Moi rodzice należą do tych "fajnych". Parę lat temu strasznie to doceniałam, bo widziałam, jak większość moich znajomych nie może nigdzie wyjść i tkwi w domu. Z czasem jednak przestało mi się to podobać. Dlaczego? Ano dlatego, że zaczęłam się czuć niepotrzebna.
Rodzice nie dawali mi pieniędzy czy pozwolenia na wyjście z uśmiechem, życząc mi miłej zabawy. Zawsze byli zapatrzeni w ekran telefonu, telewizora i jedynie przytakiwali, mówiąc, abym wzięła potrzebną sumę z ich portfela. Gdy miałam problem z zadaniem domowym, to nie pomagali mi z nim, a kazali "uczyć się samodzielności" i szukać odpowiedzi w internecie. Nigdy też nie okazywali mi specjalnie uczuć, nigdy nie powiedzieli mi, że mnie kochają. Nie pamiętam kiedy ostatnio mnie przytulili, pochwalili. Mama w trudnych dla niej chwilach traktowała mnie jak jej terapeutę, i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że miałam wtedy ok. 10 lat i swoje problemy z rówieśnikami, a w domu wysłuchiwałam o nadchodzącym rozwodzie rodziców, do którego ostatecznie i tak nie doszło, rodzice chyba zakochali się na nowo. Pamiętam też wszystkie nieprzespane noce, wszystkie złe oceny - nie mogłam się skupić na nauce, bo gdy tylko zasiadałam w ciszy, martwiłam się sytuacją w rodzinie. Za to im starsza jestem, tym więcej mam na głowie nie tylko przez szkołę, ale również przez ojca, który dokłada mi zadań w domu.
To przez nich nie umiem okazywać uczuć, nie czuję z nikim więzi. Nie tęsknię za nikim, nie czuję... w zasadzie to nic nie czuję. Czuję tylko, jak odstaję od mojej ostatnio dość szczęśliwej rodziny. Mam wrażenie, że żałują dnia mojego urodzenia, mimo że zawsze starałam się być idealna, tylko żeby mnie pokochali.
Mój kumpel miał kiedyś dziewczynę. Biedaczek zakochał się na amen. Wszystko mu w niej odpowiadało - zadziorny charakter, inteligencja, poczucie humoru, no i łóżkowe preferencje. Laska była bardzo skora do łóżkowych udziwnień, co mojemu kumplowi, staremu zboczeńcowi, bardzo pasowało.
Pewnego dnia okazało się, że dziewczyna spotyka się z kimś innym za plecami mojego przyjaciela. Konkretnie - z trzema różnymi facetami. Dziewczę mieszkało z rodzicami w ich domu jednorodzinnym i regularnie spraszała tam swoich gachów (w tym także i jej "oficjalnego" chłopaka). Już nawet nie pamiętam, jak ta sprawa wyszła na jaw, ale jedyne co sobie przypominam, to fakt, że mój kumpel poważnie się załamał. Nie powiedział jednak swojej ukochanej o tym, że odkrył jej mały sekret.
Niedługo po tym, mój kumpel spontanicznie wpadł do mnie na piwo. Uśmiechnięty od ucha do ucha, podśmiechując sobie pod wąsem. Usiadł na taborecie, otworzył piwo i wyszczerzył do mnie kły. Zapytałem go, skąd ta nagła zmiana humoru. No i opowiedział mi o swojej dobrze przemyślanej akcji, którą właśnie wykonał. A było to tak:
Zadzwonił do swojej niewiernej dziewczyny, która nie miała pojęcia, że została zdemaskowana. Po paru chwilach rozmowy przez telefon, zaczęli trochę świntuszyć i niewiasta zaproponowała swojemu chłopakowi, żeby ten jak najszybciej wpadł do niej do domu, bo rodzice mieli wrócić dopiero za półtorej godziny. Kolega już po dziesięciu minutach był na miejscu. Trzymając w rękach kwiatek. Od razu przystąpili do akcji, połączonej ze "zwiedzaniem" domu. Często ponoć tak robili - kopulowali więc na blacie kuchennym, pod prysznicem, na dywanie w salonie, a na koniec, kumpel rzucił swe dziewczę na wielkie łóżko jej rodziców. Odwrócił ją brzuchem do dołu, wyjął dwie trytytki (wiecie - takie plastikowe opaski zaciskowe) ze swoich spodni i przypiął partnerkę do metalowego wezgłowia. Laska ponoć zakwiczała z radości. A jeszcze bardziej ucieszyła się, gdy, kolejnymi dwoma przymocował jej nogi do jednego z elementów w po drugiej stronie łoża.
