszkaniu z narzeczonym i naszą córką. Z racji urlopu macierzyńskiego siedzę z dzieckiem w domu, a narzeczony chodzi do pracy. Ostatnio pojawił się mały problem z zaworami, oprócz tego zbiornik w sedesie powoli się napełnia i nie da się spuścić dobrze wody dwa razy pod rząd.
Sytuacja sprzed chwili.
Rano pobiegłam siku, spuściłam wodę, łyk kawy i natychmiast zachciało mi się dwójki. No cóż, nie udało mi się spuścić porządnie wody, więc uznałam, że odczekam i pobiegłam karmić dziecko. Za chwilę telefon od narzeczonego, że za godzinę przyjdzie hydraulik. No to ja myk pod prysznic, totalnie zapominając o bombie pozostawionej w toalecie. Nie zdążyłam nawet odkręcić wody, jak zadzwonił kolejny telefon, że pan będzie jednak za 10 minut. OK, no to szybko się ubrałam, wpuściłam sympatycznego pana i zaproponowałam mu coś do picia. Ów pan najpierw obejrzał zawory, potem poprosił o kawkę i spytał, czy mógłby skorzystać z toalety. Kiedy ja zabrałam się za przygotowanie kawy, pan zamknął się w łazience, a ja przypomniałam sobie o niespodziance, która czekała na niego pod deską sedesową. Zostawiłam kawę na szafce i ukryłam się w sypialni pod pretekstem zajęcia się dzieckiem.
Na razie sypialnia, ale jeśli jednak znalazłoby się miejsce w bunkrze, to chętnie je zajmę.
Mój chłopak stwierdził, że go notorycznie okłamuję. Jako powód podał fakt, że niby tak dbam o cerę, a jednak mam pełno pryszczy.
Leczę trądzik.
Bardzo ciężki trądzik.
Sytuacja sprzed lat.
Otóż kiedyś, jeszcze w podstawówce, postanowiłam, że chcę zostać przewodniczącą klasy. No i startowałam w tych całych wyborach przez całe 4 lata. Nigdy nikt mnie nie wybrał. O dziwo wszystko zmieniło się po pewnej sytuacji w 6 klasie. Pokłóciłam się wtedy z najlepszą przyjaciółką, która uznała, że ma mnie dość i przeniosła się do innej klasy. Uznałam, że w sumie spoko, bo w zasadzie co to za przyjaciółka, co ma mnie w gdzieś i ciągle mnie obraża?
W ósmej klasie, tak jak co roku, postanowiłam wystartować w wyborach. U nas to wyglądało w ten sposób, że pani zapisywała imiona chętnych na tablicy i każdy mógł zagłosować na daną osobę. Pani zapisywała ilość głosów obok imienia, największa liczba wygrywała. Moja koleżanka bardzo chciała startować i poprosiła mnie, czy bym na nią nie zagłosowała. W sumie czemu nie, ogarnięta babka - pomyślałam. Ale uprzedziłam ją, że również startuję. Mimo wszystko tak jak obiecałam zagłosowałam na dziewczynę, by jej przykro nie było (każdy mógł głosować sam na siebie, z czego ona skorzystała).
Co roku nie wygrywałam, więc nie spodziewałam się jakiegoś szokującego wyniku.
I gdy przyszła kolej na mnie, pani pyta kto jest za mną. Patrzę, a tam wszystkie „kujonki” i (oczywiście) połowa klasy głosuje na mnie. Ja szeroko otwarte gały i nie dowierzam. Wygrałam z trzema punktami przewagi.
Można przewidzieć, że koleżanka nie była z tego powodu zadowolona. Przez cały rok posyłała mi taki jakiś zimny i ostry wzrok, a jak (jako przewodnicząca), jak to sama mówiła, „robiłam źle”, twierdziła, że jestem słabą przewodniczącą, skoro nic nie robię.
Przyznać muszę, że nie byłam ogarnięta tak jak ona i nie radziłam sobie jak powinnam, ale kurczę, starałam się jak mogłam. Robiłam dosłownie wszystko, co szło na korzyść klasy i aby wszyscy byli zadowoleni, ale udało jej się przekonać resztę, że ja po prostu się nie nadaję. Gdy po jakimś czasie już cała klasa zaczęła na mnie naskakiwać i radzić, bym oddała stanowisko tej koleżance, z płaczem pobiegłam do wychowawczyni, aby powiedzieć, że zamierzam zrezygnować. Ta jednak się nie zgodziła, twierdząc, że nie może (nie pamiętam już dlaczego).
