Moja historia miała miejsce kilka lat temu w gimnazjum. Szedłem po kredę do kantorka i po drodze, przechodząc obok łazienki męskiej usłyszałem jakby ktoś się z kimś szarpał i jakiegoś chłopaka, mówiącego do kogoś aby ten ktoś nawet nie próbował się odezwać. Byłem pewien że ktoś dręczy jakiegoś słabszego, wszedłem żeby jakoś zareagować, ale zobaczyłem coś zupełnie innego niż się spodziewałem.
Ujrzałem przyciśniętą przez jakiegoś chłopaka dziewczynę z całym biustem na wierzchu. Jego ręka była już w jej majtkach. Stałem jak słup soli i wtedy mimo mojej niemałej tuszy wystrzeliłem jak z procy, odrzuciłem chłopaka i dotkliwie go pobiłem w przypływie emocji. Dziewczyna zaczęła krzyczeć, zlecieli się nauczyciele, potem wezwali karetkę i policję.
Dziewczyna nic nie chciała powiedzieć, a moim zeznaniom nie uwierzyli dlatego, że byłem cichy i niezbyt lubiany i nauczyciele powiedzieli, że miałem nierówno pod sufitem, i to ten chłopak mnie nakrył jak ja chciałem zgwałcił. Niestety stała się najgorsza rzecz.
Ta dziewczyna to podłapała i razem z tym chłopakiem zeznali to samo. Dlaczego ona? Ponieważ tak się bała, że ten niedoszły gwałciciel na niej się zemści, jeśli się wygada, że wolała mi zrujnować życie. Za to co mu zrobiłem groził mi poprawczak. Nawet rodzice mi nie chcieli uwierzyć.
Chciałem popełnić samobójstwo i pewnie bym to zrobił, gdyby nie przyjaciółka tej dziewczyny, która dowiedziała się prawdy i powiedziała o tym nauczycielom, a potem to poszło dalej. Od tego czasu boję się pomagać i reagować. Niektórzy mówią, że nie mam w sobie ani grama empatii, ale to nieprawda. O ironio, rodzice teraz opowiadają tą historię jako bohaterski czyn i chwalą się wszystkim jakiego to mają syna. Kiedyś wybuchłem i przy gościach dopowiedziałem resztę prawdy i ich postawę. Nie zrozumieli tego co mi zrobili, zostawiając mnie samego pośród tych oskarżeń.
Ps: Dziewczyna, którą uratowałem, nawet mnie nie przeprosiła. Zastanówmy się ilu ludzi zostało skrzywdzonych w ten sposób...
Nie potrafię wybaczać. Każdą krzywdę, którą ktoś mi zrobił, zapamiętuję na bardzo, bardzo długo. Nie chodzi tu nawet o wielkie krzywdy, często wystarczy głupi komentarz, aby zrobić sobie ze mnie wroga. Nawet jak ktoś mnie przeprosi, to i tak nie mu nie wybaczam, po prostu staram się nie poruszać tego tematu, ale niechęć rośnie. Nie jestem mściwa, nie planuję potem zemsty, po moim zachowaniu nie da się rozpoznać, że kogoś nie lubię czy pamiętam, jak dwa lata temu się z nim pokłóciłam. Mimo wszystko, myślę wtedy bardzo źle o tej osobie, w głowie szydzę i nabijam się z niej.
Jedynym wyjątkiem jest tylko mąż i dzieci. Pamiętam każdą kłótnię z mężem i przykre słowa, które padły z jego ust, ale nie nienawidzę go jak reszty, która mi coś zrobiła.
Nikt o tym nie wie. Staram się nad tym pracować bo strasznie mnie to męczy, ta nienawiść niemal do wszystkich, ale nie jest to takie łatwe. Sama do końca nie wiem jak się tego pozbyć.
Babcie już tak mają, że lubią straszyć swoje wnuki. Ta nie była inna.
Leżałam w szpitalu po wycięciu wyrostka. Wyglądałam naprawdę mizernie, cała blada, kroplówka i często wymiotowałam (taka moja reakcja na narkozę).
