Powiem krótko.
Mój ojciec wczoraj pierwszy raz palił zioło.
Na początku uśmiechał się do klusek, potem spytał, czy drzwi są zamknięte. Kiedy usłyszał, że nie, stwierdził, że zamknąłby je, ale nie ma zmiotki.
Na koniec o północy stanął przy kuchence gazowej i zatroskany spytał ją: „A dlaczego ty jeszcze nie śpisz?”.
Trochę o toksyczności polskich rodzin.
Spędziłam tydzień nad jeziorem i w pamięć bardzo zapadły mi dwie rodziny. Matka z ojcem w cieniu kawałek od wody piją piwo, gdy ich dzieci bawią się w jeziorze. Gdy dziewczynka odpłynęła kawałek za daleko, matka (oczywiście z browarem w ręce) podeszła do brzegu i zaczęła na nią krzyczeć i ją wyzywać głosem zaawansowanego gruźlika. Ojciec niewzruszony. Dodam, że dziewczynka, mimo że miała z 10 lat, kąpała się tylko w dolnej części stroju (drodzy rodzice, błagam, ubierajcie nawet najmniejsze dzieci na plażę. Nie każdy lubi oglądać nagie dzieci, a jak ktoś lubi, to raczej też niedobrze, nie wiecie, na kogo traficie).
Zaraz obok na kocyku siedzi facet i rozmawia z partnerką. Ich dziecko odpłynęło za daleko i nie potrafiło wrócić. Ojciec tylko krzyknął do niego, że ma wracać i zajął się z powrotem bajerowaniem partnerki. Gdy dziewczynka zaczęła mówić, że nie może wrócić, ojciec powiedział: „Trudno, najwyżej adoptujemy nowe”.
Jakiś czas później trafiłam do szpitala, a niedługo po mnie pewna dziewczynka, z którą byłam na sali. Leżałam z nią przez niecałe trzy dni, a zdążyłam poznać historię rodziny, jak to ojciec nie ma źle, a matka jaka zła. Dziewczynka miała problem z wypróżnianiem się przez stres, a ojciec ją tylko bardziej stresował. Raz dziewczynka zadzwoniła do mamy, to ojciec już nie krył się z pretensjami i okrzyczał ją na sali, mówił, że ją odda i już nigdy go nie zobaczy.
To tylko kilka takich sytuacji, które wydarzyły się może w przeciągu tygodnia.
Naprawdę, zanim ktoś założy rodzinę, powinien mieć robione testy psychologiczne. Niektórym rodzicom wydaje się, że dziecko zapomni, wybaczy, bo jest małe, jednak bardzo często niszczą dziecku psychikę na całe życie.
Przypomniało mi się przez kilka historii o facetach alkoholikach, próbach wyciągnięcia ich z tego, a w końcu rozstaniach.
Miałam kiedyś chłopaka. Poznaliśmy się, kiedy miałam 18 lat. Po trzech latach miał trochę perturbacji życiowych i zaczął chlać. Pół roku wyciągałam go z rowów, zdejmowałam buty, kładłam spać, jeździłam za każdym razem, kiedy mnie potrzebował. Dzieci nie mieliśmy, oboje jeszcze na studiach, miałam czas, możliwości i chęć, bo naprawdę go kochałam. Po pół roku stwierdził, że dość. Przestał z dnia na dzień, dziękował i niemal całował po stopach.
Rozstaliśmy się rok później z zupełnie innych powodów, pokojowo. Do dziś, po 17 latach, wciąż jesteśmy najbliższymi przyjaciółmi i uwielbiamy się wzajemnie.
Nic nigdy nie jest stracone.
Nie umiem się wziąć za prawo jazdy. Niektórzy zaczynają już trzy miesiące przed osiemnastką, ja jestem dwa miesiące po i dalej nic nie zrobiłem w tym kierunku. Wprawdzie nie jestem jedyny, bo znam niektórych, co też jeszcze nie zaczęli chodzić na kurs prawa jazdy, a też już są po osiemnastce. Obawiam się, że nie uda mi się tego zrobić przed zimą, a nic mnie tak nie wkurwia jak marznięcie na przystanku, czekając na busa do szkoły. Ostatnio mam o wiele lepiej z motywacją niż wcześniej, a z motywacją do prawka dalej ciężko. Matka mi mówiła, że też ciągle odkładała to na kiedy indziej i nigdy nie zrobiła prawa jazdy, więc nie chce, żebym powtórzył jej błąd.
