Miałam jakieś 8 lat i pojechałam z rodzicami nad morze. Jak wiadomo, na polskich plażach do tojtojki jest na tyle daleko, że jak się komuś już przypomni, że mu się chce, to szanse żeby zdążyć są niewielkie. Jako dosyć pomysłowe dziecko wymyśliłam, że jak zrobię kupę do morza i ucieknę, to nikt się nie domyśli, że to ja...
Plan genialny, z tym że kucnęłam i przystąpiłam do roboty przy koleżance. Dziewczyna się dziwnie na mnie patrzy, mi oczy prawie z orbit wychodzą, woda do pasa, nie mam co udawać. Zrobiłam co moje, ale trochę się przeliczyłam... Otóż gówno chyba nie zrozumiało mojego planu i wypłynęło na powierzchnię tuż koło twarzy siedzącej w wodzie koleżanki. Ludzie patrzyli, a koleżanka z kamienną twarzą rzuciła: „Powinnyśmy odejść” i zmierzyła wzrokiem grubego pana, który był najbliżej. Jak na komendę wszyscy wzrok na tego pana, bo kto by podejrzewał małe, niewinne dziecko.
Jak ktoś widział taką sytuację, to przyznaję – to byłam ja.
Ostatnio zrobiłem najgłupszą rzecz w moim życiu. Do tej pory śmiałem się, czytając podobne pechowe wpadki w internecie i nie sądziłem, że sam stanę się bohaterem jednej z nich. Otóż wczoraj wieczorem przeglądałem sobie moją ulubioną stronę porno i postanowiłem wysłać link z filmikiem do mojego kumpla. Na moje nieszczęście pomyliłem kontakt i wysłałem link do grupowej konwersacji na FB. W tej grupie oprócz mojego szefa i dwóch współpracowników są dodani jedni z najważniejszych klientów naszej firmy... Nad ranem już każdy z nich odczytał moją wiadomość.
Zgadnijcie, kto został dziś zawieszony...
Mam siostrę, która jest dwa lata starsza ode mnie. Jako małe dzieci, może 5-7 lat, miałyśmy jeden troszku dziwny zwyczaj, otóż... sprawdzałyśmy sobie czystość odbytów po defekacji. Nie wiem skąd to się wzięło – obstawiam, że siostra to wymyśliła :)
Generalnie na dwójeczki chodziłyśmy razem i do dziś pamiętam przepięknie rozpostarty odbyt mojej siostry i pytania, czy jest już wystarczająco czysty – ona zapewne również ma takowe wspomnienia ;-)
Dzięki Bogu takie praktyki nie mają już miejsca :D
Pewnie to wyznanie będzie jednym z wielu tego typu wyznań, ale panicznie boję się lekarzy i nie chodzi tu o konkretną osobę lub konkretnego specjalistę, chodzi mi o ogólnie wszystkich lekarzy: stomatologów, laryngologów, kardiologów niekiedy nawet zwyczajnego pediatrę. Mam 23 lata i jestem dość chorowitą osobą, a co za tym idzie dość często wymagam wizyty u lekarza specjalisty, ale przez swój paniczny lęk przed nimi nigdy nie mam odwagi się zapisać i zawsze szukam sposobów na domowe leczenie, które, jak wiadomo, nie zawsze pomaga.
Boję się komukolwiek o tym powiedzieć, bo nawet gdy próbuję, to zawsze kończy się tekstami pokroju „taka duża, a boi się lekarza”, „przecież to nie boli, nie ma się czego bać” lub „jesteś już dorosła, nie rób wstydu”. Nie mam pojęcia jak mogę sobie poradzić z tym strachem ani nawet skąd się to u mnie wzięło, mimo że wiem, że dany zabieg nie jest bolesny, to i tak odczuwam ogromny stres, a finalnie kończy się strachem i płaczem.
Moim skrytym i szczerym marzeniem jest mieszkać w jurcie na stepie i tak jak dawno temu moi przodkowie hodować owce, kozy i uprawiać rolę. A wieczorami śpiewać, pić i grać na dombrze.
Jedyny raz w życiu czułem się wolny, kiedy z kuzynami ścigaliśmy się konno i czasem nawet strzelaliśmy się z łuków (NAPRAWDĘ trudno trafić w ruchomy cel w taki sposób, więc nie było ryzyka, że koniom albo nam stałaby się krzywda).
Najwidoczniej można opuścić step, ale step nigdy nie opuści człowieka.
Często słyszy się o ludziach wierzących, ale niepraktykujących. U mnie jest odwrotnie.
Praktykuję, co więcej, w wierze wychowuję swoje dzieci, ale sam nie wierzę.
Chciałbym wierzyć, ale nie potrafię.
Kilka tygodni temu mój dziadek miał bardzo poważny wypadek, rokowania nie były najlepsze. Kilkukrotnie zatrzymało mu się serce – musiał być reanimowany. Przy ostatniej reanimacji, kiedy lekarze chcieli już odstąpić od czynności ratujących życie, dziadek miał dziwną wizję. Opowiadał nam, że widział moją mamę, która stała nad jego łóżkiem w szpitalu, szarpała go za ramię i krzyczała, że ma natychmiast się obudzić. Chwilę później naprawdę tak się stało.
