Słowem wstępu: mam 16 lat i chodzę do pierwszej klasy liceum. Zawsze chciałem uczyć się hiszpańskiego i w tym roku wreszcie zapisałem się na kurs, na który chodzę dwa razy w tygodniu.
Na kurs ten uczęszcza też pewna dziewczyna. Trochę starsza ode mnie, może chodzi do klasy maturalnej, a może nawet jest już na pierwszym roku studiów. Jest prześliczna, niebywale dziewczęca, a przy tym bardzo miła i pomocna. Od pierwszych zajęć nie mogłem powstrzymać się przed zerkaniem w jej stronę. Byłem zachwycony, gdy lektorka przydzielała nas razem do mojej grupy lub kazała nam ćwiczyć dialogi w parze. Po każdej lekcji mówiłem sobie, że następnym razem zbiorę się na odwagę i zaproszę ją do kina lub na kawę. Liczyłem na to, że te parę lat różnicy między nami nie będzie miało aż takiego znaczenia, skoro dogadujemy się całkiem nieźle, a i uważam, że jestem trochę dojrzalszy od chłopaków w moim wieku.
Na wczorajszych zajęciach mieliśmy opowiadać o swojej rodzinie i tak oto dowiedziałem się, że obiekt mych westchnień jest trzydziestoletnią mężatką. :/
Wstydzę się czasem swoich myśli i odczuć. Jestem wykształcona, grzeczna, uprzejma, z dobrą i ,"czystą" pracą. Tylko Wam mogę przyznać się do swoich wewnętrznych przemyśleń.
Ostatnio do mojej szkoły tańca zaczął przychodzić upośledzony umysłowo i niepełnosprawny fizycznie facet. Jest potężny i gruby. Wszystkie kobiety, chcąc nie chcąc, muszą z nim tańczyć (taka jest formuła kursu, każdy facet tańczy z każdą partnerką, po kolei). On mocno wykręca ręce, szarpie, popycha. Boję się go. Nie potrafi się skoordynować, więc wpada na pozostałych, wywraca siebie i innych. Zawsze powstrzymuję go przed ryzykownymi manewrami, bo zbyt się boję, żeby pozwolić się np. podnieść czy pochylić. Ale on nie pyta o zdanie! Po prostu nagle rzuca tobą o parkiet! Wszyscy zachwycają się: "och, taniec, wspaniale, to dla niego dobra rehabilitacja." Taa. Dla niego rehabilitacja, a dla mnie rozwalanie zajęć, na które przychodzę się relaksować, a w efekcie mogę zostać poturbowana.
Anonimowi, boję się ludzi upośledzonych umysłowo. Przerażają mnie i najczęściej budzą wstręt. Zawsze staram się pomóc, uśmiechać się, współczuć, no hipokryzja na 100%. Skręca mnie jednak, gdy w towarzystwie wszyscy rozmawiają, jacy niepełnosprawni są wspaniali, otwarci, serdeczni. Mi się wydaje, że są tacy sami jak reszta populacji. Również wredni i złośliwi. Ale przecież nie wypada wyrażać swojego zdania, jeśli nie brzmi ono w stylu "tylko niepełnosprawne dzieci wiedzą, co to przyjaźń". Albo, kiedy zdrowy chłopak żeni się z niepełnosprawną dziewczyną, wszyscy mówią: "i to jest prawdziwa miłość!". Tak jakby wszyscy pozostali nie wiedzieli, czym jest miłość, bo ich partner nie odbiega w niczym od normy.
Tak więc jestem prawdziwą, wredną suką, która uważa, że niepełnosprawnych obowiązują normy społeczne tak samo, jak wszystkich. I nie uważam, że ktoś stwarzający zagrożenie dla innych może się "rehabilitować" moim kosztem na zajęciach z tańca.
Przepraszam, jeśli kogoś uraziłam. Wszyscy zasługują na szacunek, ale wszyscy również powinni przestrzegać zasad współżycia społecznego.
Jestem sobie panią kasjerką z 6-letnim doświadczeniem w branży chemiczno - kosmetyczno - przemysłowej. W ostatnich latach pracy spotkałam na swojej drodze wiele straszliwych klientów.