Bądźmy szczerzy. Ta dziewczyna była na podobnym stanowisku, może nie z tymi zadaniami co ja, ale została skarbnikiem, a u nas w klasie było to traktowanie na równi z resztą, jak np: przewodniczący lub zastępca.
W poprzednim roku było w tej „wielkiej trójcy” trzech chłopaków, którzy jeszcze bardziej nie radzili sobie z obowiązkami.
I ja się pytam, gdzie jest ta głupia sprawiedliwość?!
Uważam, że okropnie mnie wtedy wykluczyli i potraktowali.
A koniec tej historii jest taki, że do teraz mam problem z podejmowaniem jakichkolwiek wyzwań, z obawy przed niepodołaniem w ich wykonaniu.
Zrobiłam się strasznie strachliwa.
To będzie dłuższe wyznanie, ale proszę, przeczytaj do końca.
Mój ojciec był strażakiem, przepracował 25 lat w czynnej służbie. Nie był szczególnie wylewny w kwestii swojej pracy, a większości rzeczy dowiedziałam się, gdy on był już na emeryturze. Chciałam Wam opowiedzieć dwie historie...
Światła i dzwonki, półtorej minuty na wyjazd – wypadek samochodowy, młody chłopak sportowym BMW wbił się w samochód osobowy, którym jechała ciężarna kobieta. Sterta metalu, ciężko rozpoznać gdzie zaczyna się jeden samochód, a gdzie kończy drugi. Do poszkodowanej kobiety trzeba dostać się przez dach. Strażacy we dwóch stają na pojeździe, rozcinają pogięty metal ciężkimi nożycami hydraulicznymi, kiedy kobieta odzyskuje przytomność i podnosi pokiereszowaną twarz. „Niech mnie pan ratuje!” woła łamiącym się głosem.
Kobieta spędza 4 miesiące w szpitalu. Straciła dziecko, miała wszystkie kończyny połamane, strzaskane żebra, wybite zęby, kilka operacji. Cudem przeżyła. Pół roku później do straży przychodzi wezwanie sądowe od męża poszkodowanej kobiety i opinia biegłego, według którego gdyby podczas tego wypadku ciąć 4 cm bardziej w lewo, kobieta miałaby 13% więcej szans na uratowanie nienarodzonego dziecka. Strażacy zostają ukarani.
Środek nocy po ciężkiej akcji. Światła, dzwonki, półtorej minuty na wyjazd. Płonie kilkurodzinny dom w ubogiej dzielnicy, ktoś majstrował przy ogrzewaniu. Dym na klatce taki, że pomimo masek na twarzach nic nie widać. Żar parzy pomimo kombinezonów ochronnych. Nagle słychać krzyk dziecka. Strażacy wybijają drzwi jednego mieszkania, pęd powietrza zrywa aparat tlenowy z twarzy. Jedyny ocalały, chłopiec, jakieś 12 lat. Strażak bierze poparzone dziecko na ręce i ostatkiem sił i tchu w płucach wynosi z budynku. Chwilę później zawala się dach.
Kilka lat później ten sam chłopiec, jako jeden z bardzo, bardzo niewielkiego grona wdzięcznych ocalałych, przyjdzie do straży, opowie jak dostał się na studia, jak znalazł miłość, jak planuje przyszłość. Potem uściśnie dłoń i pójdzie dalej w wygrane życie.
Mijamy ich wielu, codziennie. Nie myślimy o nich w ogóle, bo przecież co nam się może stać. Nie czujemy wdzięczności, bo przecież „to jest ich praca”. Nie zastanawiamy się kto nas wyniesie z domu, kiedy przyjdzie powódź, nie pamiętamy o tych, którzy w słoneczny dzień i najczarniejszą noc, w przenikliwym mrozie, a kiedy indziej w palącym ogniu ryzykują wszystko... dla obcych ludzi.
Obrazy zwęglonych ciał na strychu domu i połamane rączki dzieci wyniesionych z samochodów, które rozbił ich własny pijany ojciec pozostają w pamięci na całe życie. To są zwykli ludzie, codzienni bohaterowie, którzy też się boją, którzy czasem wracają ze służby i płaczą. Pomyśl o tym następnym razem, kiedy będziesz mocniej naciskał pedał gazu.
