#PymB0
Gdy kogoś poznaję, jestem miła i można ze mną swobodnie pogadać. Zawsze się staram witać i żegnać. Po jakiś czasie, zazwyczaj jest to parę dni, przestaję się odzywać do wszystkich, izoluję się. Ludzie się pytają skąd taka zmiana, dlaczego jestem cicha i z nimi nie siedzę. Na początku jesteś duszą towarzystwa, a potem szarą myszką, więc nic dziwnego, że zaczynają się pytać i dziwić.
Za każdym razem się tak dzieje, gdy idę do nowej pracy czy innego nowego miejsca. Na początku staram się, żeby ludzie mnie lubili, a potem dupa, nie chce mi się już. Wolę kogoś unikać, niż go spotkać i się przywitać. Nie wiem skąd to się wzięło. Przez to ludzie myślą, że jestem dziwna.
Zaczęło mnie to męczyć, więc unikam ludzi i nie mam znajomych. Gdy gdzieś jestem, to modlę się, żeby nikt się do mnie nie odezwał, ale niestety zazwyczaj jest tak, że mężczyźni do mnie zagadują.
#iOtSq
#6kBsA
Nikt się o tym nigdy nie dowie, z wyjątkiem was.
#njVKP
Mój mąż zamknął się w sobie i zawstydzony siedział ze skruszoną miną. Coś mi nie pasowało, bo nawet nie miał siły się bronić. Wyglądał na bardzo zażenowanego. Aż za bardzo. Postanowiłam z nim porozmawiać i pociągnąć go trochę za język. W końcu przyznał się… że czasem czuje się kobietą i podnieca go paradowanie po domu w damskich stringach, gdy jestem w pracy.
Sama już nie wiem, czy mimo wszystko nie wolałabym, żeby mnie zdradzał...
#T5d8G
#Fe6bD
To nie tak że się nie uczę. Miałam na początku trojki i jedynki - mózgiem z matematyki nie jestem, ale wystarczyło żeby mieć dwójkę na półrocze. W drugim półroczu niestety same jedynki. Na korepetycjach i w domu umiem, a w szkole stres i czarna dziura w głowie jakbym się nigdy tego nie uczyła.
Miał ktoś taki sam problem z anonimów lub podobny? Jeżeli tak to jak się nauczyliście i poradziliście sobie ze stresem?
#9f35k
Jestem od niej zależna finansowo, bo jeszcze studiuję i nie daję rady się sama utrzymywać, z normalną pracą jest tutaj bardzo ciężko. Marzę, że jak się całkiem usamodzielnię, nie będę musiała jej już więcej oglądać.
#hakBU
#UZrkf
Jakiś czas po ślubie powiedziałam mężowi, że ja już jestem gotowa na dziecko. Informacja bez spiny jak sam będzie chciał to możemy działać. Żadnych nacisków. Po kilku tygodniach mąż cały happy przyszedł do mnie, że na niego też już przyszedł czas.
Ogólnie poszło nam szybciej niż myśleliśmy, w życiu mieliśmy jeszcze troche bajzel typu moja obrona, jego długa praca, mieszkanie kątem u rodziców, potem nasz remont i przeprowadzka. Ogolnie działo się dużo, ale do porodu zdążyliśmy ze wszystkim. Moja ciąża przebiegała różnie typu ogromne mdłości = kilka tyg wyłączenia, potem powrót do pracy, potem kilka tyg infekcji (nie ma jak możliwości leczenia w ciąży), ale ogólnie jakoś dawałam radę. Mąż mnie bardzo wspierał przez cały ten czas, nawet jak normalnie do gin chodziłam sama to zawsze zainteresowany co i jak, ale przede wszystkim miałam w nim ogromne wsparcie psychiczne, a w ciąży przy huśtawce hormonalnej, do której dochodzi strach o dziecko jest to mega ważne.
Dziecko jest zdrowe, mój mąż jest świetnym ojcem. Zaczęliśmy przebąkiwać o kolejnym dziecku. Na początku bardziej mąż podsuwał temat jeszcze bez konkretnych deklaracji, potem ja stwierdziłam, że to już ten czas, że jestem gotowa i znowu bez nacisków czekałam na decyzję męża, a gdy ta nadeszła znowu poszło nam szybko.
Obecnie jestem blisko połowy ciąży, mój mąż dużo mniej pracuje, mieszkanie 100% zrobione, dyplomy w szafie leżą.
Ja ciąże przechodzę zdecydowanie gorzej, praktycznie całą spędzam w domu. Z dzieckiem jest ok, ale u mnie niekoniecznie i nie jest to moje widzimisię, tylko decyzja lekarza. Jak mam lepszy dzień to posprzątam, ugotuję, pranie robie na bieżąco, bo to nie jest duży wysiłek, wszystko co da się załatwić zdalnie ogarniam - zakupy, rachunki, różne zapytania, do tego mamy zmywarkę, więc talerze też nie stoją. Starszak chodzi do żłobka, mimo, że ja jestem w domu, bo nie zawsze byłabym w stanie zapewnić mu opiekę, czy posiłek na czas, już nie mówiąc o spacerach. Po prostu taka ciąża.
Do tego wszystkiego jestem w tej ciąży sama. Mam wrażenie, że mój mąż ma mnie za wariatkę, czy hipochondryka. Wiecznie słyszę, że nic nie robię, że mam wziąć się w garść, czy, że o czymś mogłam pomyśleć. Tyle, że po domu naprawdę widać kiedy się dobrze czuję, a kiedy nie, na badania jeżdżę sama, nie potrzebuję nańki, na sor pojechałam raz kiedy zdecydowanie źle się czułam - tak kazał mi mój lekarz. Psychicznie jest mi mega ciężko, nasze małżeństwo jest zimne jak nigdy, a ja się nawet nie mam komu wygadać.