Całe zdarzenie miało miejsce kilka dni temu.
Postanowiłam, że wyjdę na dwór, biorę telefon i dzwonię po kolegę. Zaczęłam od „Hej”, a potem zapytałam, czy może gdzieś wyjdziemy. Zgodził się.
Byliśmy umówieni w parku niedaleko mojego domu. Idę w określone w rozmowie miejsce, siadam na ławce i czekam. Po kilku minutach przyszedł.
Problem w tym, że pomyliłam numery i zadzwoniłam do swojego byłego, z którym nie miałam kontaktu od roku. I dzięki temu zdarzeniu znowu jesteśmy razem.
Głupia pomyłka, a tyle zmieniła :)
Od paru lat udzielam korepetycji. To co dzisiaj mi się przytrafiło pobiło wszelkie rekordy, jeśli chodzi o dziwne sytuacje związane z tą pracą.
Podczas zajęć, chłopczyk (12 l.) którego uczę, siedział z boku biurka i widziałam, że czymś się tam bawi. Normalna sytuacja – jest trochę nadpobudliwy i często muszę mu zabierać wszelkiego rodzaju zabawki, żeby skupił się na lekcji. W pewnym momencie żartobliwie pomyślałam, że rusza swoją ręką jakby się zaspokajał.
Niestety miałam dobre przeczucie.
Czy da się to odzobaczyć?
Zostałam postawiona przed faktem dokonanym. Przed moimi drzwiami objawiła się córka z 19-letnim synem (nie miałam od niej wieści od 10 lat – zrobiła mi wiele złego). Stwierdziła, że musi zostawić syna na tydzień, bo jedzie za granicę ogarnąć pracę i mieszkanie. Minął miesiąc, córka się nie odzywa, wnuk przez całą dobę z przerwami siedzi na komputerze – tylko gra, je raz dziennie i śpi. Jest zupełnie nieogarnięty, nie skończył liceum. Ja mam niską emeryturę i nie stać mnie na jego utrzymanie. Gdzieś tam ma ojca, który płaci alimenty. Nie wiem, jak rozwiązać tę sytuację. Jestem załamana.
Właśnie moja młodsza siostra, odrabiając zadanie, powiedziała na głos „kurwa” i przypomniała mi się ta historia.
Było to w klasie 1, 2 albo 3 klasie, dokładnie już nie pamiętam. W naszej sali mieliśmy szuflady oznaczone naszymi numerkami z dziennika. W tych szufladach mogliśmy zostawić książki i zeszyty, żeby nie musieć ich nosić do domu i z powrotem do szkoły. Była przerwa i moi koledzy z klasy zaglądali do mojej szuflady. Prosiłam, żeby tak nie robili. A w tej szufladzie miałam nie tylko książki... Było też tam mleko w kartonikach, bo właśnie takie mleko dawali nam w szkole. Tylko że ja, zamiast je pić, gromadziłam je w tej szufladzie, by ono w końcu zmieniło się w taki serek. Teraz nie mam pojęcia, po co to robiłam, ale młodsza ja widocznie miałam w tym jakiś cel. Chłopcy zaglądali do tej szuflady i się dziwili, dlaczego jest tam tyle mleka. Coś tam chyba gadali, a ja się zdenerwowałam i na cały głos krzyknęłam „KURWAAAAAAA!”... W klasie momentalnie cisza. Wyraz twarzy nauczycielki pewnie też był niezły. W sumie szkoda, że ona to usłyszała, bo w jej oczach byłam tą grzeczną, miłą dziewczynką, która nawet takiego słowa nie zna. Skończyło się tak, że dostałam uwagę do dzienniczka. A wtedy to jeszcze rodzic musiał podpisać taką uwagę w dzienniczku i dziecko na drugi dzień musiało pokazać nauczycielowi tę podpisaną uwagę. W domu dostałam szlaban i była awantura. Gdyby koledzy nie wpychali nosa w nie swoje sprawy, to by do całej sytuacji przecież nie doszło. Tylko dalej zastanawia mnie, po co mi było to mleko, a raczej ten serek...
W święta byłem świadkiem rozmowy mojej kobiety z jej siostrą, podczas której usłyszałem, że jestem tylko tym, co jej się trafiło. Opowiadała jej, że trzydziestka już wybiła i musiała znaleźć coś względnie przyzwoitego, choć ciągle marzy o jakimś wysokim przystojniaku z dużym przyrodzeniem i kasą, w którym się zakocha i jeżeli takiego pozna, to kopnie mnie w cztery litery. Mówiła o mnie jak o przedmiocie, który jest niedoskonały i wybrakowany, ale którego używa, bo jako tako spełnia swoje podstawowe funkcje. Krytykowała we mnie prawie wszystko i porównywała do byłych facetów. Słuchałem tego w ciszy i łzy same cisnęły mi się do oczu. Ona nie wie, że słyszałem. Czuję do niej okropny żal i najchętniej bym odszedł, ale jestem grubo po trzydziestce i boję się, że zostanę już sam. Nie wiem co dalej.
