#FouhK
Przez kilka dni z niecierpliwością wypytywała nas, czy czasami nie było kuriera, bo zamówiła sobie jakąś przesyłkę. Zaciekawiona zapytałam co takiego sobie zamówiła, ale na początku nie chciała się przyznać.
Po odebraniu paczki zobaczyłam, że moja 70-letnia babcia zamówiła sobie MAJTKI PUSH UP.
Chyba jeszcze nie znam dobrze mojej babci :D
#TLFeQ
Moja mama zawsze była bardzo oschła i zdystansowana, ale pomagała innym. To ona rządziła w domu, nie ojciec (który był 20 lat starszy). Była bardzo surowa. Co ciekawe, nigdy nie uderzyła żadnego ze swoich dzieci. Najprawdopodobniej na charakter mojej mamy wpłynęły trudne doświadczenia z dzieciństwa (wychowywała się podczas wojny, jej rodzinę spotkało wiele nieszczęść).
A teraz historia właściwa.
Już za komuny mama pracowała w mleczarni. Była tam kobieta, która fałszywie oskarżyła moją mamę o kradzież sera, zapewne by zająć jej stanowisko. Złożyła też kilka innych donosów, więc mama kilkakrotnie musiała tłumaczyć się przed zarządem.
Jakiś czas później tej kobiecie spaliło się mieszkanie. Mama zaprosiła ją do naszego domu, powyciągała z szaf pościele, ręczniki, ubrania etc. Następnie kazała jej to zabrać. Kobieta oponowała: „Ależ pani Nowakowa, przecież pani pewnie wie, że to ja donosiłam na panią, a pani mi pomaga?”. Na to moja mama: „Bierz i WYPIE*DALAJ!”.
Koniec :)
#j8Cjx
Codziennie dziwię się mojej mamie, że potrafi całą tę bandę ogarnąć, poza tym zrobić zakupy, uprasować mojemu tacie koszulę na spotkanie z pracy, pogodzić moich braci, którzy mimo że mają 19 lat i wydawać by się mogło, że są już ogarnięci, często się biją miedzy sobą. Nic poważnego, przepychanki dzieciaków. Pomóc nam w lekcjach, uspokoić mojego tatę, jak wraca na skraju wytrzymałości z pracy, jest strażakiem od 22 lat (nie ma serca, żeby porzucić pracę, którą kocha), więc ponoszą go czasem nerwy, jak kolejny dzień miał ciężkie przeżycia. Poza tym moja mama idzie do swojej pracy i odwala kawał dobrej roboty, przeważnie też robi za psychologa dla sąsiadek i jej przyjaciółek, jak tylko wróci z pracy. Mój tata też jest niesamowity. Dzięki niemu każde z nas zdało prawo jazdy za pierwszym razem, to on mnie albo chłopaków odebrał z naszej pierwszej mocno zakrapianej imprezy i kładł do łóżka razem z mamą. Prawie codziennie ratuje życie innym ludziom, nic nie oczekując w zamian.
Mogłabym naprawdę wymienić jeszcze masę innych rzeczy, które moja mama bądź mój tata robią. Wiecie czego jeszcze nie zrobili? Nie wzięli ślubu.
Mój tata oświadczył się mamie jeszcze przed tym, jak zaszła w ciążę, ale w połowie planowania okazało się, że moi rodzice spodziewają się Adriana i Oliwiera. Odłożyli to na później. Później okazało się, że to bliźniaki i moja mama odłożyła to na jeszcze później, no przecież bliźniaki, a ona była młodziutka. Po tym, jak znów zaplanowali, okazało się, że teraz na mnie kolej. Znów przełożyli. Jak się i mnie doczekali, trzeba było wybudować nam większy dom. Znów nie było czasu. Po drodze wypadło tysiąc innych rzeczy, przez które nie mogli się pobrać. Przekładają swój ślub od 24 lat.
W Wigilię mój tata znów oświadczył się mojej mamie i już nasza w tym głowa, żeby tym razem wszystko było na czas i nikt niczego nie przekładał :)
#tJ4Wb
Wszystko się zmieniło, gdy urodziła nam się córeczka. Moja żona zmieniła podejście do mojej siostry o 180°. Nagle zaczęło jej przeszkadzać, że siostra nas odwiedza, nie pozwalała jej zbliżać się do małej, brać jej na ręce ani się bawić. Na każdą próbę rozmowy reagowała agresją, a mojej siorce było po prostu przykro, mi zresztą też.
Gdy raz siostra zaproponowała, że przebierze córce pampersa, moja żona wpadła w szał, powiedziała, żeby się nie zbliżała, bo wydrapie jej oczy. Dosłownie takich słów użyła.