Typ I - Nieufny.
Podchodzi do mnie pani i pyta:
- Przepraszam bardzo, będzie taka bibuła, tylko żółta?
- Oj, przykro mi, niestety nie, ale dostawa będzie jutro.
Po czym, za około minutę słyszę jak ww. pani pyta inną ekspedientkę o to samo (jakby bibule pomarańczowej i białej zebrało się na amory i wyprodukowałyby czasem żółtą w międzyczasie) otrzymując tę samą odpowiedź przeczącą. I na koniec pyta jeszcze kasjerkę, która obsługuje kasę - drogi kliencie, w moim interesie jest sprzedać ci towar, a nie schować go przed tobą.
Typ II - Kolekcjonerzy Punktòw.
Był w sklepie taki program jak Karta Stałego Klienta, kartę trzeba było podać kasjerce przed pieniędzmi, ewentualnie przed skasowaniem paragonu. Sytuacja taka: pieniądze podane, reszta wydana.
- Oj, jeszcze karta...
- Przykro mi, ale punkty już przepadły, jest przed kasą kartka przypominająca o karcie.
- O rany, jaka pani jest niekompetentna, kto panią zatrudnił, siedzi pani tutaj na tym krześle i nic nie robi.
Otóż nie, mój drogi kliencie, może i siedzę, ale skupiam się na tym, by dobrze ci wydać resztę i nie mieć manka w kasie, te punkty to twój własny interes, to se go pilnuj.
Typ III - Mamuśki
Bierzesz bąka na zakupy, to sobie go pilnuj. Nie wiem, przypnij smycz, zapakuj do wózka czy do tego śmiesznego plecaka na dziecko.
Tysiąc pięćset razy naszłam na regał, gdy jakiś mały smrodek robił "porządki" w cenówkach na półce bądź przekładał towar po swojemu.
Droga mamuśko, ktoś idzie, sumiennie układa towar na swym dziale, rozkłada nowe metki, a twoje dziecko to wszystko psuje i nierzadko ktoś traci premię przez "źle wykonaną pracę", a to tymczasem twoja wina.
I kończąc swoje wyznanie, ze względu na limit znaków przedstawię Wam pana idiotę... Totalnego idiotę.
Wigilia - godzina 14.. Przychodzi pan do kasy, elegancki, czyściutki, w wieku około 40 lat.
- Dzień dobry, do której dzisiaj czynne?
- Do 14.30, proszę pana.
- A dlaczego tak krótko?
- A, proszę pana, co pan będzie robił o godzinie powiedzmy 18? - Pan nie odpowiada, tylko patrzy na mnie. - No właśnie, jadł wigilię i przebywał z rodziną, i my również chcemy tak spędzić czas i mieć święta.
- Przecież pani jest młoda, pani nie ma ani dzieci ani męża, takie jak pani mogą tu posiedzieć dłużej.
Szczęka mi opadła pod same stopy.
Niejednokrotnie od starszej osoby dowiedziałam się, że ona potrafi lepiej liczyć ode mnie, teksty typu "to młode, to nawet nie wie co i gdzie układa".
Praca w sklepie, a dokładnie praca między ludźmi to ciężki kawał chleba. A przyznać to może ten, który zasmakował pracy w sklepiku :)
Napiszę coś, co mnie wkurza, może to też otworzy oczy wielu ludziom.
Wiele razy czytam o tym, jak ktoś "zmarnował najlepsze lata swojego życia, bo..." - tu jest pełno powodów, od ciągłej nauki, po alkohol. Po czym następuje zdanie "mam teraz 25-30 lat i zniszczone życie/bez perspektyw" - no i mnie tu trafia, bo po trzydziestce to już co? Pora umierać? A najlepiej pisać testament i spać w trumnie, aby lepiej było wynieść zwłoki?
1. Po trzydziestce można zacząć żyć "od nowa" i jest to trudniejsze niż jak się ma 20 lat, ale to nie jest jakieś straszne. To że ktoś nie znalazł np. miłości w wieku 20+ lat, to nie oznacza, że mając 30+ lat nie spotka już nigdy miłości. Owszem, jest trudniej zaczynać od zera mając 30 lat, ale da się.