Krótko o obecnym systemie edukacji.
Moja ośmioletnia córka dostała w szkole zadanie, które polegało na napisaniu krótkiego opowiadania na temat najlepszej imprezy urodzinowej. Jako że treść zadania nie wskazywała żadnych innych kryteriów niż ilość znaków, młoda puściła wodze fantazji i opisała przyjęcie, podczas którego, między innymi, odbył się lot w kosmos zaczarowaną rakietą, od kierowcy statku dostała hełm, dzięki któremu na Marsie pachniało gumą balonową, a także razem odnaleźli zaginioną planetę z waty cukrowej i z okazji urodzin Hani nazwano ją jej imieniem. Potem wszystko okazuje się snem, a młoda budząc się rano spostrzega, że to rzeczywiście dzień jej urodzin.
Dziś córa przynosi do domu jedynkę. Zdaniem nauczycielki młoda nie zrozumiała treści zadania, a opowiadanie miało dotyczyć faktycznej imprezy urodzinowej, która rzeczywiście miała miejsce w czasie.
No cóż, Hania w ramach poprawy napisała, że jadła ciasto z ciocią i dostała kredki.
A nam pozostaje rozwijać kreatywne myślenie córki poza szkołą, w której miejsca zostało już tylko na klucze i odpowiednie kryteria...
Niedawno pojawiło się wyznanie, że 3-letni chłopiec pamiętał wydarzenia z wojny. Komentarze sugerowały, że to niemożliwe.
Miałam 2,5 roku, gdy się przeprowadzaliśmy do nowego domu. Pamiętam dzień przeprowadzki. Pamiętam też, jak z mamą chodziliśmy sprawdzać postępy remontu w nowym domu. Nikt mi tego nie opowiadał. To ja teraz po latach opowiadałam mamie, że ja to pamiętam i przypomniałam jej kto kładł nam płytki, a kto wieszał szafki w łazience. Mama dzięki mnie przypomniała sobie, że ten pan wieszał szafki. Tata potwierdził.
Pamiętam jeszcze ze starego mieszkania, jak stoję w łóżeczku i krzyczę na brata, żeby otworzył drzwi, bo zamknął je na taki skobelek.
Te dwa wydarzenia miały dla mnie taki ładunek emocjonalny, że to zapamiętałam.
Nikt mi o tym nie opowiadał, ja pamiętam ustawienie mebli w starym mieszkaniu (nie mamy ani jednego zdjęcia z tego okresu).
Skoro ja pamiętam takie wydarzenia, to ten chłopak pół roku starszy ode mnie w czasie tych przeżyć z pewnością mógł zapamiętać coś tak naładowanego emocjonalnie.
Historia opowiedziana przez moją 92-letnią babcię.
Babcia jest emerytowaną panią doktor. We wczesnym paleolicie chodziła na medyczne studia i ostatnio zebrało jej się na wspominki z tych czasów.
Wśród wielu nauczycieli i wykładowców był sobie jeden surowy, żylasty profesor, który słynął z wyjątkowo ekscentrycznych metod egzaminowania studentów. Każdy wchodził do sali na ustne zaliczenie jego przedmiotu. Po serii pytań, kiedy trzeba było wystawić ocenę, często zdarzało się tak, że egzaminujący wahał się. Wiadomo - różnica między 3+ a 4- nie jest wielka, ale zawsze lepiej w indeksie prezentuje się czwórka "na szynach" niż trójczyna z choćby pięcioma plusami...
Profesor wymyślił więc sposób, który pomagał mu podejmować decyzję. Otwierał okno w sali i wyrzucał indeks delikwenta. Następnie mówił: "Za 45 sekund indeks ma być na moim biurku. Jeśli zdążysz, to masz czwórkę". Studencina zapierdzielała ile sił w kopytach, po drodze gubiąc buty i wywracając przypadkowych przechodniów. Czasem się udawało. Częściej jednak nie.
Kiedy wszyscy uczniowie zorientowali się, jak wygląda egzamin u starego profesora, szybko połączyli swoje siły. Długi czas minął zanim wykładowca zorientował się, że indeks nie ląduje na ziemi tylko w dłoniach czekającego już na dole studenta, który szybko przekazywał go dalej. Kilkunastu uczniów, systemem sztafetowym podawało sobie tę "przesyłkę". W chwili kiedy egzaminowany wychodził z sali, ostatni ze studentów przekazywał mu przechwycony chwilę wcześniej indeks.
