#YyxX1

Historia, kiedy miałem siedem lat. Przeprowadziliśmy się z bloku do kamienicy obok, nasze mieszkanie kupiło jakieś młode małżeństwo.
Jak każde dziecko lubiłem pójść na dwór i bawić się do wieczora. Na podwórku było fajnie, ale nadszedł czas powrotu do domu. Idę więc do klatki, wklepuję kod i wchodzę do mieszkania. Kładę się na łóżku, ale ale... coś jest nie tak. Po powiedzeniu „cześć” nie usłyszałem żadnej odpowiedzi! Idę więc szukać mamy do salonu... a tam śpi kobieta, która kupiła wraz z mężem mieszkanie od moich rodziców. Szybko chcę iść do swojego domu, ale po cichu, żeby nie budzić tej pani, już dochodzę do drzwi, a tu wchodzi jej mąż z dzieckiem... Byliśmy tak samo zszokowani. Szybko wydukałem „Przepraszam” i wybiegłem.
Wróciłem do domu, jakby nic się nie stało. Niby nic, ale jednak coś. :D

#BBKDX

Było to kilka lat temu. Mieszkałam ze swoim chłopakiem i jego siostrą. Nam przysługiwał większy pokój, pełniący rolę salonu.

Był środek dnia, prawdopodobnie weekend, skoro mieliśmy czas o tej godzinie na chwilę namiętności. Byliśmy sami w domu, więc z niczym się nie szczypaliśmy. Namiętne uniesienia przerwał nam odgłos otwieranego zamka. Cholera! Chłopak zdążył się ubrać, ja jedynie bluzkę...

I tak siedziałam na rozbabranym łóżku, z gołą dupą, przykryta kocem, rozmawiając z jego ojcem, babcią i siostrą, którzy jak gdyby nigdy nic weszli, usiedli w naszym pokoju i zaczęli ze mną rozmawiać...

#tnHve

Znacie takie butelki zamykane korkiem na drutach? Dziś spotykane na piwach, ale kiedyś były powszechne nawet na butelkach z oranżadą.

Koło naszej wiejskiej chałupy był Klub Rolnika, do którego przywożono skrzynki owej oranżady, a gdy nikogo nie było (a w lecie wszyscy byli w polu), to składali toto na podwórku. Nasza zgraja (4 chłopaków) podkradała zawsze kilka butelek i wypijała nieco oranżady z każdej. Smakowało podwójnie, bo kradzione. A potem oddawaliśmy butelki na miejsce. I aby nikt nie zorientował się w zaborze mienia, musieliśmy uzupełnić zawartość... A jakiż to płyn, powszechnie dostępny, miał kolor podobny do gomułkowskiej żółtej oranżady? Tak, sikaliśmy do butelek...

Co do smaku – nie wiem, nie mogę się wypowiedzieć, ale przynajmniej kolor oranżada trzymała, a nas nikt na tym niecnym procederze nigdy nie przyłapał.

#ssSh4

Pisałam na anonimowej stronie do poznawania ludzi. 98% to zboki, 2% to śmieszki i normalne osoby – w czym ja. Moim „obcym” był napalony nastolatek. Bardzo nalegał na Snapchata, Skype'a, czy chociaż numer telefonu. Na tę ostatnią opcję się zgodziłam.

Do dziś wyobrażam sobie jego minę, gdy telefon odebrała 70-letnia zakonnica, nawracając go na drogi Pana.

#8JpnE

Gdy byłem małym brzdącem, rodzice często kąpali mnie i brata jednocześnie. Zawsze pozwalali nam się trochę pochlapać i pobawić w wannie, zanim rozpoczynało się wieczorne szorowanie. Pamiętnego wieczora również kąpaliśmy się razem. Miałam wtedy ok. 4-5 lat, brat 2 lata młodszy. Braciszek był spokojnym i dosyć strachliwym dzieckiem, ja natomiast byłam szalonym i rozwydrzonym bachorem z mnóstwem "genialnych" pomysłów. Wymyśliłam więc, że tak go przestraszę, że nie będzie mógł usnąć. Zanurkowałam pod wodę i dłuuuugo wstrzymywałam oddech, żeby udawać nieżywą. Brat na początku myślał, że sobie trenuję wstrzymanie oddechu pod wodą, jak to zawsze miałam w zwyczaju. Jednak po dłuższej chwili, kiedy się nie wynurzałam, wystraszył się, że coś mi się stało i zaczął mnie wołać, prosić, żebym się wynurzyła, szarpać mnie itp. Kiedy nic nie skutkowało, zaczął głośno płakać i krzyczeć, że się utopiłam. Czyli mój plan się powiódł! Ha! Wtedy wynurzyłam się z impetem z głośnym krzykiem, jak potwory z horrorów: "łaaaaaaaaaa!!!" Brat tak się wystraszył, że... uciekając z wanny zesrał się na podłogę. I wtedy weszła mama zaniepokojona krzykami... Po solidnym opieprzu, który pamiętam do dziś, kazała mi, za karę, po nim posprzątać :( Tym sposobem mój plan się nie do końca powiódł - to braciszek poszedł spać w dobrym humorze, a ja nie mogłam spać, całą noc płacząc w poduszkę z upokorzenia.

