#J8HWX
Nie czuję się samotny będąc w pustym pokoju, lecz właśnie w sali pełnej ludzi. W konwersacji 1 na 1 potrafię mówić dopóki nie rozboli mnie gardło, jednak w większej grupie wolę milczeć niż walczyć o głos. Boli mnie, gdy widzę zdjęcia znajomych ze studiów w klubach, na domówkach czy w barach, bo przez to tylko bardziej odczuwam swoje odizolowanie. Z czasem zaobserwowałem u siebie mechanizmy obronne – przez jakiś czas kupowałem masę drogich ciuchów, nieświadomie próbując oszukać innych, że jestem zbyt dumny, aby z nimi rozmawiać. Inną obroną przeciw samotności było zachowywanie się tak, jakbym wcale nie chciał być w auli i całe te studia mnie irytowały. To wszystko jednak było kłamstwem, w które chciałem sam uwierzyć. Lepsze takie kłamstwo niż nieudolność wykonania podstawowej funkcji człowieka, czyli socjalizacji z innymi przedstawicielami naszego gatunku. Oby tylko przebrnąć przez te studia…
Niestety, ale społeczeństwo działa na takiej zasadzie, że jeśli chce się mieć znajomych to trzeba z nimi rozmawiać i spróbować poznać, a nie czekać na ich pierwszy krok.Nie bez powodu próby poznania kończą się negatywnie, mówisz, że radzisz sobie w konwersacji 1 na 1 dopóki nie rozboli cię gardło - to nie daje dobrego obrazu o tobie i we mnie nie wzbudziłeś tym pozytywnej emocji.
A może po prost przestań się starać A zacznij być sobą? Jeśli starasz się być życzliwy to znaczy że taki nie jesteś. Ludzie wyczuwają takie rzeczy i być może stąd Twoje problemy
Być może robisz wrażenie niedostępnego przez telefon, odosobnienie, ciuchy, bo ja wiem przez jakie jeszcze mechanizmy obronne i dla innych przez to nic na siłę, jak widzą, że nie chcesz.
Trzeba buzię otworzyć, albo chociaż się przyjaźnie uśmiechnąć czasami, podstawowe zasady znajomości, co tu debatować.
Czekaj, Twoją obroną przeciw samotności jest zachowywanie się jakbyś nie chciał mieć z nikim nic wspólnego, przez co wpędzasz się w samotność? Gdzie sens, gdzie logika?
Tak to działa często. ,,Ludzie mnie odrzucają, więc pokażę jak bardzo mnie nie obchodzą i nic dla mnie nie znaczą."
Bedac urodzonym introwertykiem pewnie skonczylbym podobnie gdybym nie zapisal sie do organizacji studenckiej na poczatku moich studiow. To stad mam wiekszosc moich znajomych i przyjaznie na lata.
To wyznanie to troche tak jakby dziewczyna ktora ostatni raz myla sie 3 miesiace temu, nie ogarniala konceptu higienicznego zalatwiania potrzeb fizjologicznych i zyla w szalasie na bagnach zaczela narzekac na to ze ma problemy z komunikacja miedzyludzka podczas wizyt w klubach do ktorych uczeszcza i czuje sie tam spolecznie wyobcowana ze wzgledu na swoje poglady.
TL;DR: Źle hierarchizujecie swoje priorytety...
Z tego co opisujesz, to myślę że masz ADS. Poczytaj o tym w internecie.
To ja zagaduję do każdego, mógłbym rozmawiać w nieskończoność, a też nie mam znajomych...
Oj biedaku. Jak Cię skręca na widok jak ktoś rozmawia i cieszy się życiem to właśnie świadczy, że jesteś wredny. Jeśli tego nie potrzebujesz to nie powinno Cię obchodzić, jak potrzebujesz to czemu sam się jakoś nie otworzysz tylko siedzisz jak buc z telefonem i jesteś wyniosły, a potem płaczesz po kątach? Ucz się życia małymi kroczkami, nadrabiaj.
Miałam tak samo.... Nigdy nie narzekalam na brak z znajomych a na studiach taka sama sytuacja. Nie wpasowałam się w żadną grupkę, myślałam że ze mną jest coś nie tak. Ale po studiach wszytsko wróciło do normy. Czasami tak po prostu jest że gdzieś nie pasujemy.
Ja na studiach miałem swoją grupę, znajomych, a za to w pracy jestem samotnikiem.