Dla pozoru trzeba było jeszcze kilka sekund poczekać przed drzwiami, zwichrzyć sobie włos i sapiąc ciężko, wycierając pot z czoła, ponownie wkroczyć do sali z trofeum w dłoniach. Profesor, pełen podziwu, wpisywał czwóreczkę, a student cieszył się, że oszukał system.
Jestem osobą wierzącą. Nie mam świra na tym punkcie, ogólnie nie za bardzo się z tym obnoszę w myśl kawału, że wiara jest jak penis. Zamieszkałam też z chłopakiem bez ślubu. Razem poszliśmy na studia, oczywistym było to, że aby zaoszczędzić, zamieszkamy wspólnie. Żyjemy w zgodzie i szacunku. Nie uprawialiśmy też seksu przez pierwszy rok wspólnego mieszkania, ale gdy związek świetnie się nam układał, oboje doszliśmy do wniosku, że tego też powinniśmy spróbować. Po skończonych studiach zaczęliśmy myśleć o ślubie, ale przy póki co skromnych pensjach (oboje dopiero zaczynamy pracować w zawodzie) doszliśmy do wniosku, że poczekamy, aby wyprawić ładne wesele i nie pominąć nikogo przy zaproszeniach. No i najpierw wypadałoby oszczędzić na wkład własny na mieszkanie, zamiast wyprawiać imprezę na 70 osób.
Od 5 lat nie mogę dostać rozgrzeszenia. Boli mnie to strasznie. Rozumiem, że to grzech żyć w taki sposób bez ślubu, ale w końcu i morderca by dostał rozgrzeszenie. Punktem kulminacyjnym mojego rozgoryczenia była sytuacja podczas ślubu mojej siostry. Nie dostałam rozgrzeszenia jako świadkowa. Bóg mi świadkiem, że wręcz prosiłam księdza o rozgrzeszenie. Nie i koniec. Seks bez ślubu to grzech.
Popłakałam się po wyjściu z konfesjonału. Czułam się brudna, jakbym była jakimś zbrodniarzem.
Po 5 latach braku rozgrzeszenia zrobiłam coś, przez co spalę się w piekle. Skłamałam podczas spowiedzi, że żyjemy w związku białym. Wzięłam potem komunię. Przez chwilę czułam się świetnie. W końcu przestałam się czuć jak wstrętna grzesznica. Radość jednak szybko minęła. Teraz gardzę sobą, jest mi okropnie wstyd i to na tyle, że od pół roku nie byłam w kościele, o spowiedzi nie mówiąc.
Nigdy nikomu tego nie mówiłam. Moją absencję w kościele tłumaczę pandemią, ale prawdę znam tylko ja.
Jestem gejem. Nie ukrywam, lubię się bawić, a większość mojego życia łóżkowego składa się na jednorazowe przygody. Któregoś dnia trafił mi się nadzwyczaj napalony kolega - może nie był jakiś wybitny, ale uszedł w tłumie.
Z moimi rodzicami ostatni raz widziałem się jakieś 10 lat temu, mimo że mieszkamy w tym samym mieście - matka "zagorzała chrześcijanka" (ten typ co najpierw wszystkich poobgaduje i powyklina, a potem pierwsza krzyczy o miłości do bliźniego), a ojciec homofob, więc też nie za różowo. Ostatnio jednak z powodów rodzinnych zmuszony byłem powrócić do domu rodzinnego. Wiadomo - na pozór miło, ale jakoś w ten teatrzyk nie uwierzyłem. Mama zaproponowała, żebym został na weekend. Zgodziłem się. No ale skoro weekend, to też niedziela, a skoro niedziela, to kierunek kościół. Mama nalegała - co zrobić.
Jesteśmy w kościele, mama mówi jakich cudownych księży tu mają, nagle dzwoneczki nawołujące do wstania i kogo widzę? Mojego niedawnego kochanka. Najbardziej podobało mi się, jak walnął kazanie o homoseksualizmie (domyślam się, że moja matka maczała w tym palce, ale wciąż), no mówię wam, banan na twarzy miałem przez całą mszę. No i pod koniec mama mnie bierze pod ramię i idzie pokazać ulubionemu księdzu swojego syna marnotrawnego…
Jego wyraz twarzy - bezcenny.
Dodaj anonimowe wyznanie