Do wczoraj myślałam, że jestem w idealnym związku. Trzy lata razem, dwa lata narzeczeństwa, w przyszłym roku ślub. Sielanka, prawda? A wspomniałam, że niestety od kilku miesięcy mój narzeczony musi mieszkać i pracować w miejscowości oddalonej 120 km? Nie. Widujemy się w weekendy, czasem rzadziej, bo narzeczony jeździ na szkolenia. Akurat jest na takim 300 km ode mnie. Trzeci dzień szkolenia i dostaję od niego telefon, że on potrzebuje czasu i przestrzeni, by się zastanowić, czy chce być ze mną i brać ze mną ślub... Co go do tego skłoniło? Ano długonoga biuściasta blondyna, która, no cóż, też za rok wychodzi za mąż... Podobno rozumie go jak nikt inny.
Od dzisiaj jestem „w separacji”, a pierścionek leży i czeka, aż on się zastanowi.
Mam już trochę lat, ale mimo to śpię nadal z materiałową pieluchą i misiem.
Wie o tym tylko najbliższa rodzina. Jednak nikt nie wie, że w ten sposób od dzieciństwa kojarzę sobie te rzeczy z rodzicami.
Moi rodzice rozwiedli się, kiedy byłam mała, a los mnie tak pokierował, iż raz mieszkałam u babci, a raz z mamą.
Od mamy przejęłam pieluchy, gdyż dawała mi je czasem do przytulania w dzieciństwie, a miś kojarzy mi się z tatą, bo dostałam go właśnie od niego.
W pewnym momencie życia miś i pielucha byli dla mnie takim „połączeniem” i wspomnieniem związanym z rodzicami.
Mieszkam nad morzem. Latem wieczorami siedzę w ogrodzie razem z rodziną i słuchamy szumu morza, rozmawiamy o wszystkim, opalamy się.
Wiosną do domu obok wprowadziła się rodzina. Sąsiedzi spokojni, mili... do czasu.
Najpierw sąsiad zakupił sobie lornetki i patrzył w okna i ogrody innym sąsiadom – w tym nam. Prośby nie pomogły. Stwierdziliśmy, że jeszcze jeden taki wybryk i dzwonimy na policję.
Wczoraj widziałam go ze słuchawkami na uszach i takim mikrofonem, jak mają w filmach o detektywach (takie coś do podsłuchu).
Zbierać dowody i iść na policję czy dzwonić od razu?
Specjalnie piszę komentarze raz w formie żeńskiej, raz w męskiej, żeby anonimowy stalker, który zapisuje informacje o komentatorach, nie dowiedział się za dużo o mnie :D Jeśli tak, to nigdy się nie dowie kim jestem, nigdy.
Ojciec i brat mojej mamy zmarli jeszcze zanim się urodziłam. O dziadku wiem tyle, że pracował w elektrowni i lubił poezję. O wujku tyle, że miał na imię Krzysztof, zmarł na chorobę układu oddechowego, był młodszy od mojej mamy i nie lubił czytać, o czym dowiedziałam się dzisiaj. Opiszę Wam, w jakich okolicznościach.
Razem z rodzicielką, przekładając książki z regału, trafiłyśmy na bardzo dobrze zachowaną książkę. Mama ją przekartkowała, żeby sprawdzić jej stan, może udałoby się ją sprzedać i trochę zarobić? Wtem książka otwiera się na środku, a tam... koperta, w środku banknot o nominale 200 złotych sprzed 20 lat, a na kopercie dedykacja napisana ręką mego dziadka: „Krzysiowi na przyjemności – Mikołaj”.
Mama prawie się popłakała i pobiegła zawiadomić o odkryciu babcię i ciocię.
Jak widać, warto czytać :)
Wybiłem sobie oko łyżeczką, pijąc kawę.
Mit potwierdzony.
PS Jestem cały. No, może prawie... ;)
Krótka sytuacja z dzisiaj o tym, jak małe, jakieś 4-letnie dziecko zrobiło ze mnie większego kretyna niż i tak jestem.
Udałem się na zakupy, kupiłem napój i poszedłem do kasy. Przede mną czekała w kolejce dziewczyna, baaaardzo ładna dziewczyna :D. Miała ten sam napój, jakiegoś batona i coś jeszcze. Za mną do kolejki przyszła kobieta z dzieckiem, ona zajęła się wykładaniem swoich zakupów na taśmę, a mały chodził tu i tam. Gadałem przez telefon, a ten mały położył dziewczynie przede mną do jej zakupów misia lubisia do jedzenia i wrócił do matki. Dziewczyna tego nie zauważyła. Kasjer zaczyna jej kasować zakupy, spojrzała na tego lubisia i na mnie z miną: „WTF?!”. Uznała to za tandetny podryw albo tandetne śmieszkowanie z mojej strony. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię.
Pozdrawiam piękną panią ze sklepu. Jak widać, małemu też się spodobałaś i miał większe jajca na podryw ode mnie.