Najprawdziwsza historia z mojego życia...
Opiekowałam się kiedyś staruszką w Niemczech, nazwijmy ją Renatą. Miała mocno zaawansowanego Alzheimera, ale miło mi się u niej pracowało. Utknęła w czasach drugiej wojny światowej i często w czasie burzy próbowała się gdzieś chować myśląc, że to jakieś strzały. Pochodziła z Polski, ale jej rodzina uciekła w czasach komuny. Czasami mówiła coś w naszym języku. Renata bardzo lubiła czytać, prawie cały czas miała nos w książkach, więc kiedy wychodziłam do biblioteki, zapytałam, czy chce, żebym coś jej przyniosła. Podała mi konkretny tytuł, co bardzo mnie zdziwiło, więc dokładnie to, co chciała, przyniosłam jej z biblioteki.
Trochę powariowała z tą książką. Kiedy skończyła ją po raz pierwszy, powiedziała, że ma strasznie dużo błędów, że napisałaby to trochę inaczej. I mówiła, że ogromnie jej coś ta książka przypomina. Odłożyłam ją na półkę i zamierzałam odnieść, ale kiedy znów wybierałam się do biblioteki, Renata znów poprosiła mnie o tę samą książkę. Przedłużałam jej oddanie w nieskończoność, aż w końcu nawet kupiłam ją przez internet. A pani Renata czytała, odkładała, czytała coś innego i znowu wracała do tej książki tak, jakby nigdy wcześniej jej nie czytała. Co tydzień wychodziłam do biblioteki i co tydzień prosiła mnie o to samo. Tak było przez pół roku. A później pani Renata zmarła. Znalazłam ją w jej łóżku, z tą przeklętą książką na kolanach, całą zamoczoną, jakby czytaną do samego końca. Jej rodzina poprosiła mnie, żebym pomogła im poukładać rzeczy po babci, na co się zgodziłam, bo przez ten czas bardzo się do pani Renaty przywiązałam.
Pośród jej rzeczy znalazłam stare dokumenty i odkryłam, co tak niesamowitego było w tej książce. To pani Renata ją napisała. Kiedyś, dawno temu, nim zmieniła imię i nazwisko na niemieckie, jak jej rodzina.
I tak sobie myślę do dziś, jak okropna jest to choroba, ten Alzheimer.
Renata do końca życia czytała książkę, którą sama napisała i nie mogła sobie o tym przypomnieć.
Śpieszyłam się na randkę, więc wybiegając z mieszkania chwyciłam za moją torbę, dużą i sztywną, jak na zakupy, nawet nie sprawdzając jej zawartości. Kluczyki do samochodu, portfel i telefon zwykle trzymam w kieszeni, a torbę mam, żeby nie czuć się nago.
Poszliśmy do kina, wszystko przebiegało jak należy. Do czasu. Nagle poczułam, że coś ociera się o moją nogę. Pomyślałam, że może faceta wzięło na amory, ale nikt nie umiałby tak odgiąć nogi. Spojrzałam w dół i zamarłam. To był mój kot, którego budzi jedynie głód. Resztę seansu spędził na moich kolanach.
To była wspaniała randka.
Wiecie co ma 28 lat, jest krótkie, śmieszne i nie służy do uprawiania seksu?
Mój penis.
Jedź na święta do rodziny, odpoczniesz – mówili...
W czasie niedawnych Świąt Wielkanocnych pojechałem z bratem do rodziny. Dużo jedzenia, rozmowy – wszystko miło i fajnie. Po jakimś czasie pojawił się kolejny raz temat tego, że w wieku 30 lat nie mam dziewczyny (jestem gejem, ale rodzina nie wie). Strasznie zaczęli wypytywać, naciskać, że to już czas itd. Poczułem się okropnie, tak jakbym zawiódł ich i całe społeczeństwo. W złym humorze wróciłem do domu, po czym po półgodzinie dzwoni wuja z informacją, że zapytał się o numer sąsiadki, która jest w podobnym wieku do mnie i mam tego „nie spieprzyć”.
Szczerze, to chyba mnie to przerosło. Nie wiem kto jest bardziej nienormalny, ja czy oni, nie wiem też do końca, jak to załatwić.
Po ponad dwudziestu latach mam ochotę się rozstać. Kochamy się, kiedyś przyłapałam go na zdradzie, wybaczyłam, nie wracam do tego! Było pełno epizodów, kiedy to mogłam przypuszczać, że „coś jest na rzeczy”, ale wypiera się wszystkiego i potrafi się też dobrze chować z tym, że odwiedza portale randkowe. Wciąż się go czepiam o to, że nie zmyje naczyń, a jak zmyje to, że źle. Bez przerwy mam o coś pretensje. Powoli przestaje się odzywać, macham ręką, bo już nie mam siły. Jeśli poszłabym po pomoc, to tylko dla siebie, uważam, że to on powinien się postarać i zadbać o mój psychiczny komfort. Prośby, groźby i rozmowy, jak widać, na nic się zdają.
Dodaj anonimowe wyznanie