Wraz ze mną na sali była dziewczynka, tak na oko 4-6 lat, wraz z babcią. Z tego co słyszałam, była zatrzymana na obserwacji tak na wszelki wypadek. Mała miała zwyczaj obgryzania paznokci, który babci ewidentnie nie odpowiadał. Cały czas tam leciały kazania, jak to źle i nieładnie. W końcu zaczęła straszyć małą, że jak dalej będzie obgryzać pazury, to skończy jak ja. Rozetną jej brzuch i będą musieli to wszystko z niej wyciągać. Mała patrzyła na mnie z przerażeniem w oczach.
Wtedy też do sali przyszła pielęgniarka z nowym lekiem dla mnie. Podłączyła mnie do kroplówki i jakieś 10 sekund później miałam reakcję alergiczną godną odcinka Dr. House'a. Musiało to wyglądać naprawdę nieźle, bo babcia się tylko nakręciła i krzyczała: Widzisz?! Widzisz?!
Na dziewczynkę ta lekcja chyba mocno wpłynęła, bo wieczorem próbowała wyciąć sobie paznokcie z brzucha... W szpitalu towarzyszyła mi do końca mojego pobytu. Nawet sobie porównywałyśmy blizny. Złapałam z nią fajną więź i ostatecznie jej rodzice zatrudnili mnie na opiekunkę.
Stąd też wiem, że babcia została wykluczona z rodziny, a mała panicznie się jej boi.
Brawo, pani babciu.
Widzę, jak zmieniam się w swojego ojca i mnie to przeraża. Widzę, jak uciekam od problemów gapiąc się całymi dniami w ekran, widzę jak krzyczę na wszystkich za każdy drobny błąd, tylko dlatego że mam zły dzień. Widzę, jak zatapiam się w jedzeniu bo nie umiem sobie z niczym poradzić, i widzę jak nawet moja twarz zamienia się w jego kopię...
Ostatnio wracając przez park wieczorową porą, zostałem pobity przez trzech dresów. Każdy z nich miał jakiś element garderoby związany z „patriotyzmem” (pamiętam, że jeden z nich nawet miał charakterystyczną, biało-czerwoną bluzę ze znakiem Polski Walczącej na całym przodzie).
Mam rozumieć, że mój telefon, zawartość portfela oraz wizyta w szpitalu po kilka szwów na twarzy były zapłatą za ochronę naszej ojczyzny przed jej „wrogami”?
Kilka lat temu na popularnym serwisie randkowym poznałam chłopaka o imieniu Adam. Nie byłam kimś, kto za wszelką cenę chciał kogoś mieć, a między nami nie zaiskrzyło jakoś szczególnie, więc po prostu rozmawialiśmy i nikt nie naciskał na spotkanie. W międzyczasie nawet poznałam kogoś i rozpoczęłam związek. Z Adamem nadal utrzymywałam kontakt, niemal codziennie. Rozmawialiśmy o gotowaniu, muzyce, problemach, wzlotach, upadkach, pracy, znajomych. O wszystkim. Trwało to ponad rok. Wiedziałam w jakim mieście gdzie mieszka i ile ma lat, w jakiej branży pracuje i chyba jak wygląda (przeskanowałam jego zdjęcia w Google grafika, system nie znalazł tych zdjęć nigdzie, więc możliwe, że nie były kradzione). Miał dłuższe czarne włosy, był szczupły, wysoki, całkiem ładny. Nie wiedziałam jak ma na nazwisko, nie było mi to do szczęścia potrzebne. Zaprzyjaźniliśmy się, pokazał mi nawet na portalu artystycznym rysunki swojej koleżanki, często portrety, które ćwiczyła rysując Adama i obrazki bardziej fantasy. Tu punkt warty zapamiętania: był z charakteru niezwykle oryginalny, charakteryzował się bardzo szarmanckim stylem wypowiedzi i miał pewne dziwne zachowania. Podobno lubił chodzić w długich płaszczach i zawsze nosił przy sobie nóż w ramach bezpieczeństwa. Nierzadko nazywał mnie też „moja pani” lub „pani”.
