Z mężem staramy się o dziecko. To dopiero początki, ale strasznie się waham. Nie wiem, czy jestem materiałem na matkę. Dla wyjaśnienia, postrzegam siebie jako dobrą i ogarniętą osobę, nie odmówię pomocy, jestem miła dla innych, wykształciłam się i pracuję w zawodzie. Z mężem też mam świetne relacje i bardzo to kocham. Nie wiem jednak, czy jestem materiałem na matkę.
Patrząc na swoje koleżanki, które podczas spotkań w gronie znajomych sączą piwo 0% i głównie obserwują zamiast się bawić, dochodzę do wniosku, że jestem... inna. Chlałam równo z chłopakami (od pół roku nie, odkąd tylko zdecydowaliśmy się na dziecko), popalałam blanty z chłopakiem. Zawsze to ja jestem inicjatorem wspólnych śpiewów, w których uczestniczą wszyscy oprócz damskiej części towarzystwa. Ogólnie lubię się dobrze bawić. Nie puściły mi nigdy hamulce, tylko raz wymiotowałam po alkoholu i nigdy mnie nie odcięło podczas imprezy, z reguły to ja zawsze sprzątałam po i dokładałam jedzenia w trakcie. Ale dużo wtedy przeklinam, głośno się śmieję i głupio żartuję. Nie prowadzę też super zorganizowanego trybu życia jak one, mam wolny zawód, mąż też, więc często wyjeżdżamy za granicę, by tam wynająć tanie lokum i pracować. Mój dom nie jest idealnie czysty jak ich, a na jednej półce mam serce konia w formalinie i dwie czaszki zwierząt, zamiast zdjęć rodziny.
Za każdym razem podczas jakichś hucznych imprez, kiedy się bawię, mam wrażenie, że widzę zgorszenie na twarzach dziewczyn. Rozmawiają między sobą, wyraźnie mnie oceniając, zwłaszcza odkąd staramy się o dziecko. Co prawda mam znakomite relacje z ich partnerami i mężami, ze swoim mężem mamy najdłuższy staż w grupie, więc wielu z nich znałam jeszcze jako kawalerów. Jeździłam z nimi na kawalerskie (razem z mężem oczywiście), rozmawiam z nimi na co dzień, lubimy się. Jednak z ich dziewczynami, a później żonami też starałam się mieć fajny kontakt, chodziłam na ich panieńskie, a niektóre nawet pomogłam zorganizować, zawsze z nimi rozmawiam, ale one mnie jakoś odcinają. Kilka razy słyszałam, jak mnie obgadują, śmieją się, że nie będę dobrą matką.
Wstyd się przyznać, że w wieku 30 lat opinia kilku dziewczyn tak siadła mi na głowę, ale to prawda. Strasznie się boję, że przez moje zachowania, często lekkomyślność, dziecko będzie ze mną nieszczęśliwe. Wszystkie znane mi kobiety jak urodziły nagle się ogarnęły, nagle piwo 0%, noga na nogę i wszechwiedzące miny. To wszystko mnie przeraża, bo ja nie chcę się zmieniać. Boję się, że albo nie będę potrafiła się ogarnąć, albo gdy się ogarnę, to nie będę już sobą.
Mój tata jest takim „Januszem oszczędności”, że kiedy poszedł do Biedronki, aby kupić karmę dla psa, wrócił z jedzeniem dla kota, mówiąc, że na to była promocja, a pies i tak nie umie czytać.
Nie rozmawiałem z dziećmi od czterech miesięcy. Dzwonią w święta i w moje urodziny, ale nigdy pomiędzy. Nie winię ich. Byłem koszmarnym ojcem…
Parę dni temu mój 5-letni synek zapytał mnie, co takiego zrobił mój mąż, że się w nim zakochałam. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że spełnił moje marzenie o chłopcu, który wyznaje miłość stając pod oknem z boomboxem i kwiatami.
Dziś synek zapytał się, czy możemy iść odwiedzić jego koleżankę Kasię z osiedla. Zgodziłam się i całą rodzinką poszliśmy do Kasi (jej rodzice to nasi dobrzy znajomi). Wyobraźcie sobie nasze miny, kiedy podchodząc do bramy synek wyciąga z kieszeni przebiśnieg i swoje zabawkowe radyjko grające piosenkę z Toy Story i krzyczy "Kasia, będziesz moją dziewczyną?" :)
Tydzień temu dowiedziałam się, że moja mama ma raka. Zawsze byłam do niej bardzo przywiązana emocjonalnie, wręcz uzależniona emocjonalnie. Strasznie przeżywam jej pobyt w szpitalu, nie mogę przestać o niej myśleć w dzień i w nocy. Panicznie boje się że zaraz umrze a ja bez niej nie będę potrafiła żyć. Nie umiem normalne funkcjonować, skupić się na czymkolwiek i żyć. Czasem nawet myślę, że jeśli odejdzie, to odejdę razem z nią. Boję się zostać sama, mimo że mam dużą rodzinę i męża. Boję się zostać sama w pokoju, od razu dzwonię do mamy. Biorę leki od psychiatry, ale i tak sobie nie radzę. Bardzo chciałabym, żeby mama wyszła ze szpitala.
