Za czasów szkolnych byłam raczej drobnej postury i na lekcjach WF-u koszmarnie radziłam sobie w grach zespołowych, tj. siatkówka, koszykówka, piłka ręczna to był dla mnie koszmar. Niestety lekcje wychowania fizycznego w gimnazjum przez 90% roku szkolnego wyglądały identycznie: sprawdzenie listy obecności, krótka rozgrzewka, wybieranie składów (mnie zawsze wybierano na końcu) i gra w siatkówkę lub rzadziej w koszykówkę. Na domiar złego miałam nauczycielkę, która mnie po prostu nie lubiła i nigdy przenigdy niczego nie nauczyła. Po wielu lekcjach informowała mnie przy całej klasie, że za fatalną grę wstawia mi minusa. Tak się złożyło, że w mojej klasie były dziewczyny z dość dużą siłą w rękach i takie serwowanie podczas gry w siatkówkę przychodziło im z łatwością, ale zazwyczaj były gorzej wygimnastykowane ode mnie, były mniej zwinne, bo akurat w ćwiczeniach gimnastycznych byłam świetna. Z brzuszków zazwyczaj miałam szóstkę. To nie miało większego znaczenia, jeśli nauczycielka oceniała nas przez pryzmat tego, jak gramy w siatkówkę. Mój tata kiedyś trenował, więc jak któregoś dnia opowiedziałam mu o sytuacji w szkole, natychmiast wsiadł w samochód, przywiózł piłkę i uczył mnie. Nauczył mnie więcej w godzinę niż ta kobieta przez prawie pół roku.
Pewnego dnia nauczycielka zapowiedziała, że dziś będziemy skakać przez płotki. Ucieszyłam się, bo wiedziałam, że to coś, w czym czuję się dobrze. Poradziłam sobie świetnie, ładnie skakałam, podczas gdy siatkarki przewracały co drugi płotek. Na koniec lekcji wuefistka powiedziała, że płotki zbierają te dziewczyny, które najgorzej sobie poradziły. Spojrzała na mnie i powiedziała „No, na co czekasz?”. Poczułam się, jakbym dostała w twarz.
Może dziwnie to zabrzmi, ale tamta sytuacja zraziła mnie do uprawiania sportu. Dopiero w liceum trafiłam na świetną kobietę, która w kwestii prowadzenia lekcji była mistrzem kreatywności – były tańce, gry, gimnastyka, ćwiczenia na kręgosłup, aerobik, bieganie, skoki, każda lekcja wyglądała inaczej. Z miejsca dziękuję tej pani, bo to dzięki niej uwierzyłam, że ruszać może się każdy i sport to tak obszerna dziedzina, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
Dodaj anonimowe wyznanie
WF to zło. Miałem podobnie jak autorka. dopiero w szkole średniej trafiłem na spoko babeczkę, która wiedziała, że wolę sobie porządnie podźwigać na siłowni, zamiast np. grać w siatkówkę.
Ja też zawsze wolałem gimnastykę niż gry zespołowe.