2. Dlaczego ludzie uważają lata młodzieńcze do około 25 roku życia za te "najlepsze"? Och, jesteśmy wtedy młodzi, piękni, pełni zapału czy "życie jest prostsze"... Pitu-pitu. Dlaczego ja tak nie uważam? Masz obowiązek nauki do 18. roku życia, więc za bardzo nie masz wpływu na siebie, bo jesteś też pod opieką rodziców.
Cześć ludzi mając 18-19 lat zaczyna pracę, część idzie na studia, ale jednak jest się częściowo jeszcze zależnym od rodziców (w większości przypadków). W końcu w wieku albo 20+, albo 25+ masz stałe dochody i wypada kupić dom/mieszkanie/ iść na swoje, a w międzyczasie znaleźć miłość swojego życia i zakładać rodzinę (bo jak nie, to presja otoczenia - czemu jeszcze nie masz...?). Dodatkowo wydatki: dom, dziecko, wesele... lata 25-30 to chyba czas, kiedy najbardziej trzeba się narobić, bo masz najwięcej wydatków, a i jeszcze dziecko w wieku, w którym nie rozumie, że wpychanie metalowych rzeczy do gniazdek to nie jest najlepsza zabawa, poza tym potrafi zrobić sobie krzywdę idąc po prostej drodze, więc nie dość, że urabiasz się po pachy, aby stać cię było na opłacenie wszystkiego, to jeszcze siwiejesz, bo musisz pilnować małe dziecko, które zna 10x więcej sposobów na to, aby zrobić sobie krzywdę niż Ty byłbyś w stanie wymyślić.
W końcu masz 30-35+ lat i jesteś w wieku, gdzie jeżeli masz dziecko, to już raczej potrafi się samo bawić (a jeszcze nie jest zbuntowanym nastolatkiem), jeżeli masz dom, to masz już meble/sprzęt rtv i agd/ dekoracje. I masz stałą pracę, o którą raczej nie musisz się martwić. Więc kiedy nasz "najlepsze lata"? Przed trzydziestką, kiedy nic nie jest ułożone, presja społeczna naciska, aby sobie ułożyć życie, a Ty zazwyczaj jesteś w proszku i masz za dużo na głowie?
Czy jak już masz większość ogarniętą, nie musisz się martwić o tak dużo rzeczy i masz 30-35+ lat?
To nie jest tak, że po trzydziestce ktoś macha magiczną różdżką i nie ma zmartwień, ale wydaje mi się, że osoba mająca 25 lat cały czas słyszy pytania typu: a kiedy będziesz mieć porządną pracę? A kiedy założysz rodzinę? A kiedy kupisz dom?
Życie zaczyna się po 35 ;)
Mój były jest najbardziej bezczelnym człowiekiem jakiego poznałam. Po imprezie, na którą wybrał się sam, oświadczył mi, że całował się z inną. Ale jako że bardzo mnie kocha - nie przeleciał jej.
Opowiem wam historię mojego przyjaciela. Byłego przyjaciela.
Poznaliśmy się w siódmej klasie podstawówki, kiedy to przeniósł się do szkoły, do której chodziłam. Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, pomyślałam, że to ogromna szkoda, że nasza klasa go zniszczy. Miałam wtedy na myśli to, że te "fajne" dzieciaki wciągną go w swoje towarzystwo i razem z nimi będzie palił, pił i znęcał się nad słabszymi. Myliłam się. Nikt nie powiedział tego oficjalnie, ale od nauczycielki, która bardzo mnie lubiła, znałam powód jego przeniesienia. W poprzedniej szkole był regularnie bity i poniżany. W końcu, gdy cały w sińcach, zapłakany wrócił pewnego dnia do domu, rodzice postanowili go przenieść. Nasza klasa, jak z każdym nowym, najpierw traktowała go jak jednego ze swoich, a później oceniała, czy chce go lubić. Zostaniesz jednym z nich albo staniesz się ich wrogiem. On został skazany na to drugie. Opowiadał mnóstwo żartów, które dla innych nie były śmieszne. Szybko zyskał miano dziecinnego i żałosnego. Już nie chcieli z nim rozmawiać i kiedy podchodził do nich, by zagadać, zostawał brutalnie odepchnięty.