Za kilka dni jeden z moich przyjaciół ma urodziny i mam nadzieję, że jak tylko wytrzeźwieję po tych urodzinach, to zmotywuję się do zapisu na wykłady z teorii. Jeśli tylko mi się uda zrobić prawo jazdy przynajmniej do końca października, to poczuję się choć trochę spełniony. Chociaż wszystkiego na czym mi zależało nie umiem docenić, kiedy już się udało.
Dziś są moje 25 urodziny. Krzątałam się przez chwilę po kuchni i w końcu usiadłam przy stole, tuż przed moim ojcem. Od rana nie złożył mi życzeń, więc uznałam, że zrobi to na pewno teraz. Siedzieliśmy tak parę chwil w milczeniu, ja jedząc obiad, on czytając gazetę.
W końcu z pracy wróciła moja mama i zanim podeszła do mnie, od progu krzyknęła: „Wszystkiego najlepszego, kochanie!”. Nagle ojciec odwrócił wzrok od gazety, spojrzał na nią i powiedział: „No co ty, głupia jesteś? Przecież dziś nie mam ani imienin, ani urodzin!”.
Gdy moja babcia miała 14 lat, mieszkała akurat w Warszawie. Był rok 1944. Wybuchło Powstanie Warszawskie. W czasie wojny moja babcia nie tylko chodziła do szkoły, ale też pracowała w fabryce cukierków i zarabiała przy tym lepiej niż swoja nauczycielka. :) Był to kolejny dzień, kiedy wracała z pracy z koleżanką. Nie zapowiadało się, że będzie inny. Szły spokojnym krokiem, rozmawiając i śmiejąc się. W pewnym momencie koleżanka babci osunęła się na ziemię. Zastrzelił ją niemiecki żołnierz. Babcia niewiele myśląc również padła i bez ruchu leżała z twarzą skierowaną w ziemię.
Powiedziała mi, że ta chwila wtedy trwała dla niej wieczność.
W końcu podszedł do niej wyżej wspomniany gestapowiec. Lekko kopnął babcię i wydał po niemiecku komendę, by wstała. Wstała. Dodał: „Idź do domu. Ale jak pobiegniesz, to też zginiesz”. I babcia poszła. Spokojnym krokiem, takim samym, jakim szła z koleżanką jeszcze parę chwil wcześniej.
Mieszkałam od urodzenia na wsi, jestem jedynaczką i bardzo kocham zwierzęta. Moja babcia, kiedy byłam chora i nie mogłam wychodzić na dwór, przynosiła mi do domu małe prosiaczki, żebym miała się z kim bawić :)
Mój tata jest kierowcą międzynarodowym, więc często nie ma go w domu. Moje dzieciństwo, jak sam mówi, zleciało mu bardzo szybko, prawie niezauważalnie.
Nigdy nie miałam z nim takiego kontaktu, jak z mamą. Często, jak czegoś potrzebuję, to idę do mamy, a ta rozmawia z tatą. Dlaczego? No cóż, może dlatego, że on w ogóle nie potrafi ze mną rozmawiać. Jest wredny, opryskliwy. Jak powiem o tym (że np. jest wredny) mamie, to ona mu to powie i od razu robi się z niego idealny, aż do przesady, ojciec. Szkoda, że nie trwa to długo... Próbowałam z nim rozmawiać – skutek był taki, że wytrzymaliśmy jakieś dwa dni bez kłótni. Ale najbardziej denerwuje mnie, gdy wszystko, co robię jest źle. Zajęłam drugie miejsce w konkursie, jego reakcja: dlaczego nie pierwsze? Posprzątałam u babci budynek gospodarczy (zajęło mi to cały dzień, zmęczyłam się jak nie wiem, robiłam wszystko, co mogłam), jego reakcja: nooo, mogło być lepiej, tam są jeszcze jakieś smugi.
Najbardziej nie mogę przeboleć ostatniego wydarzenia. Wzięłam się za siebie (chcę schudnąć parę kilo), zainstalowałam apkę z ćwiczeniami i sobie ćwiczę od kilkunastu dni. Jednak on nie potrafi powiedzieć, np. „super, dasz radę, wierzę w ciebie”, woli po prostu zwracać uwagę, że każde ćwiczenie robię źle, że złą aplikację ściągnęłam... Rozumiem, gdyby to były miłe rady, a nie uwagi rzucane takie wrednym, opryskliwym tonem.
Czy to źle, że za każdym razem jak jedzie do pracy na kilka dni, to czuję ulgę?
Czy bycie lesbijką to naprawdę grzech?