Biedna, przekonana była, że jej ukochany rzuci się na nią, tak unieruchomioną i dokończy, to co wspólnie zaczęli. Ale nie. Kolega jak gdyby nigdy nic założył na siebie ubranie, przed lustrem poprawił włosy i nie zwracając uwagi na coraz głośniejsze krzyki skrępowanej ofiary, grzecznie podziękował swojej dziewczynie za urocze miesiące związku. Już chciał wyjść z domu, gdy na stoliku w przedpokoju zobaczył kwiatek, który jej przyniósł. Wrócił więc do sypialni, bezceremonialnie wetknął go w zadek dziewczyny i jak gdyby nigdy nic wyszedł z domu.
Przyszedł od razu do mnie. Opowiedział mi tę historię, spojrzał na zegarek i rzekł "O, jej rodzice od pięciu minut są już w domu. Ciekawe co powiedzą na nowy wazon w sypialni..."
Na basenie Fala w Łodzi jest strefa saun. Miałam wtedy 17 lat, tuż przed 18. Jest tam strefa nagości, ale czasem są także środy dla pań. Dodam, że lubię tzw. gorące łóżka. Są zbawienne na moje plecy po treningu i siedzeniu w szkole.
I tak położyłam ręcznik i leżę golusieńka w pozycji ręce nad głową, a nogi lekko rozchylone. Pełen relaks. I nagle słyszę głos kolegi z klasy „Cześć, Laryna”... Patrzę – stoi koło mnie. Ja w pozycji wywalone piersi, nogi w pełnym rozchyleniu... No jak aktorka z pism dla dorosłych.
Co się okazało? Otóż pomyliłam dni i ta środa nie była dla pań, ale koedukacyjna. Na szczęście kolega okazał się wychowany w kulturze saunowania i nie podszedł do tego jak gówniarz. Nikomu nie powiedział, ale co się napatrzył, to jego.
Od tego czasu mam zapisane wszystkie dni pań w kalendarzu.
Wypadałoby napisać jakiś wstęp, a więc mam 21 lat, spotykam się ostatnio z 2 lata starszym chłopakiem, przed powrotem do domu na święta chciałam nam stworzyć jakiś romantico nastrój, coby nas na jakieś przedświąteczne amory zebrało. Studencki budżet na wiele nie pozwala, zwłaszcza kiedy kończy się miesiąc, ale stwierdziłam, że raz się żyje, żarcia z domu trochę zostało, z głodu nie umrę.
Godzinę czasu spędziłam w sklepie z pachnidłami do kąpieli, pierwszy raz w życiu miałam zrobić zakupy w takim miejscu, czytam ulotki o zapachach, wącham wszystkie po kolei, w końcu myślę, facet to pewnie jakieś cytrusowe będzie chciał, a no i nutka chilli do tego jeszcze, żeby dodać pikanterii całej sytuacji, do tego jakąś sól, żeby woda ładny kolor miała. Pędzę do Rossmanna, w końcu trzeba klimat zrobić, świeczki się przydadzą. Facet się pewnie nie spodziewa, w końcu jeszcze tego nie robiliśmy, kupię prezerwatywy, coby zaskoczenia nie było, jak już sytuacja się gorąca zrobi, a tu on nieprzygotowany na taką opcję. Po drodze do domu wpadł mi pomysł, że może jakieś wino bym kupiła, na rozluźnienie atmosfery. Ostatnie 15 zł na koncie, ostatni papieros w torebce, podejmuję trudną decyzję co wybrać. Wino czy fajki. Zaciskam zęby i myślę sobie, że jutro wracam do domu, więc wytrzymam jeden dzień bez palenia. Kupuję wino.
