#Ox5l3

Prowadziliśmy kiedyś z żoną knajpę w pewnej małej miejscowości. Żona zwykle otwierała o 12, choć zwykle o tej porze to można było się spodziewać tylko wpadających na plotki koleżanek. Pewnego dnia jednak, tuż po otwarciu, wkroczyło dwóch zupełnie nieznanych osobników, co już samo w sobie w miejscu, gdzie wszyscy się znają choćby z widzenia, było zjawiskiem dziwnym. Ale grzecznie poprosili o dwie „setki”, „tylko żeby było w szklaneczkach”. Potem również grzecznie wyrazili chęć zapłacenia przed konsumpcją, co często się nie zdarza. Potem usiedli w kącie przy stoliku przy oknie i… nic więcej się nie działo. Siedzieli dobrych parę minut nad literatkami bez ruchu i patrzyli przez okno. Nagle jeden z nich powiedział „Już!” – złapali za szklaneczki, wychylili zawartość i szybko wybiegli!

Ta sama sytuacja powtórzyła się kilka dni później. Znów zamówili po „setce”, znów zapłacili wcześniej, znów usiedli w tym samym miejscu i znów wybiegli w pośpiechu. Gdy cała historia powtórzyła się trzeci raz, żona nie wytrzymała i jej wrodzona ciekawość zmusiła ją do rozwiązania zagadki.

Na nieśmiało zadane pytanie jeden z panów stwierdził, że sytuacja rzeczywiście może wygląda dziwnie, ale nie ma w niej nic tajemniczego: „Jesteśmy pracownikami firmy X, zwykle pracujemy w Z., ale z racji urlopów oddelegowali nas tutaj. Właśnie skończyliśmy dyżur i wracamy do Z. autobusem. No i wpadliśmy na pomysł, jak sobie uprzyjemnić nudną podróż. Siadamy tu przy oknie, bo stąd widać, jak autobus wyjeżdża zza zakrętu. A jak go już widać, to wtedy szybciutko wypijamy wódeczkę, a zanim zacznie działać, to zdążymy dobiegnąć do przystanku, kupić bilet i usiąść gdzieś wygodnie. I wtedy wódeczka zaczyna fajnie działać i podróż szybciej mija…”.

#4cWon

Mieszkałem wtedy jeszcze z rodzicami. Był gorący czerwcowy dzień. Po powrocie z siłowni poszedłem wziąć prysznic. Gdy skończyłem zauważyłem, że nie ma ręczników, mama je wzięła do prania, a nie wyłożyła nowych. Byłem sam w domu, więc tylko wytarłem stopy o dywanik i poszedłem nago do dużego pokoju, gdzie mamy sporą szafę, a w niej m.in. ręczniki. Ledwo otworzyłem szafę, a usłyszałem dźwięk otwieranego zamka od drzwi. W odruchu bezmyślnej paniki schowałem się w szafie. Okazało się, że to moja młodsza 14-letnia siostra przyszła z koleżanką do domu, korzystając z tego, że lekcje skończyły im się tego dnia wcześniej.

Niestety wpakowały się właśnie do dużego pokoju i przez ponad godzinę stojąc zgięty w pół i goły w szafie musiałem wysłuchiwać pitolenia kto z kim chodzi, a z kim zerwał, kto się z kim całował na imprezie, co pani od geografii powiedziała, co nowego u Justina Biebera itp.

Wiedziałem, że o godzinie 15 ma angielski i będzie musiała wyjść, na szczęście tak właśnie się stało. Ale ten czas spędzony nago w szafie pozostawił trwałe ślady na mojej psychice.

#UA0WD

Uważam że w tym świecie nie warto mieć dzieci. Kiedy widzę poziom ludzi, którzy wypowiadają się w internecie o swoich bombelkach, to aż oczy bolą od patrzenia. W dzisiejszym świecie najwięcej ziemniaków mają ci, którzy nie mają ani warunków, ani pieniędzy, ani nic ważnego do przekazania swojemu potomstwu. Wszędzie tylko dej, 500plus i zasiłki dla nierobów... Wydaje mi się, że dlatego coraz częściej inteligentni ludzie rezygnują z tego "dobrodziejstwa" bycia rodzicami, bo skoro teraz musimy się użerać z tymi debilami, to jak bardzo ciężko będą miały nasze dzieci?

Głupota szerzy się szybko, co widać na tych wszystkich tiktokach i Instagramach, szkoda, że te wszystkie mamuśki, które nie znają nawet ortografii niczego prócz takiego nastawienia, że wszystko im się należy, swoim dzieciom nie przekażą. Wniosek: jak chcesz mieć dziecko zastanów się, bo toono będzie musiało użerać się z potomkami madekiłojców500+ .

#GqDrB

Pracuję w pralni. Takie, wydawałoby się, mało męskie zajęcie. Trafiłem tam przypadkiem. Ot, zwykłe ogłoszenie o pracę, rozmowa i... już. Co ciekawe, jestem z zupełnie innej branży i pralnię widziałem na oczy pierwszy raz podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Nie sądziłem, że jest tu taki nawał roboty i tak wielki stres. W porównaniu do innych firm tu jest piekło. Informacyjnie i organizacyjnie to koszmar koszmarów. Praca dosłownie na minuty, presja, klienci, pracownicy, zarząd, po prostu od wejścia jestem bombardowany informacjami i rzeczami do załatwienia "na już". A do tego plany pracy, plany produkcji, dziesiątki tabelek itp. Tak, to korpo. I mimo to podoba mi się. W parę miesięcy udało mi się ustabilizować produkcję, wyszkolić załogę i z sukcesem przeprowadzić restrukturyzację.