Nigdy nie rozmawialiśmy, mimo że chodziliśmy do tej samej klasy. To był czas mojej izolacji, a wręcz nazwałabym to fobią społeczną. Moim głównym celem było przetrwać, pozostać niezauważoną. Szlo mi całkiem nieźle, do czasu gdy wtedy do mnie podszedł. Na jego dowcip zareagowałam słabym uśmiechem, po czym odwróciłam głowę, uważając niezaczętą rozmowę za skończoną.
- Ty... Nie odzywasz się za często, no nie? - spytał mnie, a coś w jego spojrzeniu się zmieniło, zupełnie jakby właśnie zdał sobie z czegoś sprawę.
Spojrzałam na niego, przekrzywiając głowę, udając, że nie wiem o czym mówi. Udawanie idiotki było jedną z lepszych strategii na pozbycie się towarzystwa. Ktoś z oddali krzyknął żartobliwie, żeby zostawił mnie w świętym spokoju, za co byłam wdzięczna, choć przeszkadzał mi fakt, że kolejna osoba zwraca na mnie uwagę.
- Potrafisz mówić? - spytał, a ja cała czerwona pokiwałam głową, żałując, że przed chwilą udawałam idiotkę.
- To powiedz coś - poprosił, a ja nie chcąc wyjść na jeszcze większą ofiarę otworzyłam usta.
- Coś - wydusiłam z siebie w końcu i spojrzałam na niego, prosząc w myślach, żeby już sobie poszedł.
W tamtym momencie zadzwonił dzwonek na lekcje i nasza jednostronna rozmowa została przerwana. Od tamtej pory zaczął się mną interesować. Z każdym dniem spędzał ze mną coraz więcej czasu, zadawał pytania. Mnóstwo pytań. Po kilku miesiącach stałam się prawie normalna. Staliśmy się najlepszymi przyjaciółmi. Opowiadał żarty, z których ja naprawdę szczerze się śmiałam. Rozmawialiśmy, siedzieliśmy razem w ławce i mieliśmy gdzieś resztę klasy, która nas wyśmiewała i wymyślała erotyczne żarty o mnie i nim. Wiele razy doprowadzali go do łez, ale miał mnie.
Po ukończeniu szkoły straciłam z nim kontakt na zawsze. Staram się nie być tą osobą, którą byłam zanim go spotkałam. Tęsknię za nim... Nie ma takiego limitu słów, którego nie przekroczyłabym chcąc to opisać.
Mieszkam na wsi ok. 10-13 km od większego miasta. Mój dom otaczają pola, las i inne domki jednorodzinne. Tydzień temu, gdy poszedłem na wieczorny spacer z psem, a było to około godziny 21:30, po wyjściu z domu musiałem przejść koło lasu. Na początku trochę się bałem tam przechodzić, ale jakoś się przyzwyczaiłem, lecz jakiś minimalny lęk istnieje zawsze. Ciemno, a moją drogę oświetlała jedynie latarka. Jak zawsze miałem słuchawki na uszach i muzykę ustawioną na maksymalną głośność.
Jakoś w połowie mojej drogi ktoś łapie mnie za ramię. Nauczony filmami z USA i innych bijatyk bez zbędnego namysłu i obracania się, z jak największą siłą na jaką było mnie stać, wysadziłem tej osobie z łokcia z brzuch. Kiedy zobaczyłem kto leży na ziemi, nie wiedziałem, czy się śmiać czy płakać.
Otóż mój stary ojczulek, niedorobiony śmieszek, chciał "przynieść mi rękawiczki, bo strasznie piździ".
