#IQ1ET

Niedawno przypomniałam sobie pewien moment. 
Gdy byłam w 2 czy 3 klasie szkoły podstawowej, zapomniałam pożyczyć zeszyt od koleżanki, a nie było mnie w szkole. Wróciłam do domu i przypomniałam sobie o tym fakcie. Matki jeszcze nie było, a ja wpadłam w histerię i błagałam Boga przez dwie godziny, żeby na mnie nie krzyczała i żeby nie biła.

Teraz widzę, jak bardzo bałam się mojej matki i jakim tyranem była.

#WKJFN

Właśnie się dowiedziałem, że jestem rogaczem. 
Wydało się przez przypadek. Żona rozmawiała przez telefon o kolejnym szkoleniu. Z kolegą. Po francusku. Niestety żona nie wiedziała, że chcąc zrobić jej niespodziankę, od ponad dwóch lat uczę się języka francuskiego. Kurs jest bardzo intensywny, prawie 16 godzin tygodniowo. Zdaje się, że to najlepiej zainwestowane pieniądze. 
Ten kolega to jej były chłopak ze studiów. Dzięki koneksjom rodziców jest teraz szychą. Niestety ja swoją karierę podporządkowałem wychowaniu autystycznego syna. 
Syn skończył w tym roku studia. Żona na „szkolenie” wyjeżdża za dwa tygodnie. Z prawdopodobieństwem 95% nie zastanie mnie w domu po powrocie.
Uczcie się języków.

#h5VKl

Dzisiaj kończy się pewien okres mojego życia. Mam 19 lat. Wyjeżdżam na studia. Właśnie wróciłem ze spotkania z moją dziewczyną. Jesteśmy razem od 1,5 roku. W sumie jest praktycznie jedyną osobą, jaką mam. Wyjeżdżam do miasta, którego kompletnie nie znam. Podejrzewam, że prędko nie wrócę do rodzinnego miasta. Zostawiam za sobą właściwie wszystko – wszystkie problemy i mnóstwo wspomnień. W tym czasie dwa razy próbowałem sobie odebrać życie. Wszyscy – rówieśnicy, nauczyciele i rodzina – mówili mi, że nie dam sobie rady. Gdy byłem w podstawówce, słyszałem, że nic nie osiągnę i że nie mam na nic szans. Gdy chciałem zmienić profil na biologiczny, mówili, że to nie dla mnie i polegnę. Nikt we mnie nie wierzył. Jednak postawiłem na swoim i zdałem dobrze maturę i dostałem się na studia. Teraz słyszę znowu na okrągło od rodziny, że po miesiącu wylecę z tych studiów i że zdziwią się, jak skończę pierwszy rok. 
Teraz kontakt nasz się ograniczy do jednego, dwóch dni na 2-3 tyg. Odcinam się od wszystkich wspomnień. Co teraz będzie dalej? Nie wiem. Liczę, że teraz jakoś to będzie.

#ryaIx

Pomimo tego, że jestem kobietą, nie rozumiem trwonienia hajsu na wesele. Narzeczony oświadczył mi się rok temu. Fajnie, w sumie trochę czekałam, bo jesteśmy razem już od ośmiu lat, dobrze by było się sformalizować choćby ze względu na papierologię, ewentualne dziedziczenie i dzieci.