Dziś mamy prawie po 30 lat, a rodzina wciąż mi to wypomina.
Tak że tego... Taka tam historia z dzieciństwa ;)

#5rJRb

Siedzę ostatnio w publicznej toalecie w centrum handlowym. I nagle z kabiny obok słyszę: „Pomożesz? Papieru nie mam... Siedzę tu od 10 minut i czekam”. Mówię gościowi, że jasne, podam mu górą. Oderwałem trochę papieru dla siebie z myślą o tym, że też będę go potrzebował. Koleś w kabinie obok wstał, ja też, więc mu ten papier rzuciłem... i chyba miał dziurawe ręce, bo sekundę później usłyszałem: „No to sobie posiedzimy... Trafiłeś do muszli”. Myślę sobie, że przecież ja swój papier mam. Wyobraźcie sobie moja minę, gdy spojrzałem na spłuczkę, a tam mojego papieru nie było. Rzucając sąsiadowi rolkę strąciłem go przypadkiem i upadł na bardzo mokrą podłogę :(
No i tak sobie siedzieliśmy, czekając na jakiś ratunek.

Na szczęście po chwili wszedł nasz wybawca, rycerz odziany w niebieską zbroję – pan sprzątający. Gdy usłyszał naszą historię, to miał łzy w oczach ze śmiechu. No ale papier nam dał, więc po wyjściu z kabiny mogłem się też pośmiać, razem z kolesiem z kabiny obok :)

#27vSM

Od zawsze byłam dzieckiem kochającym wszelkie zwierzątka, co odziedziczyłam po dziadku, który ratował wszelakie pisklęta wypadnięte z gniazd, odchowywał je, po czym wypuszczał, oczywiście ptaszki te (najczęściej były to wróble) trzymały się blisko dziadkowego podwórka. Jednak jeden z nich tak się do dziadka przyzwyczaił, że został na stałe w domu, reagował na imię i nie odlatywał nawet pomimo otwartych okien.
Byłam tak zafascynowana wróbelkami dziadka, że sama marzyłam, by kiedyś uratować jakiegoś pisklaczka.
I tak oto nastał ten niezapomniany dzień i początek właściwego wyznania.
Miałam wtedy może z 5 lat, siedziałam sobie na swoim krzesełku i wyglądałam przez okno, gdy nagle na naszym parapecie usiadł gołąb, pochodził chwilę, po czym odleciał. Wtem mój dziecięcy wzrok przykuło coś, co kochany gołąbek zostawił na parapecie, a dokładnie czarno-biała kuleczka.
Pierwsza myśl „TAK! TO JEST MÓJ DZIEŃ I MÓJ PISKLACZEK!”.
Ach, ta dziecinna naiwność i wyobraźnia...
Cała radosna chwyciłam mój mały cud i poleciałam pochwalić się rodzicom. Do tego dnia pamiętam ich miny oraz w dalszej kolejności histeryczny wybuch śmiechu...

Bo to była najzwyklejsza w świecie ptasia kupa.

#nBgjr

3/4 mojej szafy to rzeczy z lumpeksów, do których chodzę przynajmniej raz w tygodniu.

W mojej klasie jest grupka dziewczyn, które mają obsesję na punkcie ubrań. Wystarczy, że w jakiejś znanej sieciówce pojawi się nowa kolekcja, a one już są ubrane w tych ciuchach od pasa w dół. Ja jakoś nie przepadam za kupowaniem w takich sklepach, bo nie dość, że bluzy kosztują tam po 80 zł, gdzie na lumpie znajdę ładniejsze za 8, to jeszcze takie same ubrania ma przynajmniej kilka osób ze szkoły, a więc zero oryginalności.

Najczęściej chodzę do lumpeksu w mini galerii, w której znajduje się też bardzo fajny sklep z ozdobami do domu, a więc owe koleżanki z klasy już wiele razy widziały mnie, jak wchodzę do lumpa, podczas gdy one wybierały sobie nowe ozdóbki do pokojów. Bardzo często wypominały mi to potem w szkole i rzucały jakimś chamskim komentarzem.

Pewnego dnia do szkoły przyszłam w NOWEJ bluzie adidasa, którą mama kupiła mi na urodziny w oryginalnym sklepie. Wtedy jedna z koleżanek, Julka, której przeszkadzało to najbardziej, podczas gdy siedziałyśmy w szatni na wf podeszła do wieszaka i zdjęła moją bluzę z niego. Zaczęła śmiać się i pytać, w którym lumpeksie ją kupiłam, wyśmiewała mnie, że muszę chodzić do sklepów z odzieżą używaną, bo zapewne nie stać mnie na nowe. Na koniec rzuciła tekstem, że wstyd chodzić w czymś, co już kiedyś ktoś nosił. Bluzy nie odwiesiła na wieszak, tylko rzuciła nią w stronę kosza na śmieci, bo twierdziła, że „tak właśnie robi się z używanymi dziadami”, na szczęście Juleczka nie miała za dobrego cela i bluza wylądowała obok pojemnika, na podłodze.

Po tej sytuacji nie zaprzestałam robienia zakupów w second handach, stało się to moim uzależnieniem i wydawałam na to już trochę za dużo pieniędzy. Korzystając z okazji, iż w jednym lumpeksie pojawiła się opcja sprzedania własnych ubrań, postanowiłam przynieść kilka ciuchów, których już nie noszę, ale nie są też zniszczone, żeby chociaż trochę zarobić. Była tam jedna szczególna rzecz, a mianowicie bluza, którą sama sobie zaprojektowałam na pewnej stronie, więc była jedyna w swoim rodzaju i nie ma możliwości, by ktoś inny miał taką samą. Była to bluza z napisem „I am an alien”, a pośrodku widniała grafika ufoludka, którego sama udoskonaliłam w programie graficznym.


Julcia, niech bluza Ci się dobrze nosi, widać, że ją bardzo polubiłaś, bo chodzisz w niej co drugi dzień :)
Dodaj anonimowe wyznanie