Pochodzę z bardzo katolickiej rodziny (w wieku 6 lat umiałam już na pamięć kilkanaście modlitw, mimo że ledwo co potrafiłam poprawnie pisać). Już od czasu gimnazjum zauważyłam, że podobają mi się kobiety. Po prostu mnie pobudzają. Nie czuję tego samego do mężczyzn. Mimo tego, że mam aktualnie 20 lat (jestem z 2003), mieszkam w bardzo małej wsi, a moja matka jest bardzo kontrolującą. Niewiele mogę tak naprawdę wybierać w moim życiu. To matka decyduje, gdzie chodzę i co robię.
Większości rzeczy o seksualności dowiadywałam się z internetu. U mnie w domu nie można było wypowiadać zdań związanych z tymi tematami. Nawet o okresie dowiadywałam się z Google.
Kiedy poszłam do szkoły średniej, mieliśmy księdza, który otwarcie nam mówił, że to grzech i wynaturzenie (a transwestyci popełniają samobójstwo, bo nie mogą znieść tego, kim są). U nas w parafii na mszach ksiądz mówi identycznie – bycie z osobą tej samej płci to grzech.
Przez większość swojego życia byłam bardzo związana z religią, bo tak uczono mnie w domu. Co niedzielę chodzę do kościoła, bo tego oczekuje matka. Robi się niezwykle agresywna, kiedy nie chcę pójść na mszę. Za dzieciaka sporo dostawałam, jak nie chciałam uczestniczyć w mszy w kościele, teraz jestem już dorosła i nie stosuje takiej przemocy, ale wciąż podnosi głos i nie daje mi spokoju, póki nie ustąpię i nie pójdę do kościoła. Ja sama nie wiem, czy wierzę. Nigdy nie zastanawiam się nad tym, czego JA chcę. Jestem też trochę samotna, u nas we wsi nie ma dużo osób w moim wieku, a ja zawsze byłam trochę nieśmiała do innych ludzi. Kiedy zobaczyłam, że ludzie nie boją się pisać o sobie jako lgbt (itd.), to się nieźle zdziwiłam. To było dla mnie nienormalne, że w ogóle o tym wspominają.
Bardzo boję się mojej matki. Od dzieciństwa wychowała mnie bardzo surowo. Często stosowała kary cielesne.
Teraz, kiedy jestem po szkole średniej, bardzo ciężko jest znaleźć pracę. A bez pracy nie zarobię na siebie i nie ucieknę stąd. Moja matka ma 6 rodzeństwa i (dosłownie) każdy z nich mieszka w małej wsi. Więc nie mogę uciec. Nie mam żadnych znajomych po miasteczkach czy miastach. Sama ledwo co jestem w stanie myśleć. Matka mi powiedziała, że nawet jeśli będę mieć 40 lat, a będę mieszkać z nią, to mam chodzić do kościoła i słuchać się jej. Co tydzień jest ta sama wojna o kościół i wierzenia. Ja już nie mam siły do walki. Albo cały dzień w niedzielę jest awantura i walka na słowa z matką, albo poddaję się i idę na mszę (zwykle to drugie).
Jestem już po prostu zmęczona.
Próbowałam zainteresować się mężczyznami, ale nie mogę.
Przynoszę wstyd mojej matce.
Wychowała mnie w taki sposób i czuję, że nie powinnam się zwracać przeciwko niej. Jak dowie się o tym, że zakochałam się w kobiecie, to każe mi się wyspowiadać.
Rodzi ci się dziecko, wyczekiwane, jesteś w siódmym niebie, rozwija się prawidłowo wszyscy lekarze mówią ideał. Dziecko jest grzeczne, słucha wszystkich, reaguje na bodźce. Nadchodzi czas, gdzie rówieśnicy mówią, a ono nie. Wszyscy tłumaczą – potrzebuje czasu, lekarze na NFZ – jest prawidłowo. Mija kolejny rok, dziecko nadal nie mówi, bierzesz sprawy w swoje ręce, szukasz najlepszych lekarzy w Polsce i okazuje się, że jest źle, dziecko już prawie nie słyszy, możliwe, że już nieodwracalnie.
Apeluję do wszystkich rodziców „zdrowych” dzieci: nie dajcie się zwieść opiniom innych, badajcie swoje dzieci, gdy tylko zobaczycie coś niepokojącego. Dziś wiem, że nieuciekanie przed nadjeżdżającym samochodem było tak naprawdę objawem tego, że dziecko nie słyszało, skąd samochód nadjeżdża.
Dodaj anonimowe wyznanie