W domu szybko gole nogi, jednocześnie nakładając na twarz maseczkę i susząc włosy, bo on zaraz przyjdzie, a ja jeszcze niegotowa. Ledwo się wyrobiłam, przyszedł, siedzimy, rozmawiamy (on uprzedzony wcześniej o wspólnej kąpieli i zaproszony na noc), ja w międzyczasie zaczynam wszystko przygotowywać, pytam się go, czy idzie ze mną, on wchodzi, żeby skorzystać z toalety, ja czekam na jakąś reakcję, może go zaskoczyłam czy coś i w tym momencie zostaję strollowana najbardziej w swoim całym dotychczasowym 21-letnim życiu tekstem "Seeeerriiiooo? Wiesz co, ja to już idę spać, ale jak chcesz, to ci mogę plecy umyć, bo nie jestem fanem kąpania się dwa razy dziennie". Nie wiedząc co zrobić, odwróciłam się na pięcie, powiedziałam tylko "dobranoc", po czym w samotności upiłam się winem w wannie, paląc fajki z jego ramy, oglądając "Star Wars" na laptopie i zastanawiając się gdzie popełniłam błąd.
Jak się okazało, mogło być gorzej. Pomarańczowy olejek do kąpieli mnie uczulił.
Wiecie jak ciężko być cukiernikiem?
Ale jeszcze ciężej jest być cukiernikiem na diecie :(
Będzie to jedno z tych wyznań, o których raczej nikomu się nie mówi, ale jakże dobrze wspomina. Przecież każdy był kiedyś dzieckiem, a dzieci jak to dzieci, różne pomysły mają.
Nie wiem ile miałam lat, może 6, może trochę więcej... Nie pamiętam już.
Miałam przyjaciółkę w moim wieku, Milenę. Zawsze razem się bawiłyśmy, generalnie wszystko robiłyśmy razem. Byłyśmy jak papużki nierozłączki.
Któregoś dnia, bawiąc się u niej w domu, zainteresował nas stos gazet znalezionych w starej wersalce w pokoju po jej zmarłym dziadku. Jak się można domyślić, nie były to zwyczajne gazety, a te przeznaczone tylko dla dorosłych. Oczywiście postanowiłyśmy je przejrzeć i co więcej - spróbować kilku pozycji, które tam znalazłyśmy. Jako że panie w tych czasopismach były gołe, my też postanowiłyśmy pościągać z siebie wszystkie ubrania i przystąpić do działania. Gimnastykowałyśmy się na tej wersalce jak jakieś wariatki, na zmianę któraś była mężczyzną, a któraś kobietą, żeby bardziej realnie było oczywiście.
Nawet nam do głowy nie przyszło, żeby zamknąć drzwi na klucz, żadna nie wpadła na to, że ktoś z domowników może po coś przyjść do tego pokoju. I tak przy jakiejś dziwnej pozycji, gdzie jedna osoba, w tym przypadku ja, podpierała się dłońmi o łóżko z nogami uniesionymi przy ciele, a druga, czyli Milena, klęczała za nią i trzymała ją za stopy zostałyśmy przyłapane. Przez jej tatę.
Do tej pory pamiętam tę mieszankę wstydu i zaskoczenia, zarówno na naszych twarzach, jak i na twarzy taty Mileny. Żeby było śmieszniej, zaraz za jej tatą weszła jej mama z talerzem ciasta. A my nawet się nie ruszyłyśmy i nie odskoczyłyśmy od siebie, tylko zastygłyśmy w tej pozycji i nikt nie wypowiedział ani słowa przez kilka chwil. To naprawdę musiał być dla nich niezły szok. Dopiero po jakimś czasie, który dla nas trwał wieczność odezwał się tata koleżanki, wydukał ciche "aha, chyba nic mnie już nie zaskoczy, no, dziewczynki, może nam opowiecie co właśnie robicie?".
Rzecz jasna nie odpowiedziałyśmy nic, tata z mamą się jeszcze zaśmiali, coś tam powiedzieli i wyszli z pokoju. My się szybko ubrałyśmy i nie chciałyśmy wyjść z pokoju, no bo wstyd, obmyślałyśmy plan ucieczki oknem, ale wtedy wszystko popsuł śmiech mojej mamy, która przyszła mnie odebrać.
Baaaardzo długo do koleżanki nie przychodziłam, ani ona do mnie, a swoich rodziców unikałyśmy jak ognia przez chyba kilka miesięcy.
Mimo wszystko, gdy sobie to przypomnę po tylu latach, to aż płaczę ze śmiechu.