Moja wizja ślubu zawsze polegała na ślubie cywilnym lub ewentualnie kościelnym i obiedzie dla najbliższej rodziny i przyjaciół – jakieś 30 osób. Nie chcę wychodzić na sknerę, ale szkoda mi wywalać 50k na imprezę dla ciotek-klotek, tym bardziej że z partnerem zarabiamy OK, ale nie jakoś szałowo, żeby móc pokryć z marszu koszty przyjęcia. Wiązałoby się to z minimum rocznym zaciskaniem pasa do granic możliwości, czyli zaspokajaniem podstawowych potrzeb do życia. Mi się to nie uśmiecha, aby odmawiać sobie przez rok wszystkiego po to, by zrobić jedną imprezę.
Narzeczony, jak się okazało, ma inną wizję. Chce wesela na co najmniej 100 osób, z orkiestrą, poprawinami, oczepinami i tym całym rozgardiaszem. Chce, żebym się wpakowała w białą suknię i ze wzruszeniem pomaszerowała do ołtarza, ku uciesze tłumów. I tu się zaczyna problem. Nie potrafimy znaleźć kompromisu. Żadnego. Albo po mojemu, albo wcale. Zaproponowałam zwiększenie gości do 50 sztuk (to i tak mega dużo) i obiad z kolacją i tańcami w rytm playlisty z laptopa. Nie zgodził się. Próbowałam wyciągnąć najcięższe działo, czyli jego i swoją mamę, jakoś je przekonać, że to bez sensu. Żadna nie stanęła po mojej stronie. Ogólnie każdy twierdzi, że to ja jestem nienormalna, bo nie chcę dużej imprezy. Nawet znajomi pukają się w głowę, że jak to tak bez wesela. A ja bywałam na dużych weselach i wiem, jak to jest – część gości będzie się super bawić, część siedzieć cały wieczór, a reszta przyjedzie tylko dlatego, że wypada. Nie zawsze też takie imprezy się zwracają. Nasze rodziny nie szastają pieniędzmi, jeśli zwróci nam się koszt talerzyków, to będzie sukces. A ja ostatnio bardziej myślę o kupnie mieszkania, aby wiecznie na wynajętym nie siedzieć. Mamy w końcu prawie 30 lat, ustabilizowaną pozycję w pracy i pora chyba mieć gdzie mieszkać. Czyli wesele albo wkład własny. Nie ma kompromisu.

Ech, musiałam się wyżalić, bo może ktoś podziela moje zdanie i doda mi otuchy w komentarzu, aby dalej walczyć o swoje. Niestety, ale wiem, że jak mnie przymuszą, to się zgodzę, jednak nie będę się bawić, tylko myśleć o tym, jak moje ciężko zarobione pieniądze są wlewane w gardła gości, którzy i tak potem powiedzą, że było średnio.

#CAJ5H

Zacznę od tego, że uczę się w szkole średniej, razem z moimi kolegami, którzy mieszkają w tej samej miejscowości co ja.

W podstawówce, w której byliśmy, były piękne dziewczyny, naprawdę rzadko której brakowało urody. Teraz niestety chodzimy do technikum. W klasie mamy dziewczyny, nie są one ładne czy zgrabne, ale chociaż są miłe. Moi koledzy mają z tym problem i tutaj się zaczyna moja frustracja. Za KAŻDYM razem, kiedy widzą te koleżanki, mówią jakie to one są brzydkie, grube i w ogóle, a sami są takiej urody, że ręce opadają. Kiedy upominam, żeby przestali, mówią, żebym się uspokoił, bo to prawda, że są brzydkie.

Jeszcze raz usłyszę taką odpowiedź, to któryś będzie wracał do domu ze szkoły karetką.

#yGZTb

Trzecia gimnazjum. Sprawdzian z geografii. Temat „Polska w świecie”, czy coś takiego.
Wśród pytań było jedno, na które nasz geograf po sprawdzeniu prac postanowił zacytować odpowiedzi. Pytanie było z mapą, na której trzeba było wypisać sąsiadów Polski.

Finlandię i Rumunię jeszcze wytrzymałem. Przy Chinach się załamałem...

#4KICu

Parę miesięcy temu z szóstką moich przyjaciół postanowiliśmy założyć „Stowarzyszenie wiecznych singli”, ponieważ każdy z nas miał za sobą poważny zawód miłosny bądź zupełny brak zainteresowania innych osób.

W ciągu tygodnia cała szóstka zaczęła z kimś się spotykać (cieszę się z ich szczęścia oczywiście), w klubie zostałam tylko ja.

Cóż, chyba czas kupić sobie kota.

#DLcsM

Rodzina mojego narzeczonego ma mega parcie na nasz ślub. Oni ogólnie są typem imprezowym – imieniny to na co najmniej 30 osób, urodziny to na sali itp. My raczej stronimy od podobnej rozrzutności. Nie to, że nas nie stać, oboje spoko zarabiamy, ale po prostu odrzuca nas podobne trwonienie kasy i często nawet jedzenia po to, żeby teściu mógł się napić ze szwagrem.

Tarcia już były, gdy narzeczony kończył 30 lat w zeszłym roku. Nie chciał imprezy w restauracji. Ja to uszanowałam, kupiłam nam wycieczkę i super. Jego rodzina jednak w tajemnicy przed nami zrobiła mu imprezę na sali. Wódka, tony żarcia, dawno zapomniana rodzina, ten klimat. Nie zaprosili żadnego z jego znajomych. Po prostu libacja dla rodziny pod pretekstem wystawienia mu urodzin. Mało tego, po imprezie nagle się okazało, że trzeba pokryć jej koszty. Siedem tysięcy się zebrało. Oni dali dwa tysiące, a pozostałe pięć my musieliśmy dopłacić. Po prostu dramat. Zrobiła się z tego awantura, powiedzieliśmy, że mają nam w ratach oddawać za imprezę, której ani ja, ani on nie chcieliśmy. No i oddają, po 20 zł miesięcznie. Jeszcze mają czelność ubolewać nad faktem, że z nas takie sknery i to oni muszą płacić za NASZĄ IMPREZĘ.

Ostatnio byliśmy na imieninach i zaczął się temat ślubu, bo jak to tak można tylko obiad dla najbliższej rodziny. Przecież nas stać. Ano było nas stać, ale wzięliśmy kredyt na kupno mieszkania i już nasze oszczędności nie są pokaźne. Poza tym w tym mieszkaniu oprócz gołych tynków wypadałoby mieć kuchnię czy łóżko do spania. Tłumaczymy ze spokojem, że dla nas ważniejsze jest własne mieszkanie niż impreza na 100 osób i wywalenie 50k w jeden wieczór, żeby towarzystwo się mogło przy kotlecie swobodnie alkoholizować. I wszystko OK, niby zrozumieli, temat ucichł, niektóre ciotki i wujkowie nawet pochwalili za rozsądek, aż tu nagle teściu wypalił do teściowej:  „Nie martw się, Elżunia, najwyżej im wyprawimy imprezę w tajemnicy, jak w zeszłym roku”. Krew jasna mnie zalała. Zrobiła się z tego awantura na sto fajerek, łącznie z wezwaniem pogotowia dla teściowej, której nota bene nic nie było. Rodzina się do nas nie odzywa. Wszyscy obrażeni.

Ja się cieszę, ale narzeczony chodzi jak struty. Do tej pory nie mogę pojąć, jak można tak z buciorami się ładować w czyjeś życie.

#Lpv0G

Nigdy nie miałem dziadka, bo jeden i drugi zmarł przed moimi narodzinami. Dzieciaki często mają zmyślonych przyjaciół, dlatego kiedy miałem 5 i 6 lat, to moim wymyślonym przyjacielem był dziadek. Podobnie jak większość dzieci miałem bujną wyobraźnię, więc wymyślony przeze mnie dziadek w mojej wyobraźni umiał kontrolować żywioły i mnie tego uczył.

Teraz historia właściwa: po odebraniu mnie z przedszkola tata poszedł ze mną do fryzjera i jak byłem obcinany, to przeszedł się do sklepu. W tym czasie (nie pamiętam w jaki sposób) temat mojej rozmowy z fryzjerką zszedł na mojego zmyślonego dziadka i opowiedziałem jej też o kontrolowaniu żywiołów przez niego. Fryzjerka pomyślała, że naprawdę mam dziadka. Ojciec później się nasłuchał od fryzjerki, jak płacił za obcięcie mnie, że pewnie ten dziadek to jakiś pijak, skoro wymyśla mi bzdury o kontrolowaniu żywiołów. Później ja w domu się nasłuchałem za to, że gadam obcym ludziom, co mi ślina na język przyniesie. 
Od tamtej pory przez resztę dzieciństwa nie opowiadałem już dorosłym o wytworach swojej wyobraźni.

#hE1JK

Ostatnio dowiedziałem się, że chłopak, który przez sześć lat podstawówki znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie tak bardzo, że w wieku 12 lat miałem próbę samobójczą i mimo upływu wielu lat nadal nie mogę sobie poradzić z przebytą wtedy traumą, został policjantem...
Dodaj anonimowe wyznanie