W końcu postanowiłem, że nie odpuszczę, dopóki żona nie wyjaśni mi o co chodzi.
Okazało się, że problem jest w tym, że moja siostra jest lesbijką... Żonie uroiło się w głowie, że każdy dotyk i spojrzenie mojej siostry w kierunku naszej córki ma podtekst seksualny. Gdzieś wyczytała, że wśród homoseksualistów występuje więcej pedofilów.
Nie wiem co mam z tym zrobić. Kocham moją żonę, jesteśmy razem 8 lat i to pierwszy raz, gdy naprawdę jej odbiło, wcześniej nie mieliśmy żadnych problemów, praktycznie o nic się nie kłóciliśmy. Może to hormony, nie mam pojęcia, ale nie chcę przekreślać tylu lat z powodu jednej sytuacji. Z drugiej strony kocham moją siostrę, zawsze była jedną z najważniejszych osób w moim życiu, nigdy nic złego nie zrobiła i nie zasługuje na takie traktowanie. Coraz bardziej się oddalamy, sama przestała przychodzić, bo każda wizyta u nas kończyła się kłótnią. Chcę, by miała normalny kontakt ze swoją bratanicą, by mogła się z nią bawić, wziąć na spacer, by mogła ją przytulić. Tym bardziej że moja żona również ma siostry i one normalnie mogą zajmować się małą, brać ją na ręce, nawet kąpać i przewijać. Próbowałem postawić na swoim, ale każda rozmowa z żoną kończy się jej histerią i jazdą po moim sumieniu, że nie obchodzi mnie bezpieczeństwo córki i chcę ją wrzucić w ręce pedofilki. I strasznie mi wstyd, ale pod wpływem żony w pewnym momencie sam zacząłem obserwować siostrę, jej zachowanie, to jak patrzy i jakie wykonuje gesty. Nie zauważyłem nigdy niczego nieodpowiedniego, wiem, że nie skrzywdziłaby mojej córeczki. Niestety żona nie odpuszcza, do psychologa też nie chce iść, bo twierdzi, że to nie z nią jest problem, tylko z moją siostrą. Jestem załamany.
#Lvedt
Jak się domyślacie, w moim domu nie było mięsa, jajek itp. produktów odzwierzęcych. Rodzice surowo zabraniali mi ich jeść nawet kiedy jechaliśmy spotkać się z dalszą rodziną lub gdy wyjeżdżałam na zieloną szkołę. Przez to, że wychowywano mnie na wegankę, nie miałam zbyt wielu znajomych. Wielu rówieśników uważało to za dziwactwo i śmiało się z tego. Przez to, że nie mogłam iść jak inne dzieciaki do McDonalda czy poczęstować się wypiekami koleżanek, byłam uznawana za outsiderkę. Ciężko mi się było integrować, kiedy na wszystko musiałam odpowiadać "nie", bo przecież nie było mi wolno tego jeść.
Pewnego dnia spróbowałam mięsa. Miałam wtedy jakieś 12 lat. Skończyło się jednak wymiotami i bólami brzucha, ale byłam przekonana, że to może tylko jelitówka ze względu na to, że byłam wtedy na kolonii, więc łatwo było coś od kogoś złapać. Kilka lat później spróbowałam więc ponownie, zupełnie innego dania, w innym lokalu i... Wiecie co? Znowu to samo. Przestraszyłam się, bo na palcach jednej ręki mogę policzyć ile razy w życiu czułam się równie niedobrze, co po zjedzeniu czegoś niewegańskiego! Nie myślcie jednak, że uprawiam wegańską propagandę ;)
Na studiach miałam urwanie głowy. Musiałam pogodzić zajęcia z pracą i nie miałam czasu gotować, więc jadłam w biegu różne kupne wegańskie produkty, nie przywiązując wagi do tego, ile kalorii ani składników odżywczych spożywam. Po około dwóch latach to odbiło się na moim zdrowiu. Byłam osłabiona, szybko łapałam zadyszkę, często bolała mnie głowa i wszyscy dookoła mówili, że blado wyglądam. Zrzucałam to jednak na karb zmęczenia. W końcu doszło do tego, że zemdlałam na ulicy, a kiedy zabrano mnie do szpitala, badania wykazały, że mam anemię.
Zadzwoniłam do rodziców, a kiedy ci przyjechali by mnie odwiedzić, przez przypadek usłyszeli moją rozmowę z lekarzem. Byli oburzeni, kiedy wśród wymienianych produktów, które powinnam spożywać, by podnieść poziom żelaza, usłyszeli m.in. wątróbkę i że żelazo hemowe (to z większą przyswajalnością) znajduje się w mięsie, dlatego powinnam dla własnego dobra rozważyć zmianę diety.
