Mieszkam na wsi. Gdy byłam dzieckiem, wszystkie dzieciaki z sąsiedztwa w tym i ja bawiły się razem, wiek nie grał za bardzo roli. Potrafiliśmy całe dnie spędzać na zabawie, a matki musiały nas siłą ściągać do domu na obiad. Nasze pomysły od zawsze były dość nietypowe... Każdego dnia, bez względu na wszystko, po prostu zbieraliśmy się w grupkę i jak już wszyscy byli, to zaczynaliśmy się bić. Tak spędziliśmy prawie całe wakacje, to była nasza ulubiona zabawa. Zazwyczaj kończyliśmy, gdy ktoś zaczął płakać... I takim oto cudem kolega podczas takiej „zabawy” złamał mi rękę. Muszę zaznaczyć, że kolega był całkiem przy tuszy i gdy ja się przewróciłam, on po prostu skoczył mi na rękę. Gdy zaczęłam płakać z bólu, wszyscy momentalnie uciekli, a ja zostałam sama... Ledwo co dałam radę się podnieść i jakoś dotrzeć do domu. Nigdy nie powiedziałam mamie, jak to się stało. Gdy tylko założyli mi gips, następnego dnia znowu poszliśmy się bawić. Tym razem ja mając rękę w gipsie nie za bardzo miałam szansę w tej „zabawie”, ale wpadłam na pomysł. Gdy ów koleżka, któremu zawdzięczałam złamaną rękę, był zajęty i zupełnie się tego nie spodziewał, przywaliłam mu w nos ręką w gipsie. On natychmiast uciekł z płaczem do domu.
Teraz, gdy minęło ponad 10 lat od tego czasu, zastanawiam się dlaczego nikt nie zauważył, że grupka smarkaczy bije się ile wlezie każdego dnia i zawsze kończy się to płaczem.
Taka oto historia z dzieciństwa :D
Moja rodzina nie rozumie, że nie chcę mieć dzieci, a ja nie wyobrażam sobie poświęcić całe życie dla dziecka. Zresztą nie lubię dzieci. Niektórzy mówią, że mi się odmieni, jak będę miała swoje dziecko. Wtedy pytam, czy jak będę już miała swoje i mi się nie odmieni, to mam je wyrzucić na śmietnik? Nie pojmuję tej presji na wydanie na świat potomstwa.
Kiedy moja żona była umierająca, postanowiła, że dla każdego z naszych dzieci napisze osobiste listy. Niestety rak zaatakował jej mózg niezwykle szybko i nie była w stanie skupić się na pisaniu, a kiedy to robiła, często był to niezrozumiały bełkot. Próbowałem jej pomóc, napisać za nią, ale powiedziała, że będzie to miało większe znaczenie, jeśli będzie to jej własne pismo i chciała je dokończyć. Parę dni później zapadła w śpiączkę i zmarła. Zdążyła napisać zaledwie kilka zdań do naszego najstarszego dziecka, zostawiając jedynie zaadresowane puste koperty dla pozostałej dwójki. Wiedziałem, że będzie to druzgocące dla dzieci i może wywołać konflikt, więc zapłaciłem kobiecie specjalizującej się w kaligrafii, aby dosłownie powieliła pismo mojej żony. Przekazałem jej treść, kierując się komentarzami mojej żony, które skierowała do mnie na temat tego, co moim zdaniem byłoby znaczącymi słowami dla trójki naszych dzieci, gdy pomagałem jej pisać list. Zgodnie z jej życzeniem rozdawałem te listy przy specjalnych okazjach, takich jak daty ślubu, narodziny pierwszego dziecka, pierwszy dzień studiów itp.
Moje dzieci nie wiedzą, że listów tak naprawdę nie napisała ich mama. Nie powiedziałem o tym nikomu i mam nadzieję, że zabiorę tę tajemnicę ze sobą do grobu.
Jestem w trzeciej klasie gimnazjum. Sytuacja sprzed kilku miesięcy. Siedzę sobie w klasie, trwa lekcja pewnego ciekawego przedmiotu (nie zdradzę jakiego).
Nagle wchodzą dziewczyny z samorządu szkolnego, żeby coś ogłosić. Proszą o przynoszenie swoich starych książek, trwa jakaś zbiórka. Jeden z takich klasowych śmieszków, żeby zabłysnąć, wydarł się, że ma w domu używaną Kamasutrę.