I niestety nawet nadziei nie mam, że ktoś o tym nie pamięta, bo skoro ja pamiętam, to inni tym bardziej. Największy wstyd jaki przeżyłam za dzieciaka :)
Chciałbym podzielić się moją historią, bo wśród rodziny i znajomych każdy bagatelizuje mój problem i nie chce mnie słuchać…
Mam 35 lat, żonę, dwójkę dzieci, duży dom, psa i dobrą pracę na wysokim stanowisku w jednym z dużych, zagranicznych banków (dla znających strukturę korpo VP), a co za tym idzie bardzo dobrą pensję. Problem polega na tym, że szczerze nienawidzę swojej pracy – wykańcza mnie ona psychicznie, nie radzę w niej sobie, ciągle chodzę zestresowany, potrafię cały dzień nic nie jeść. Wydawałoby się, że rozwiązanie jest proste – zmień prace. Wierzcie mi, że próbowałem, ale pracę na moim stanowisku można dostać tylko jak ktoś przejdzie na emeryturę albo umrze. Tak swoją drogą było w moim przypadku – szef miał wylew i umarł. Jako że trzeba zachować ciągłość procesu, powierzono mi tymczasowo jego zadania, a że dobrze mi szło, postanowili nie prowadzić rekrutacji na jego stanowisko, tylko powierzyć je na stałe mnie. Wtedy byłem dumny z siebie i przeszczęśliwy, szybko wzięliśmy kredyt na wymarzony dom (grubo ponad milion złotych, ale raty rozłożone na 25 lat z moją pensją nie były odczuwalne), żona zaszła w drugą ciążę, spełniały się nasze wszystkie marzenia.
Po jakimś pół roku od objęcia nowego stanowiska przestano mnie traktować ulgowo i zaczęto mi dokładać nowe zadania, przestano przymykać oko na drobne błędy moje i mojego zespołu, coraz częściej lądowałem na dywaniku. Przez to zacząłem osobiście sprawdzać wszystkie raporty osób z mojego zespołu, bo koniec końców to ja dostaję ochrzan za jakiekolwiek błędy. Wykracza to poza mój zakres pracy, więc ciągle muszę siedzieć po godzinach, do tego nie wyrabiam się z własnymi zadaniami, wiec siedzę w pracy nawet po 12-14h. Do tego doszło mi dużo zadań administracyjnych, spotkań dla managerów, które niewiele wnoszą, a zajmują dużą część mojego czasu. Mam już tego dość, marzę o prostej, bezstresowej pracy, ale wtedy byśmy musieli sprzedać dom, stracilibyśmy na kredycie. Swoją drogą przez Nowy Ład moja pensja znacznie zmaleje, a rata kredytu i koszty utrzymania domu znacznie wzrosły, wiec tym bardziej nie ma mowy o zmianie pracy na znacznie gorzej płatną, a tylko taką bym pewnie znalazł. Próbowałem nawet sugerować szefowi, żeby mnie zdegradował do poprzedniej pozycji, na której byłem szczęśliwy, ale potraktował to jako szantaż z mojej strony i zrobiła się tylko wielka afera.
Żona bagatelizuje moje problemy, mówi, że nie mam na co narzekać, bo wiele osób by chciało być na moim miejscu (szybka kariera, praca w zawodzie). Twierdzi, że gdyby było tak źle jak mówię, to by mnie dawno zwolnili, wiec na pewno dobrze sobie radzę i przesadzam. Ja jednak jestem kłębkiem nerwów, boję się, że będę miał zawał albo skończę jak mój były szef. Pracy nie mogę zmienić, choć próbuję. I tak z pozoru idealne życie jest dla mnie koszmarem.
Kojarzycie ten moment, kiedy chcecie sobie ulżyć?
A kojarzycie słuchawki bezprzewodowe?
Otóż naszła mnie wymieniona wyżej chęć.
Zamykam się w pokoju, włączam fajny filmik, ale zaraz, nie ma dźwięku... Podgłaśniam. Dalej nic.
Po kilku sekundach przychodzi do mnie mama z moimi słuchawkami w ręku, z których wydobywają się dzikie jęki...