Przemyślałam sprawę i postanowiłam, że spróbuję skorzystać z zaleceń lekarza.
Ostatni raz widziałam rodziców dzień przed wypisem ze szpitala, kiedy oznajmiłam im, że rezygnuję z diety wegańskiej.
W ciągu kilku miesięcy udało mi się pokonać anemię i nie wróciłam do weganizmu. Z rodzicami też nie rozmawiam, skoro dieta wynikająca ze światopoglądu była ważniejsza od mojego zdrowia.
#9VzuL
Maciek to mój rodzony brat, mamy po dwadzieścia parę lat.
#QNVvQ
Zostało mi to do dziś. Gdy wracam z zakupów, wsiadam do auta i zanim odpalę, zjadam pół bochenka chleba. Po prostu kocham świeży, cieplutki chleb, nie potrzebuję do niego nic, odrywam kawałki i jem. Wracam do domu i jem drugie pół z masłem albo pasztetem. Dziennie zjadam około trzech całych bochenków. Potrafię oglądać film i w trakcie zjeść CAŁY bochenek. Oczywiście jem też inne rzeczy w ciągu dnia, zawsze dwudaniowy obiad i mnóstwo przekąsek. Moje randkowanie zawsze szybko się kończy, wystarczy jedno wyjście do restauracji. Jeszcze nikt nie potrafił zaakceptować tego, ile zamawiam. I nie chodzi o pieniądze, bo lubię płacić za siebie, nie jestem księżniczką, której trzeba stawiać obiad.
Najdziwniejsze jest to, że nie jestem gruba. Wychudzona też nie, po prostu normalna. Ważę 57 kg przy wzroście 165.
Boję się, że mam jakąś chorobę albo tasiemca. Ale jakoś nie mogę wybrać się do lekarza. Bo w pewien sposób jest mi z tym dobrze. Kocham jeść, uwielbiam gotować i nie wyobrażam sobie po prostu przestać. Nie czuję się źle, nie mam problemów gastrycznych, żadnych gazów ani biegunek czy zatwardzeń. Czuję się naprawdę dobrze, z wyjątkiem tego, że ciągle jestem głodna.
#SXtlG
Moje życie zaczęło się wreszcie układać. Po latach męczarni, płaczu, depresji jestem szczęśliwym człowiekiem.
Aby to "uczcić", na plecach wydziarałam sobie wielkie skrzydła. Coś, co podniosło mnie z dołka.
Rodzina nie wiedziała o tym aż do świąt, kiedy to miałam na sobie sukienkę z szerokim dekoltem i tatuaż lekko wystawał z tyłu.
Oczywiście zaczęło się gadanie z każdej strony. "Będziesz żałować", "coś ty zrobiła", "znudzi ci się" oraz słynne "jak ty będziesz wyglądać na starość".
Wtedy po raz pierwszy odezwał się dziadek, siedzący naprzeciwko mnie.
- Jak to jak? Zajebiście.
Kocham Cię, dziadku :')
#3W8Ff
Zacznę od tego, że jestem w 8 klasie podstawówki. To był koniec września, początek października. Na lekcji fizyki źle się poczułam (było mi niedobrze, cała się trzęsłam i do tego ciężko mi się oddychało). Nauczycielka fizyki nie pozwoliła mi wyjść z sali chociaż na chwilę, więc tak siedziałam, ale nic nie pisałam, bo nie byłam w stanie, koleżanka z ławki wszystko notowała i mi później wysłała.
Zaczęła się przerwa – w końcu. Z koleżanką poszłam najpierw na dół do pielęgniarki, bo objawy nie ustawały, a co gorsza nasiliły się. Doszły duszności i płacz bez powodu. Pielęgniarki nie było (typowe), więc poszłam z koleżanką do pani pedagog. Dostałam stwierdzenie, że to przed okresem jakieś emocje i pani zrobiła mi herbatkę, więc tak siedziałam, ale nadal źle się czułam. Dopiero po jakichś 30 minutach mi przeszło, więc wyszłam i zamiast na lekcję poszłam do łazienki i sobie wyszukałam objawy ataku paniki. I wtedy już byłam pewna, że to nie żadne miesiączkowe humorki, tylko właśnie taki atak.
Moim zdaniem nauczyciele w podstawówce powinni chociaż trochę mieć pojęcie o takich tematach, chyba że się mylę.