Zniesmaczony nauczyciel, kiedy to usłyszał, powiedział ze spokojem:
- Oprócz tego masz chyba zużytą rękę.
W ten oto sposób czterdziestoletni nauczycieli zgasił myślącego wiecznie o jednym gimbusa.
Jestem organistą w małej parafii. Nad chórem mam wentylator, który podczas upałów wyciąga gorące powietrze z kościoła. Zawsze w obudowie tego wentylatora rodzą się ptaszki (wróble, gołębie). I przynajmniej raz w roku wlatują do kościoła i robią dużo szumu.
Kiedyś podczas mszy dla dzieci jeden z młodzików wróbla wypadł chyba z gniazda i znalazł się na stopniach chóru. Podniosłem go i pokazałem księdzu, który w tym czasie chodził z mikrofonem po kościele i rozmawiał z dziećmi. I powiedział coś, czego sam nie przemyślał: „Patrzcie, dzieci, jakiego ptaszka ma nasz organista”...
Chcielibyście widzieć minę rodziców dzieci. Sam przybrałem mocno czerwony kolor, a ksiądz dopiero po mszy został przeze mnie uświadomiony, co powiedział. I jak to brzmiało...
Zacznę od tego, że mam 26 lat i niespełnione marzenie zostania piłkarzem... Ale od początku.
Mieszkałem w małej miejscowości, można powiedzieć miasteczku. Również w tym miejscu uczęszczałem na treningi lokalnej drużyny. Jak twierdziło wiele osób wyróżniałem się na tle reszty i wróżono mi już jakieś sukcesy, a miałem tylko 15 lat. Niestety jak to często bywa, wiele osób zaczęło mi zazdrościć tego, iż jestem chwalony i lepszy od innych, co stanie się kluczowe w tej historii.
Rok później przepowiednie trenerów z klubu się sprawdziły, po jednym z meczów do klubu zgłosił się wysłannik jednego z czołowych klubów polskiej ekstraklasy, chcieli mnie zaprosić na testy. Wszystko zostało dogadane, już tydzień później trafiłem na treningi do juniorów. Wszystko wyglądało fantastycznie, świetne warunki, sztab trenerów, którzy dbali o wszystko, nowi koledzy służyli pomocą, rodzice byli dumni. Moje marzenia powoli nabierały realności, po tygodniu zaproponowali abym został, mieli wszystko mi zapewnić. Zostałem.
Gdy kończyłem 17 lat wracałem do domu do rodziców, na spotkanie z rodziną, wszyscy byli ze mnie dumni, że trenuję na takim poziomie. Jednak poza takimi ludźmi w miasteczku dalej mieszkali zazdrośnicy i dobrze o mnie pamiętali... Jednego wieczoru udałem się z moimi starymi kolegami na miejscową dyskotekę, która dla mnie skończyła się tragicznie...
Gdy mieliśmy już wracać z kumplami do domu po drodze spotkaliśmy naszych rówieśników, z którymi trenowałem w moimi pierwszym klubie, byli pijani i w przewadze. Wykrzykiwali do mnie, że jestem gorszy od nich, że zawsze byłem i nie mogę trenować w takim klubie, że nie zrobię kariery... Zostałem pobity... Dwie złamane nogi, pozrywane prawie wszystkie więzadła w kolanach... Więcej nie będę na ten temat pisał. Zaznaczę tylko tyle, że moja kariera została zatrzymana, już nigdy nie wszedłem na taki poziom jak wcześniej. Marzenia legły w gruzach.
Ale w końcu po 9 latach mogę spełnić swoje marzenia. Gdy już nie mogłem grać w piłkę, bo wciąż wracały kontuzje postanowiłem to zostawić i zająć się trenerką. Mam już kilka kursów i trenuję młodych u mnie w mieście, a kilka dni temu zgłosiła się do mnie drużyna, ta sama gdy byłem 17 letnim juniorem... Chcą żebym trenował u nich jedną z sekcji juniorów. Moje nowe marzenia mogą się spełnić. Jestem szczęśliwy.
Obawiam się, że mogę być niewystarczająco męski dla mojej dziewczyny, strasznie zaniża to moją samoocenę. Czuję, że jestem słaby, wiem, że we mnie przestała wierzyć, mimo że mnie kocha.