Pewnego dnia miałam problem z rozwalonym tekstem w pracy licencjackiej, więc poprosił, abym mu wysłała ten plik, a on go naprawi. Podał swojego maila. Z nazwiskiem. Byłam zdziwiona, bo raczej konkretnych szczegółów na swój temat nie podawał, ale powiedział, że znamy się już tyle, że nie ma problemu z podaniem mi nazwiska. Pracę poprawił, podziękowałam, znajomość była kontynuowana. Zaprosiłam go nawet do znajomych na FB, bo znalazłam konto po danych jakie mi podał, ale powiedział, że jest tylko dla „znajomych w realu”. Zrozumiałam, nie naciskałam.
Raz zniknął na kilkanaście dni i trochę się zmartwiłam. Napisałam do jego koleżanki od portretów, ale powiedziała, że Adam musi ogarnąć kilka spraw i skontaktuje się ze mną, jak skończy. Rzeczywiście, Adam odezwał się krótko potem i znów rozmawialiśmy codziennie.
Jakieś miesiące po jego zniknięciu powiedziałam, że mam zamiar obejrzeć „Hellsing”, anime, o którym mi kiedyś wspominał. Od tego czasu Adam przepadł jak kamień w wodę, jego koleżanka też nie odpisała. W końcu rozpoczęłam oglądanie serialu... Główny bohater to wypisz wymaluj Adam – z wyglądu, wypowiedzi, stylu ubierania się. A do jednej z postaci zwracał się „pani”. Do blondynki, czyli do kogoś podobnego do mnie. Zrozumiałam, że stworzył siebie na podstawie tego bohatera i gdy zorientował się, że skojarzę fakty, że cały on to ściema, zniknął.
Rok później zaczęłam pracę w USC i kiedyś postanowiłam znaleźć go w rejestrze obywateli. Człowiek o tym imieniu i nazwisku nigdy nie istniał.
Okej, to teraz moja kolej. Jestem wykładowcą i trafiłem tu dzięki mojej córce (która w pewien sposób jest też bohaterką tej opowiastki). Uczę historii na jednej z wyższych uczelni. Mam 52 lata. Mieszkam w domu z żoną i dziewiętnastoletnią córką. Jak przystało na archetypowego profesora, jestem roztrzepany, zapominalski i zdarza mi się zaspać na wykład, który mam prowadzić. Ludzka rzecz.
Poniedziałek. Sukinsyn budzik stwierdził, że to pierdoli. Baterie kupione na bazarze nie spełniły jego wygórowanych wymagań. Jednym słowem obudził mnie, ale nie przekonał. Ostatecznie oprzytomniałem pół godziny przed zajęciami.
Torpeda – wyjmuję z szafy jakąś wymiętą koszulę, driftem wjeżdżam do łazienki, jedną ręką operują w gębie szczoteczką, a drugą ściągam z suszarki wyprane dzień wcześniej spodnie. Przelotne rzucenie okiem w lustro. Gitara! Sprint do auta i już za 10 minut wpadam niczym błyskawica na wykład. Kolejna misja zakończona sukcesem. Jak to się mówi – bez większego przypału.