Teraz dziadek ma się już dobrze, ale za każdym razem kiedy spotyka się z moją mamą mówi, że to ona uratowała mu życie.
Pracuję w hotelu na recepcji. To była moja trzecia zmiana z rzędu i byłem już bardzo zmęczony. Gdy goście z Hiszpanii przywitali się ze mną słowami „Buenos dias”, co znaczy dzień dobry, odpowiedziałem im głośno i wyraźnie „Buenos Aires”.
Popatrzyli się na mnie jak na debila i sobie poszli...
W gimnazjum miałam w klasie koleżankę, która często przesadzała... Nie wiem jak to opisać, żebyście zrozumieli, ale generalnie gdy nad czymś się koncentrowała, jej zachowanie stawało się aż niezdrowe, prawie obsesyjne.
Pewnego dnia X oświadczyła mi i mojej koleżance, że będzie się odchudzać (dietetykiem nie jestem, ale powiedzmy, że mogła mieć jakieś 10 kg za dużo), z racji jej charakteru lekko żartem, ale jednak ją ostrzegłam "tylko ostrożnie z tym odchudzaniem, żebyś nam nie przesadziła" i postanowiłam dyskretnie ją obserwować. X obiecała, że będzie odchudzać się zdrowo, bez słodyczy, śmieciowego żarcia, zamiast tego 5 posiłków, sałatki itd. Przez jakieś półtora miesiąca było super, straciła sporo na wadze, wyglądała naprawdę dobrze, nawet cera jej się polepszyła. I wtedy przyszły ferie, nie było nas w szkole jakieś dwa tygodnie, X wróciła jeszcze szczuplejsza, zaczęłyśmy ją uważniej obserwować, bo jej cera nie była już tak ładna, jak te dwa tygodnie wcześniej, bo wiecznie było jej zimno, jeszcze nie wyglądała nie wiadomo jak źle, ale znałyśmy ją i wiedziałyśmy, że coś jest nie w porządku. Ostrożnie ją wypytałyśmy, czy jadła śniadanie, obserwowałyśmy, czy coś je w szkole. X nie jadła, trochę ją pomęczyłyśmy i przyznała się nam, że nie je prawie wcale, że jej rekord to tydzień! Mówiłyśmy jej, że wygląda super, że właściwie to parę kilo jej brakuje, bo najlepiej wyglądała przed feriami. Ale ona nie wierzyła, zamiast tego widziała jakiś tłuszcz, którego musiała się pozbyć. Prosiłyśmy, namawiałyśmy, do X nic nie docierało, a ponieważ była charakterna, nie chciałyśmy jej do nas zrazić, musiałyśmy być delikatne i ostrożne.
Szkoła, do której chodziłyśmy, była miejscem, w którym uczyły się też dzieci z ADHD, lękami i innymi tego typu problemami, więc mieliśmy kilku psychologów, do których dzieci były przydzielane, te z problemami dużymi były u nich często, pozostałe chodziły jak czuły potrzebę, mieliśmy też psychiatrów. Poszłam do przydzielonej mi psycholog, popłakałam się, opowiadałam o X, o tym, że chcę jej pomóc, ale nie umiem, że jeśli dowie się, że to ja "sypnęłam", to się obrazi i nie będzie mówić, czy je czy nie, i że boję się, że X umrze. Już następnego dnia X została wezwana przez pielęgniarkę na ważenie, rozmawiała z psychologiem, psychiatrą. Od tamtego dnia ważyli ją codziennie, a ja z koleżanką dyskretnie ją wypytywałyśmy, wiadomo, że dorosłych może okłamać, ale nam ufała. Było ciężko, zamiast się polepszyć było gorzej, X było ciągle zimno, straciła czucie w dłoniach, była słaba. Wyszła z tego, zajęło to cholernie dużo czasu, ale wyszła, po anoreksji została jej lekka awersja do mięsa. Nawet po 6 latach NIGDY nie przyznałam się jej, że ją wydałam, ale zawsze gdy widzę jak je i jak zdrowo wygląda cieszę się, że to wtedy zrobiłam.
Przyszły upały, przypomniała mi się zabawna historia z początku studiów. Jako nastolatek niemalże zawsze chodziłem po domu bez koszulki. Jak poszedłem na studia, mieszkałem z moim kumplem z liceum, znaliśmy się jak łyse konie, nie przeszkadzało mu to, więc nadal kontynuowałem swoją tradycję gołej klaty.
Był jakiś wolny dzień, postanowiłem wynieść śmieci. No to heja, worek w dłoń, klapeczki na stopy, klucze i poszedłem. Jakoś tak dziwnie ludzie na mnie się patrzyli... Przechodząc przez parking, zauważyłem swoje odbicie w szybie samochodów i zrozumiałem, skąd wzrok sąsiadów. Jak się domyślacie, wystrzeliłem z mieszkania bez koszulki, tak jak to robiłem dotychczas w domu. No ale cóż, byłem w połowie drogi, więc uznałem, że już te śmieci wyniosę i czym prędzej uciekłem do mieszkania. To mnie nauczyło, że w mieście nosi się trochę inaczej niż na wsi, w domu rodzinnym. Tzn. bez koszulki nadal chodzę po mieszkaniu, ale wychodząc, sprawdzam dwa razy, co mam na sobie ;)
Dodaj anonimowe wyznanie