Poświęcam jej 100% czasu wolnego. Gdy pracuję, potrafię spać 3 h parę dni z rzędu, żeby tylko odebrać ją ze szkoły, robię jedzenie z makro jak tylko usłyszałem, że chce schudnąć itp. Potrafi spać godzinami przy mnie, gdy ja się na nią patrzę i pilnuję jej, żeby dobrze spała.
Dziś powiedziała mi, że wie, że sam nie potrafię nawet się spakować. Przeraża mnie myśl, że ona mnie zostawi. Jestem po próbie i boję się, że znów jest blisko, boję się samotności.
Prawie 15 lat temu, jak miałam trochę ponad roczek, mój ojciec zostawił mnie i moją mamę. Wyjechał do Anglii, ale już nie wrócił, i jak się okazało, ma tam nową rodzinę – żonę i dwójkę dzieci (syn i córka, oboje są młodsi, córka na ironię losu ma takie samo imię jak ja). Przez kilka lat jak byłam dzieckiem utrzymywaliśmy (slaby, ale jednak) kontakt, były rozmowy przez Skype (mało z tego pamiętam, raczej urywki niż całe wspomnienia), raz ojciec mi wysłał tablet. Obiecywał, że niedługo się zobaczymy, ale się nie zobaczyliśmy. Przestał pisać, dzwonić i wysyłać alimenty.
Kilka dni temu napisał do mojej mamy, czy może się ze mną spotkać, bo niedługo przyjeżdża do Polski. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony nienawidzę tego człowieka, zostawił mnie i moją mamę same na rzecz innej rodziny, a z drugiej strony mam do niego tak wiele pytań... Wiem, że już kiedyś chciał zaaranżować nasze spotkanie (znalazłam przypadkiem screeny rozmowy jego i mojej mamy, gdy mama dała mi swój stary telefon na stałe, najwyraźniej zapomniała je usunąć przed oddaniem mi go).
Z jednej strony chcę iść i spytać się wprost, dlaczego nam to zrobił, ale z drugiej strony na myśl o spotkaniu z tym człowiekiem ściska mnie w żołądku.
Dobija mnie pewien zwyczaj na pogrzebach, jakim jest składanie kondolencji. Podchodzi ci każdy z osobna i składa najszczersze kondolencje. W oczach 90% osób widać wyraźnie, że robią to na odwal się, nie są często nawet z rodziny i bo tak wypada. Zresztą co to da? Bliska mi osoba nie żyje i koniec. I co mi po jakichś życzeniach? Zdecydowanie bardziej wolę po prostu podanie ręki, ewentualne przytulenie bez słów. Sama bliskość jakiejś osoby na pogrzebie wystarczy, żeby wiedzieć, że ktoś cię wspiera.
Sytuacja, która miała miejsce chwilę temu. Na spacerze z psem (pies 5 kg) z innego bloku nagle wyszła młoda babka, maks 27 lat, z kundlem w stylu owczarka niemieckiego, wielkościowo takim samym.
Zawsze na spacerach skracam smycz mojego psa, by dać znać, że nie chcę interakcji, większość ludzi to rozumie, oczywiście mających psa na smyczy. Pani notorycznie wychodzi bez niej, a jej pies ciągle podbiega do innych psów, no i podbiegła do mnie i mojej suki.
Niechcący nadepnęłam na łapę tego psa, bo kundel wszedł mi pod nogi, nie było to mocne na szczęście, ale ta zaczęła gryźć mojego psa. Odepchnęłam ją, wzięłam mojego psa na ręce i niestety odpaliłam się i powiedziałam do tej kobiety coś w stylu, że co ona odpierd*la, czemu ten pies jest bez smyczy, a ta, że o tej porze (21.30) nie ma ludzi na spacerach – nieprawda, bo pół osiedla chodzi na spacery z psami od 21 do północy.
Powiedziałam jej, że jest pojeba*a i dodałam to o osiedlu. Powiedziałam na dodatek, że jak coś będzie mojemu psu, to ma przejeb*ne.
Jest mi głupio i wstyd, że tak się zachowałam, bo czuję się, jakbym zabrzmiała jak patola, ale z drugiej strony u niej to jest notoryczne, że nie trzyma psa na smyczy, a jak cudem trzyma, to nie umie go utrzymać. Chce mi się płakać.
Dodaj anonimowe wyznanie