Prowadzę wykład dla 80 osób, czyli całego roku jednego z kierunków na uniwersytecie, więc staram się jak zwykle wypaść dobrze. Gdzieś tak w połowie zajęć kątem oka odkrywam coś różowego wystającego z mojej nogawki. Początkowo nie zwracam na to uwagi, jednak po chwili zauważam, że z każdym moim krokiem to coś jakby bardziej wyłania się na powierzchnię. Na twarzach studentów widać zaciekawienie. Ich uwadze również nie umknął ten szczegół. Zarówno oni, jak i ja zastanawiamy się co to jest. Ja tymczasem robię dobrą minę do złej gry i dalej prowadzę wykład na temat obyczajów panujących w zakonie krzyżackim. Taktycznie jednak usiłuję wycofać się do mównicy, aby tam, już poza polem widzenia młodzieży, dyskretnie pozbyć się tego cholerstwa. Nie udaje mi się to i gdzieś w połowie drogi z mojej nogawki wypadają różowe, koronkowe majteczki z uroczą wstążeczka na przedzie... Stoję i z niedowierzaniem patrzę na tajemnicze gacie, a następnie powoli przesuwam wzrok na publiczność. A ta, dzięki wybałuszonym oczom, przypomina teraz ogromne stado przerażonych sów.
Dopiero teraz dociera do mnie, co się stało. Dzień wcześniej robiliśmy pranie. Majtki mojej córki musiały, podczas wirowania w pralce, jakimś cudem wpaść do nogawki moich spodni. Żona tego nie zarejestrowała i powiesiła je na suszarce. Rano, w zamotaniu, nie zwróciłem uwagi na intruza kryjącego się w jeansach...
Usiłowałem to jakoś wytłumaczyć studentom. Przyjęli to z pełnym szacunku potakiwaniem. Co was będę oszukiwał – nie uwierzyli. Plotki szybko rozeszły się po całej uczelni. Żeby tego było mało, coraz częściej dostaję romantyczne liściki od studentów kochających inaczej. Niech to kurza stopa, do kroćset!
Tyle ode mnie.
Mam 20 lat. Często widzę, jak ludzie kłócą się w komentarzach na fb, często piszę swoją opinię, ale po chwili ją kasuję, ponieważ stwierdzam, że szkoda zachodu, bo i tak ktoś wie lepiej i powie, że to on ma rację.
Dzisiaj byłam z 7-letnią siostrą u babci.
Gdy ją odwiedzamy, mała zazwyczaj szaleje, ale tym razem siedziała cichutko, raz na jakiś czas uśmiechając się do babci. Po powrocie do domu zapytałam się, dlaczego była taka spokojna. „Bo ostatnio jak siedziałam cicho, to babcia dała mi kasę”.
Niezła jest.
Dostałam od mamy w prezencie psa, ponieważ stwierdziła, że jestem samotna i szczeniak rozwiąże wszystkie moje problemy.
Kocham psy, zawsze je kochałam. W domu rodzinnym zawsze jakiś był i przez to już bardzo szybko uświadomiłam sobie, że będę kochać tylko obce psy. Wiedziałam, że nie dla mnie jest wstawanie o świcie w najróżniejszą pogodę, żeby go wyprowadzić, wybawić rano, żebym mogła spokojnie pracować (pracuję z domu), świecić oczami na spotkaniach, bo szczeka, jojczy, domaga się uwagi i przepraszać za hałas i wiele wiele innych.
Pies jest ze mną od pięciu miesięcy, a moje życie zamieniło się w koszmar. Od pięciu miesięcy nie przespałam spokojnie ani jednej nocy (budzi mnie obecnie najmniejszy hałas, bo a może je coś, czego nie powinien), codzienne spacery mnie wykańczają (dostałam psa aktywnej rasy – cockapoo). Pies musi mieć dużo ruchu, a co za tym idzie ja też, tyle że z chorym kręgosłupem (dyskopatia, rwa kulszowa średnio trzy razy do roku) nie jest to najmilsze doznanie. Cierpię i fizycznie, i psychicznie przez niego. Wiele osób decyduje się na adopcję psa, bo np. pomoże w walce z depresją. Mój mnie za to chyba w nią wpędzi.
Nie jestem osobą bez serca. Kocham go, dbam o niego. Chodzimy do psiego przedszkola, do parku, dbam, żeby jadł najlepszą karmę jaką znalazłam, chodzimy regularnie do weterynarza, do groomera itp., ale jak myślę, że tak będzie wyglądało przynajmniej kolejne 10 lat mojego życia, chce mi się wyć.
Dodaj anonimowe wyznanie