Odkąd pamiętam matka mojego ojca (nawet nie zasługuje na to, żeby ją nazwać babcią) próbowała doprowadzić do rozwodu moich rodziców. Raz doszło nawet do tego, że dostali oni od niej gotowe papiery rozwodowe do podpisania. Kobieta ta oraz jej córka (teoretycznie moja ciocia) w przeszłości nie szanowały mojego ojca, ciągnęły od niego pieniądze (raz nawet zaciągnęły na niego pożyczkę ponad 20k, był on zameldowany jeszcze pod starym adresem, więc no tak to wyszło). On musiał to później spłacać (nie miał innego wyjścia). Gdy matka ojca dowiedziała się o tym, że moja mama jest w ciąży, zabroniła mojemu ojcu jechać z nią na USG, a gdy moja mama przyjechała powiedzieć mu, że spodziewają się dziewczynki, ta kobieta zamknęła mu drzwi przed nosem. Od momentu jak mój tata wprowadził się do mamy i do ich wybudowanego domu (jak ja się urodziłam), to jego matka pod moją i mamy nieobecność przyjeżdżała do naszego domu i zabierała nam nasze rzeczy – od płynów do kąpieli, po pieniądze, ubrania... Za każdym razem kiedy ojciec wracał z wizyty u tej kobiety, to był wkurzony, bo ona go na nas napuszczała, opowiadała o nas różne historie, co kończyło się awanturami, wyzwiskami, odgrażaniem się rozwodem...
Szczerze wolałabym wychowywać się bez ojca, niż żyć z takim, uwierzcie mi... Odkąd skończyłam 7 lat ojciec ani razu nie pojechał z nami na wakacje (niby tłumaczył to tym, że nie może wziąć wolnego, ale gdy moja mama poszła do kierownika ojca dowiedziała się, że nie ma problemu z wolnym i ojciec ma zaległe 20 dni urlopu, które musi odebrać). Czas, który mógłby poświęcić mi i mamie on wolał spędzać ze swoją mamą. Ja do tej kobiety nic nie miałam, póki nie zaczęła kraść i mi wmawiać, że moja mama jest su*ą itd.
Matka ojca teraz zachorowała na raka i tak szczerze, to nie jest mi jej ani trochę żal... Nie myślcie, że jestem dziewczyną bez serca, bo tak nie jest. W wieku 16 lat potrafię powiedzieć co jest dla mnie złe, a co dobre, i wiem, które osoby zasługują na mój szacunek.
Historia, którą tu opiszę zdarzyła się dosyć dawno. Jako mała dziewczynka brałam udział w wielu konkursach wokalnych i co za tym idzie bardzo chciałam grać na jakimkolwiek instrumencie. Moi rodziciele byli codziennie nękani milionem próśb o zapisanie mnie do szkoły muzycznej. Po osiągnięciu przeze mnie wieku szkolnego wreszcie zgodzili się na to, bym próbowała zdawać egzaminy wstępne do szkoły. Moja mama, chcąc aby jej dziecko spełniło swoje marzenie, przeprowadzała ze mną symulacje egzaminów w domu. Pokazała mi jak takie przesłuchanie wygląda, ustalała ze mną co mogę zaśpiewać komisji, o co mogą mnie zapytać i jak powinnam się zachować.
Wreszcie naszedł dzień przesłuchania, niestety mama była w pracy, więc na egzamin poszłam z tatą. Wiedziałam jak to będzie wyglądać i byłam bardzo rozluźniona.
Po wejściu na salę zobaczyłam komisję złożoną z pedagogów, którzy wyglądali bardzo ponuro i posępnie. Po chwili poprosili mnie, abym zaśpiewała jakąś piosenkę.
W związku z tym, że atmosfera jak na stypie, stwierdziłam, że rozruszam nieco towarzystwo i zarapowałam czołówkę z serialu dla dzieci "Ach ten, Andy". Komisja w szoku, tata w rogu sali czerwony jak burak. Lekko zdezorientowana pani zapytała, czy mam jakąś inną piosenkę w swoim repertuarze i wtedy zaśpiewałam "Świniorza" (piosenka z wiejską gwarą o chłopcu kochającym dziewczynę jak swoje świnie). Ludzie, którzy mnie egzaminowali, aż otworzyli usta (chyba ze zdumienia nad rozpiętością mojego repertuaru), a tata w rogu sali zapadał się pod ziemię. Oczywiście nie rozumiałam o co chodzi, ale rodzice do dziś wspominają ten egzamin.
P.S. Dostałam się do szkoły muzycznej na skrzypce :)
Dodaj anonimowe wyznanie