Jestem z moim mężem już 15 lat po ślubie. Znamy się jeszcze dłużej. Mimo wielu lat wciąż się kochamy. Dziś stał przed lustrem w samym ręczniku z jakąś dziwną miną. Przytuliłam, go od tyłu i zapytałam o co chodzi? Powiedział, że się starzeje, ponieważ zauważył na swojej głowie siwe włosy. I wtedy przypomniałam sobie ten mem.
- Każdy siwy włos na twojej głowie to krok bliżej do bycia czarodziejem.
Nigdy nie widziałam u niego tak szczerego uśmiechu :)
Wychowywałam się na wsi. Pamiętam, że kury biegały sobie wesoło po podwórku i jadły co tam sobie wydrapały. Mieliśmy mały dom, oborę, wychodek (nie mieliśmy łazienki), podwórze ogrodzone płotem, studnię, piaskownicę, ławkę przed domem i miejsce do trzymania naszego psa na łańcuchu. Oprócz mieszańca wilka z owczarkiem niemieckim mieliśmy małego kundelka, kury, gęsi i świnki. Świnki, które biegały sobie luzem po podwórku.
Tata co roku robił wino z czereśni, wiśni – co mu tam wpadło w ręce. Po wypiciu nektaru bogów, kazał mi i bratu wynieść tę butlę w wiklinowym koszu po winie i wysypać to co zostało na kompostownik. Niestety ja jako 7-letnia dziewczynka niezbyt długo mogłam nieść taki ciężar, bo zwyczajnie się zmęczyłam. Poprosiłam brata, abyśmy przystanęli na chwilę. Butlę postawiliśmy na ziemi. Na kamyczku... I pękło dno. Co tu robić? Panika. Tata będzie zły, my w płacz, a w tym czasie stróżka wina, które tam zostało, zaczęła płynąć po naszej drodze na kompostownik. Wtem podbiegły do nas świnki. I czując zapach wina zaczęły lizać je z ziemi...
To co wydarzyło się potem przeszło nasze oczekiwania... Świnie się upiły. Biegały, a bardziej próbowały biegać, przewracały się i tak śmiesznie wywijały raciczkami, kwiczały i ogólnie zrobiło się głośno, także przez nasz śmiech... Tata podbiegł do nas słysząc gwar i straszne świńskie kwiki i... Praktycznie padł ze śmiechu. Potem pomógł nam uporać się z butlą po winie i zagnaliśmy świnki do obory, zostawiając im dużo wody na kaca.
I tu historia mogłaby się skończyć. Ale nie wzięliśmy pod uwagę tego, że kury mogą zjeść pestki po winie.... Tak że wyobraźcie sobie pijane kury i koguta, który podczas piania wpierdziela się na grzbiet i wierzgając pazurami robi pijane, przeciągle kooookokokooooo.
Najlepsze wspomnienia są z dzieciństwa :)
Jestem w szczęśliwym związku, przynajmniej tak mi się wydaje, ale mój partner czuje do mnie obrzydzenie ze względu na moją przeszłość seksualną, uważa mnie za zwykłą szmatę.
Moja przeszłość nie jest zbyt ciekawa, a dość traumatyczna.
Jestem osobą delikatną, którą łatwo do czegoś zmusić poprzez manipulację i strach.
Pierwszego razu nie pamiętam – byłam za młoda, upita i nie ukrywam, że w pewnym momencie straciłam przytomność. Obudziłam się z ogromnym bólem i już wiedziałam, że straciłam dziewictwo. Pewnego dnia pod dużym naciskiem i przymusem oraz ponownie pod wpływem alkoholu ten sam partner, wykorzystując mój strach, chciał zmusić mnie do seksu oralnego. Pamiętam, jak klęczałam ze łzami w oczach, na szczęście zlitował się nade mną i odpuścił, nie musiałam tego robić.
Następny mój partner wykorzystał ten mój strach i często naciskał na seks, przespałam się z nim dwa razy, mimo że tego nie chciałam .
Po dłuższym czasie pojawił się w moim życiu kolejny, tym razem porządny chłopak. Spałam z nim dwa razy, ale tym razem był to uczciwy seks, nie był urozmaicony, lecz chciany. To pierwszy mój seks, w którym tak naprawdę się wszystkiego uczyłam.