Najlepsze jak zawsze na koniec. Złamałem mu dwa żebra :D
Przed chwilą zostałam przez jakiegoś faceta zmieszana z błotem, bo przeszłam po trawniku. Nie było żadnego zakazu, chciałam skrócić sobie drogę. Po tym samym trawniku biegał jego pies. Usłyszałam, że jak nie odnajduję się w mieście, to mam wracać na wieś. Mówił, że zadzwoni na straż miejską, bo takich ludzi jak ja trzeba likwidować. Powiedział, że on tu mieszka na tym osiedlu i płaci podatki, więc jego pies może. Dostałam taką wiązankę, jakbym pobiła mu matkę, za cholerne wejście na trawnik.
Bądźcie dla innych mili, nie wiedząc przez co przechodzi druga osoba. Ja pewnie dopiero za kilka dni się otrząsnę, bo taka już jestem, że strasznie przeżywam. Jestem zła na siebie, że w takich sytuacjach stoję jak słup soli, mam ściśnięte gardło i nie umiem się odezwać. Dopiero potem czuję się jak śmieć.
Od niedawna mam nowy telefon. W sobotę siedząc na dość nudnym wykładzie oglądałam coś na telefonie i w pewnej chwili zostawiłam go, aby zapisać to co mówiła profesor. W trakcie pisania z mojego telefonu dobiegł donośny głos mówiący: "Nie słyszę co mówisz". Zanim zdążyłam ogarnąć co się stało, pani profesor powiedziała, że proponuje usiąść bliżej...
W telefonie włączoną miałam opcję głosowego wyszukiwania w Google, która co jakiś czas sama się włączała... Cóż, przynajmniej studenty się pośmiały :)
Rozmawiałam ostatnio z mamą, jakoś nawinął się temat traumy i powiedziałam, że moje dzieciństwo było okropne, przez co zaczęła się na mnie drzeć, ale nie o to mi chodzi. Wyobraźcie sobie coś takiego, mój najgorszy okres dzieciństwa to były tak klasy 3-5 podstawówki.
Od najmłodszych lat byłam dla wszystkich miła, zachowywałam się kulturalnie, jeśli ktoś potrzebował pomocy, to jej jak najbardziej udzielałam, no generalnie można by powiedzieć, że naprawdę cudowny ze mnie człowiek, głównie jednak było to spowodowane tym, że po prostu zostałam tak wychowana. Moje wychowanie miało duży wpływ na to jaka byłam/jestem, i wyobraźcie sobie coś takiego, że dziecku zawsze powtarzają, że dobro odpłaca się dobrem, a zło złem.
W moim typowym dniu szłam do szkoły, cała wypełniona przerażeniem, bo wszyscy byli tam dla mnie niesamowicie wredni i znęcali się nade mną dosłownie na każdej przerwie, ja mimo to nie przestawałam być miła, a oni to wykorzystywali i wciąż się znęcali, nawet nie wiedziałam za co. Biedna nie byłam, oceny miałam zwyczajnie, ani zbyt złe, ani zbyt dobre, wszystkim pomagałam i generalnie byłam miła, nie byłam w żaden sposób gruba ani brzydka, no takie typowe dziecko w zasadzie, niczym się nie wyróżniałam. A oni i tak, powiedzmy, że w takiej szkole siedziałam 7 godzin, na każdej przerwie (a często też lekcji) ludzie do mnie przychodzili i się ze mnie wyśmiewali, czegokolwiek bym nie zrobiła, to oni i tak wyciągali z tego coś złego, przez co płakałam, z tego też się śmiali. Byłoby to jeszcze do przeżycia, gdyby nie to, że wracałam do domu, a tam matka kłócąca się z moim bratem, potrafili co 5 minut zaczynać się o coś na siebie drzeć, nie mogłam nawet w spokoju lekcji odrobić. I tak dzień w dzień, każdego jednego dnia przez pierdolone 3 lata. Nawet teraz ryczę, jak przypominam sobie 9-letnią siebie, z myślami samobójczymi i bliznami po cięciu się, bo przez to wszystko już nie dawałam rady.
Dzisiaj mam lat 13, jestem po paru próbach samobójczych, przebytej depresji i anoreksji, za pół roku kończę podstawówkę, i czuję że zaczynam wreszcie odżywać. Jeśli czyta to jakiś dorosły, potraktuj to proszę jako przestrogę, nie bagatelizuj problemów dzieci.
Dodaj anonimowe wyznanie