Jako młoda dorosła nagle przytyłam 30 kg, miałam łomotanie serca, częste mdłości i zanik miesiączki. Wyprowadziłam się wtedy z domu rodzinnego na studia i w innym mieście poszłam do ginekologa. Opowiedziałam o swoich problemach, że tak nagle przytyłam (serio, dieta ani intensywność uprawiania sportu się nie zmniejszyły) i opowiedziałam o innych dolegliwościach. Do dzisiaj pamiętam, jak lekarka mnie zmierzyła wzrokiem i bez żadnego badania, protekcjonalnym tonem zapytała, czy nie domyślam się, czemu nie mam miesiączki. Ja w szoku, mówię, że raczej nie wiem co może być powodem takich objawów, dlatego przyszłam. Do dzisiaj pamiętam, jak z wrednym uśmieszkiem powiedziała: „Bo pani jest gruba, mniej McDonalda proszę jeść”. I to było tyle. Jako młoda dziewczyna nie chciałam ani nie potrafiłam się awanturować o swoje, więc potulnie, ze łzami w oczach wyszłam z gabinetu. Zadzwoniłam do mamy, ta wściekła umówiła mnie do mojego ginekologa z rodzinnych stron. Po wielu miesiącach błędnych diagnoz, odwiedzania specjalistów w końcu jakiś mądry endokrynolog zrobił mi USG i potem tomograf i wyszło, że mam guza na tarczycy wielkości małej pięści. Usunięto mi całą tarczycę, zaczęłam brać leki i w ciągu 1,5 roku wróciłam do dawnej wagi, a męczące mnie objawy minęły. Wtedy już byłam bardziej harda i potrafiłam się wykłócić, więc poszłam do tej ginekolog na wizytę. Dałam dokumentację medyczną i wyjaśniłam spokojnie, że moim problemem nie był popularny fast food, tylko guz. Jej mina – bezcenna. Nie wiedziała, co mi powiedzieć. Zadeklarowałam, że złożę skargę do NFZ i że nie puszczę jej tego płazem. Miała łzy w oczach. Nikt mnie nigdy tak nie przepraszał.
Nie miałam zamiaru składać żadnych skarg, tylko nastraszyć ją, aby kolejna młoda dziewczyna nie przeszła przez zaburzenia odżywiania, niską samoocenę i taki stres, jaki ja przeszłam.
Jakiś czas temu wpadłam na pomysł sprawdzenia mojego lubego. Znalazłam ukryty w czeluściach jego komputera folder o nazwie „X”. W miniaturkach widziałam zdjęcia jakiejś kobiety. Od razu w niego weszłam.
Tą kobietą była jego matka.
Na zdjęciach była w erotycznych pozach.
Nago.
Najważniejszym pytaniem jest: Kto jej te zdjęcia robił? I czy tylko na zdjęciach ta chora relacja się kończy...
Gdy chodziłam do podstawówki, mieliśmy na osiedlu pewnego, upośledzonego Dzieciaka (nawet już nie pamiętam jak miał na imię). Miał on nauczanie indywidualne w domu, bo szkoły nie były wtedy jeszcze przygotowane na nauczanie dzieci niepełnosprawnych umysłowo, a szkoły specjalnej na prowincji próżno było szukać.
Dzieciak lubił jeść trawę, mlecze, babkę i ogólnie całe to zielsko z podwórka. My, głupie szczyle, plotłyśmy dla niego z koleżankami wianki do jedzenia, robiłyśmy gołąbki z liści czy sałatki. Nikogo nie zastanawiało, dlaczego Dzieciak tak to lubi.
Któregoś dnia dowiedzieliśmy się, że Dzieciak trafił do szpitala. Wszyscy byliśmy spanikowani, że go otruliśmy jakąś rośliną. Okazało się, że matka alkoholiczka zwyczajnie prawie go nie karmiła. Nauczyciele nigdy się tą rodziną nadmiernie nie interesowali, bo Dzieciak dach nad głową miał, ubrany był, wyglądał ogólnie całkiem dobrze. Niby całe osiedle wiedziało, że matka alkoholiczka, ale w tamtych czasach w naszej dzielnicy to co drugi dawał gazu, więc nie była to szczególnie wyjątkowa sytuacja rodzinna.
Dzieciak w szpitalu odleżał swoje z ciężką anemią i, jak się potem okazało, niewydolnością nerek. A my z koleżankami po 20 latach nadal czasem gadamy o Dzieciaku i potwornie nam głupio za siebie i całe osiedle, że nie przyszło nam do głowy, że coś może być nie tak.
Nie znam jego dalszych losów, wiem tylko, że rodzinę pod opiekę wzięła pomoc społeczna i przenieśli ich na inne mieszkanie socjalne. Mam nadzieję, że już nie musiał jeść trawy.
Dodaj anonimowe wyznanie