Podsumowując, pamiętam swój każdy raz przed związkiem z nim. Nie jest o to trudno, bo wychodzi na to, że uprawiałam seks przed nim raptem sześć razy i raptem z trzema partnerami, on natomiast ma dość bogatą przeszłość, ale staram się o tym nie myśleć.
Myślę, że nie przeżyłabym takich pierwszych czterech razy, gdybym nie była wtedy za młoda, za głupia i za naiwna oraz gdybym była wtedy bardziej asertywna. Ostatnich dwóch razy nie żałuję, to był seks, na którym się uczyłam, a przede wszystkim był przepełniony zauroczeniem i był chciany z obu stron.
Teraz z moim partnerem sypiałam regularnie, nie jestem w stanie zliczyć, to z nim najwięcej przeżyłam i się najwięcej nauczyłam. Jestem z nim szczera, nawet jeżeli chodzi o bolesną przeszłość. Sedno sprawy – po poznaniu mojej przeszłości mój chłopak się mnie brzydzi... Mówi, że wymiotować mu się chce jak myśli, że ktoś inny mógł we mnie dochodzić, uważa mnie za wysypisko spermy.
Czy on ma rację? Czy rzeczywiście moja przeszłość jest aż tak zła? Czy to jest podstawa do obrzydzenia?
Nie wiem jak przeprowadzić z nim rozmowę. Nie chcę, żeby ten związek się rozpadł.
Bardzo go kocham i nie chcę go stracić, nie wiem jak mu pomóc, nie wiem w zasadzie jak nam pomóc.
W gimnazjum miałam konflikt z dyrektorem, uczącym jednocześnie historii. Wkurzał mnie, a ja jego. Nie cierpiałam go, ale dzielnie wkuwałam jego przedmiot - wroga trzeba pokonać jego własną bronią. On, niezbyt chętnie, stawiał mi te piątki i czwórki, bo rzeczywiście miałam jakąś tam wiedzę. Mimo to nasze relacje się nie poprawiły.
W ostatniej klasie gimnazjum dyrcio zgłosił mnie do jakiegoś tam projektu - "Wspieramy kujonów z zadupiów, wysyłając ich na drugi koniec Polski". Spełniałam wszystkie konieczne warunki (tam gdzie mieszkałam, to psy dupami szczekały, wrony do góry brzuchami latały, woda w kranie zawracała, a bida to już nawet piszczeć przestała), więc się zakwalifikowałam.
I wiecie co? Gdyby nie ten burak-dyro, nadal tkwiłabym w tamtej dziurze, gdzie sołtys asfalt na noc zwija, a internet w wiadrach się nosi. A tak wiodę sobie żywot w jednym z większych miast kraju i jestem wdzięczna dyrektorowi...
Ale nadal nie przestałam go nie lubić.
Mam przyjaciela, do którego chyba czuje coś więcej, mam wrażenie, że on też, jednak jego zachowanie mnie czasem myli.
Przyjaźnimy się już od pewnego czasu, spotykamy się, rozmawiamy na różne ciekawe tematy, jestem nim naprawdę zauroczona, jedynym minusem jest to, że mam problem z okazywaniem emocji i zazdrością. Gdy zaczyna temat o swoich innych koleżankach, od razu czuję to dziwnie uczucie w brzuchu, do tego są to często dziewczyny, które mam wrażenie są lepsze dla niego niż ja, pod względem zainteresowań czy różnych upodobań. Często widzę po nim, że jest naprawdę rozpromieniony, gdy pozna kogoś, kto słucha np. jego ulubionego wykonawcy. Nie dziwię się mu, że tak się zachowuje, jednak nie potrafię pogodzić tego z moją zazdrością, tym bardziej że nasze zainteresowania się dosyć różnią.
Następnym problemem jest moja nieumiejętność wyrażania konkretnych emocji, chociaż... może bardziej lekka obawa przed wyrażaniem ich właśnie przy nim, gdy jest mi naprawdę przykro czy smutno staram się i tak nie płakać przy nim, bo chyba go to denerwuje, a nie chcę sobie zaniżać szans u niego. To samo tyczy się rozmawianiu o problemach, z tyłu głowy zawsze mam to, że może jest to jakiś błahy problem i powinnam sama go rozwiązać?
Nie wiem co z tym zrobić, z jednej strony mam wrażenie, że ta relacja czasem nie ma sensu, ale z drugiej strony sam mówi mi o związku... że jest to realna myśl, do tego jest moim jedynym bliższym przyjacielem, z którym mogę się spotkać czy porozmawiać.
Jeżeli chodzi o rozmowę z nim na ten temat, to myślę, że jednak ten problem powinnam z nim omówić, sęk w tym, że nie wiem jak do tego się zabrać, żeby nie „zrazić” go do siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie