Mój narzeczony ostatnio stwierdził, że skrzeczę zamiast śpiewać i mam przestać.
Odgryzłam mu się, że sam nie ma głosu anioła, a przecież często podśpiewuje pod nosem. Obraził się na mnie.
Od dwóch tygodni przy każdej okazji (branie prysznica, gotowanie, słuchanie muzyki) wydzierał się i mówił, że śpiewa.
Dziś przestał. Przyszła sąsiadka z mieszkania obok i spytała, czy u nas wszystko w porządku, bo czasami słyszy wrzaski, jakby dziecko ze skóry obdzierano :D
Kątem oka zauważyłam, że kolega z biurka obok idzie do pokoju socjalnego. Podałam mu szklankę i nie odrywając się od pracy, rzuciłam krótką prośbę: „Nasikasz mi?”. Po chwili wrócił ze szklanką pełną napoju o słomkowej barwie, którym z ulgą ugasiłam pragnienie, dostrzegając, że na twarzy obserwującej mnie nowej stażystki obrzydzenie miesza się z szokiem. Zrozumiałam, że biedna dosłownie wzięła nasz żargon...
Jeden z klientów firmy obdarowuje nas napojem izotonicznym, który produkuje. Przy biurkach nie wolno nam pić z butelek, a żeby nalać go do szklanki, trzeba mocno nadusić na butelkę, aż przez niekapiący korek poleje się strumień. Kiedyś koleżanka nazwała to sikaniem. Jak przystało na dojrzałych ludzi, mieliśmy niezły ubaw. Jednak kiedy emocje opadły i skończyły się śmichy-chichy, zwrot „nasikasz mi?” przestał wszystkich bawić i dziwić, za to na stałe wszedł do naszego słownika jako skrót od prośby „nalejesz mi napoju izotonicznego?”.
Nie wiem, czy po fakcie dziewczynę przekonały te wyjaśnienia, ale do końca stażu patrzyła na nas z pogardą.
Dziś poszedłem do jednej z galerii handlowych, żeby kupić sobie bluzę. Gdy siedziałem w przymierzalnie usłyszałem rozmowę dwóch dziewczyn w sąsiedniej kabinie:
- Czy te spodnie nie sprawiają przypadkiem, że mój tyłek wygląda na duży?
- Nie, moja droga. Twój tyłek sprawia, że te spodnie wyglądają na duże...
Szczerość to podstawa.
Kiedyś chciałam się zabić. Zabrałam tacie tygodniowy zapas różnych tabletek. Wzięłam jakieś 40. Ostatnia była jakaś dziwna, ale stwierdziłam, że i tak ją wezmę. Okazało się, że jest czosnkowa, a ja czosnku nienawidzę. Zwymiotowałam od tego smaku.
Jestem takim przegrywem życiowym, że nawet nie potrafiłam się zabić...
Moja mama jest Japonką, a tato Polakiem. Cóż, wygląd odziedziczyłem po mojej rodzicielce, nadano mi też japońskie imię, więc chcąc nie chcąc - nieco się wyróżniam mieszkając w Polsce. Codziennie przeklinam swoje ciemne, skośne oczy i bladą skórę. Dlaczego? Otóż nigdy jeszcze nie byłem w prawdziwym związku, nie miałem prawdziwych przyjaciół... Bo lgną do mnie same fanki (a nawet fani) mang i anime. Z kolei osoby, które nieszczególnie interesują się Krajem Kwitnącej Wiśni, z góry mnie odrzucają, przekręcają moje imię, żeby brzmiało zabawnie... Ale to już mi nawet nie przeszkadza, gorzej mam z mangozjebami - każda osoba z tego grona zadawała mi niezliczoną ilość pytań na temat Japonii, byli bardzo nachalni, w pierwszy dzień znajomości potrafili mi się pchać do domu, byleby tylko zobaczyć moją mamę. Nie interesowali się mną, tylko moim pochodzeniem. Każdy protest z mojej strony kończył się kłótnią i zakończeniem znajomości.
Teraz jestem na tyle uprzedzony, że nie dopuszczam do siebie żadnych ludzi. Oczywiście, chciałbym mieć przyjaciół czy dziewczynę, ale wolę już być sam niż męczyć się z ludźmi, którzy przyjaźnią się tylko z moją azjatycką cząstką.
Uczę się na fryzjerkę, a moja mama prowadzi swój salon, w którym często jej pomagam. Salon jest w większej wiosce i mimo iż jest mniejszy, cieszymy się renomą. Opiszę wam kilka sytuacji związanych z klientami.
1. Jest 24 grudnia, godz. 15, dzwoni telefon służbowy, więc odbieram i wywiązuje się taka rozmowa:
- Tak, słucham.
- Dzień dobry, ja bym się chciał dzisiaj obciąć, o której mogę podejść?
- Wie pan, z miłą chęcią, ale dziś już mamy zamknięte, jest Wigilia.
- Dobrze, rozumiem, a wtedy jutro?
- No jutro raczej też nie da rady, bo są święta, jak już to dopiero po świętach.
2. Jakoś tydzień przed Bożym Narodzeniem dzwoni telefon, więc go odbieram, witam się z klientem i wywiązuje się rozmowa:
- Czy macie otwarte w Wigilię?
- Tak, mamy, ale tylko do 12.
- OK, to super, to ja bym się chciała umówić na koloryzację, najlepiej ombre, bo wie pani, ja do mamy na święta przyjeżdżam z zagranicy i ona będzie wszystko robiła na Wigilię, a mi się nie chce jej pomagać, więc zostawiłabym jej dzieciaki i przyszła do fryzjera.
Mówię jej, że niestety, ale w Wigilię nie wykonujemy koloryzacji, ewentualnie czesanie i próbuję ja umówić kilka dni wcześniej, ale przy tym zostaję tak zmieszana z błotem, że zastanawiam się nad sensem życia.
3. Czas przed świętami, jak na fryzjera przystało mamy pełne ręce roboty, bo wszyscy chcą być piękni. Ludzi pełno w salonie, wchodzi pewna kobietka, stoi, rozgląda się i mówi, że ona jest teraz umówiona na strzyżenie. Patrzę w nasz kalendarz z zapisami, ale na tę godzinę nie ma żadnego strzyżenia. Pytam się jej, czy dzwoniła, bo może ktoś zapomniał zapisać, ale ona mówi, że nie. Cytuję: "przechodziłam obok i stwierdziłam, że taki obskurny salon od ręki mnie obsłuży". Uprzejmie z uśmiechem na twarzy mówię jej, że niestety, ale teraz nie damy rady, ponieważ wszystkie fryzjerki są zajęte, a ona odpowiada mi "to jakaś kpina, żeby obsługiwać jakiś margines społeczny, a takiej damy nie przyjąć". W tamtym momencie przesadziła i została wyproszona z salonu.
Pytanie do sprzedawców sprzętu RTV AGD. Jak wam nie wstyd? Naciągacie starsze i mniej orientujące się osoby na sprzęt, którego nie potrzebują, na raty 0%, które są tak naprawdę nie 0%, bo doliczacie ubezpieczenie, o którym nawet nie mówicie przy podpisywaniu umowy. Naciąganie na niepotrzebne akcesoria do sprzętu w cenie 2 x większej niż na internecie i wmawiacie ludziom, że bez tego nie będzie gwarancji, że nie będzie działać prawidłowo. Mojego tatę jeden z was naciągnął na telewizor, którego nie potrzebuje, na ubezpieczenie, o którym mu nie powiedział, na dodatkową gwarancję, na usługę wniesienia do mieszkania i przygotowania do pracy i na jakieś listwy, kable i inne, których nie potrzebował. Finalnie tata, który chciał wydać na telewizor do 2000 zł, zapłaci ponad 4200.
Gdy śpię z chłopakiem, puszczam takie bąki przez sen, że aż sama się budzę. Jak śpię sama, nie puszczę nawet jednego.
Na moje 8. urodziny dostałam świnkę morską. Oprócz niej w domu mieliśmy jeszcze duże akwarium z rybkami. Mój wtedy 6-letni brat po zobaczeniu mojego nowego zwierzaka bardzo go polubił. Kolejnego dnia ja wyszłam do szkoły, a mój brat został w domu, bo był przeziębiony. Był z mamą, ale ona na chwilę wyszła do sklepu. Właśnie wtedy mój wspaniały brat zorientował się, że to przecież świnka MORSKA. Wyjął ją i włożył do akwarium, przytrzymując ją przy dnie. Tak właśnie zakończył się żywot mojej świnki.
Zacznę od tego, że nie mieszkam w Polsce. To by może wyjaśniało dlaczego mamy w naszej szkole klub dla uczniów innej orientacji (również dla trans i aseksualnych ludzi). Nigdy nie byłam jakąś aktywistką, sama jestem hetero, ale bardzo interesował mnie ten temat.
Pewnego razu zostałam zaproszona przez moją koleżankę na spotkanie tego klubu. Poszłam (głównie dlatego, że było darmowe jedzenie) i w sumie tam dopiero zobaczyłam jak wiele rodziców nie akceptuje swoich dzieci. Jedyne ich oparcie to właśnie ten klub i szkolna psycholog. Jak już wspomniałam, mam bardziej konserwatywny sposób myślenia (choć nie nazwałabym się republikanką), jednak to spotkanie naprawdę otworzyło mi oczy na sprawy innych. Niby taki progresywny kraj, a młodego chłopaka rodzice chcieli wysłać do obozu katolickiego, gdzie miał zostać wyleczony z "gejostwa".
Postanowiłam zrobić mini test na rodzicach. Coraz częściej poruszałam sprawy o innej orientacji, a oni oboje zgadzali się, że rodzice MUSZĄ akceptować dzieci takimi jacy są. W końcu "wyznałam" im, że jestem lesbijką i mam dziewczynę. Rodzice zaniemówili, a potem zaczęło się piekło. Najpierw dostałam ochrzan od taty, że "geja" (?) nie będzie w swoim domu wychowywał. Potem mama zaczęła udawać odruch wymiotny i dosłownie błagała mnie, żebym tylko jej nie powiedziała, że spałam z tą dziewczyną. Ostatecznie rodzice krzyczeli, że wyślą mnie do babci, do Polski. Że tam "prawdziwa" polska młodzież mnie naprostuje. Na sam koniec mama zadecydowała, że trzeba jak najszybciej pojechać do księdza, żeby wypędził szatana ze mnie.
Kiedy w końcu wyjawiłam im, że to żart, oni jak gdyby nic wybuchnęli śmiechem i wrócili do swoich codziennych zajęć.
Cóż, jeszcze nigdy w życiu nie cieszyłam się, że jestem hetero... Szkoda tylko mi ludzi, którzy są podobnie traktowani przez swoją rodzinę. A niby w kościele uczą nas, aby "kochać bliźniego swego jak siebie samego".
Dodaj anonimowe wyznanie