Nie udało się to kilku kolejnym ludziom przede mną przez ostatnie 3 lata. A ja mimo braku doświadczenia i znajomości branży nadałem ton zmianom i doprowadziłem wszystko do ładu. W korporacji jestem uważany za synonim sukcesu i gwaranta porządku, wszyscy mnie lubią i coś tam przebąkują o awansie. Ale od lat choruję na serce i taka praca jest dla mnie zabójcza. Wiele godzin, gigantyczny stres, to na dłuższą metę nie na moje zdrowie.

Nikt jeszcze tego nie wie, ale ja tak długo nie pociągnę. Muszę zmienić pracę, bo ta mnie zabije. Najgorsze jest to, że jak odnalazłem swoje miejsce na zawodowym szlaku, miejsce, które naprawdę lubię i gdzie odnoszę sukcesy, to muszę się wycofać. Zżyłem się z tą firmą, z ludźmi, wrosłem jak korzeń w skałę i kocham to co robię. Wiele osiągnąłem tym krótkim czasie. I cóż, szukam innej pracy. Odsuwam to w czasie, wybieram pracodawcę... Płaczę po cichu, jak nikt nie widzi. Któregoś dnia odejdę bez pożegnania i to będzie najsmutniejszy dzień mojego życia.

#pN3g9

Wiele osób lubi zapach lakieru do paznokci, benzyny, farby i tak dalej .Ja również, ale nie tylko zapach .Lubię jeść lakiery do paznokci. Po prostu odkręcam buteleczkę i przykładam pędzelek do języka. Nie robię tego często, zwłaszcza że nie używam już tradycyjnych lakierów i zdaję sobie sprawę, że moje dziwne upodobanie jest niebezpieczne, ale kiedy taki lakier wpadnie mi w ręce ciężko mi się powstrzymać od tego dziwactwa.

#trALm

Czytałem ostatnią relację, w której kolega pracujący w szpitalu opowiada historie o pacjentce podtruwanej przez sąsiadkę z pokoju.
Historia ciekawa, ale nie ma w niej nic nadzwyczajnego poza komentarzami pod postem. Ludzie piszą o ukaraniu lekarza lub zabraniu prawa wykonywania zawodu.
To co opowiadała pacjentka jest klasykiem jeżeli chodzi o urojenia pacjentów psychiatrycznych. Zresztą nie tylko u pacjentów leczonych przez psychiatrów. Wielokrotnie zdarzyło mi się słyszeć od pacjentów 80 lub 90 lat, że rodzina próbuje ich otruć. Czy to oznacza, że powinno się wzywać policję do każdego takiego pacjenta ?? Policjanci chyba nie mieliby czasu na nic innego oprócz takich zgłoszeń. Zdarzyło mi się również, że pacjent (wieloletni alkoholik), po odstawieniu alkoholu myślał, że szpital płonie, a my lekarze chcemy go zabić. Również klasyk u takich pacjentów. Jakimś cudem wyciągnął telefon i zadzwonił na 112…. Na szczęście zdążyłem wytłumaczyć dyspozytorce w jakim stanie jest pacjent. Czy dyspozytorka powinna mimo to wysłać straż pożarna, policję i ewakuować szpital? Do osób piszących te komentarze. Komentujecie rzeczy, o których nie macie pojęcia. Tak samo ludzie nie mający nic wspólnego z prawem krytykują wyroki sądów albo uważają, że znają się na budownictwie bardziej niż inżynier… Bo na chłopski rozum powinno być innaczej. Nie ośmieszajcie się i nie piszczcie nawet takich rzeczy

#5sMEY

Nie umiem stwierdzić, czy chorobę udaję, przesadzam z interpretacją chorób, czy może naprawdę objawy występują. Dzieje się tak przez ciągłe podejrzenia rodziców w młodości - "udajesz, bo nie chce ci się iść do szkoły" (pasek przez wszystkie lata szkoły). Wtedy to można było uznać za racjonalne, ale teraz boję się iść do lekarza. Obawiam się, że mnie wyśmieje, bo udaję chorobę. Kiedy weekend z gorączką spędzam w łóżku, nikt nie usłyszy ode mnie, że czuję się źle. Boję się, że pomyśli, że za bardzo się nad sobą rozczulam i co gorsza udaję. Mój narzeczony to rozumie, ale ktokolwiek nas odwiedza nie. Usłyszą, że dobrze się czuję i już mam wrażenie, że to jak zobaczyli mnie w piżamie, nieumalowaną, uznają za zwykłą szopkę. Miałabym to gdzieś, jak większość opinii innych na mój temat, ale w tym jednym przypadku nie umiem.

Piszę o tym, bo niedawno podczas choroby i wizyty rodziców narzeczonego na pytanie teścia odpowiedziałam, że dobrze się czuję. On spojrzał na mnie z rodzicielską miłością i dodał "przecież widzę, że tak nie jest".

#3zwLu

Uwaga, bo mocne.

Byłam w wieku podstawówkowym.
Podczas kąpieli wkładałam sobie świecę komunijną w pupę, żeby zrobić sobie dobrze. Tak, byłam bardzo dziwna.
I taką brudną świecę chowałam w schowku nad wanną. (Nawet nie przyszło mi do głowy, żeby ją wyczyścić).

Któregoś wieczoru do pokoju wparowała babcia z ową ubrudzoną świecą, bo dziadek znalazł, i pytała się mnie, co to ma znaczyć.
Co ja odparłam?
Że czyściłam nią wannę.
Dodaj anonimowe wyznanie