#tlhRh
Moi dziadkowie nie przepisami mojej mamie nic, a więc mój kochany tata stwierdził, że nic robić nie będzie, skoro to nie nasze. Nie zapraszam do domu nikogo, oprócz mojej zaufanej przyjaciółki. Nie mam chłopaka, a nawet gdy go miałam, nigdy nie zaprosiłam go do domu wstydząc się tego jak mieszkam. Gdy spotykam się ze znajomymi, nigdy nie pozwalam podjeżdżać im pod mój dom. Podejmowałam próby rozmów z rodzicami, ale tata stwierdził, że przesadzam i że moi bracia się tak wychowali, to i ja dam radę.
Pomieszczenie, które miało być łazienką jest, kąpiemy się w misce. Miejsce na mój pokój też by się znalazło, zresztą co to za problem dobudować coś malutkiego. Płaczę po nocach i wyobrażam sobie jak udekorowałabym mój pokój. To kieruje do wszystkich, którzy mają tak jak ja i do rodziców, którzy wiedzą, że nie zapewnią swoim dzieciom komfortu. Proszę rozmawiajcie ze sobą. Starajcie się dać dziecku to co najlepsze i to na co Was stać.
#u50O9
Odkąd pamiętam, należałam do tego niewielkiego procenta dzieci, które uwielbiają się uczyć. Może niekoniecznie odrabiać zadania, ale zawsze ciekawiła mnie przyroda, później biologia, geografia, fizyka. Z matmy miałam wielką frajdę, gdy rozwiązałam trudne zadanie. Czytałam książki, przeglądałam encyklopedie, "Świat Wiedzy", nawet jeśli nie wszystko rozumiałam. Lubiłam spacery, na których oglądałam rośliny i głaskałam każdego zwierzaka po drodze.
W gimnazjum trafiłam na wybitnie nietolerancyjną klasę, a jak wiadomo, "kujon" to ten gorszy. Nie miałam życia, na każdym kroku docinki, podkładanie nóg, zaczepki. Już po kilku miesiącach nauczyłam się, że lepiej nie podnosić ręki, gdy nauczyciel zadaje pytanie. Zaczęłam specjalnie udawać, że czegoś nie umiem, żeby po prostu mieć spokój. Na WF-ie było to samo, ogólnie byłam wysportowana, ale specjalnie się potykałam, zwalniałam czy udawałam, że nie mam stroju, żeby nikt mi nie dogryzał. Po jakimś czasie nawet w domu zaczęło mi się obrywać, że się "wymądrzam", bo często opowiadałam jakieś ciekawostki gdzieś wyczytane.
Weszłam w pewien okres buntu, raczej z "czynów" byłam grzeczną osobą (nie imprezowałam, nie wagarowałam itp), ale stałam się bardzo pyskata. W każdym dopatrywałam się mojego wroga, każdy zasłyszany szept czy śmiech uważałam za jakieś próby obgadywania mnie za plecami (najgorsze jest to, że do tej pory tak mam). Z niechęcią nawiązywałam nowe znajomości, pogorszyły się moje relacje z mamą. Z tatą nigdy dobrej nie miałam.
Wiele razy usłyszałam, że nikt mnie nie zechce. Weszłam w związek, w którym mój partner doskonale wiedział o tym jak się czuję, co nieraz wykorzystywał na swoją korzyść. Słyszałam, że nic nie umiem, na niczym się nie znam, lepiej żebym przy nim była, bo tylko on mnie toleruje.
Moim marzeniem było zostać naukowcem lub architektem. Jednak wygrało wewnętrzne, wypracowane przez lata przekonanie, że nie dam rady. Nawet nie próbowałam aplikować. Rozszerzoną maturę z biologii zdałam na 85%, z matmy 98%, a ukończyłam ogrodnictwo. Do dziś żałuję, że nie spróbowałam, ale nie mam siły podejmować kolejnych studiów, później uprawnień itp.
Obecnie mam 26 lat, bardzo kochającego partnera, który pomógł mi trochę pozbyć się aż takiej tragicznej samooceny. Największym problemem według mnie jest to, że gdy z tym walczę, ciągle mam wrażenie, że przeginam w drugą stronę. Mam problem z oceną swoich możliwości. Że nigdy nie wiem, czy mierzę siły na zamiary, czy ja realnie uważam, że coś mi się nie uda, czy wymuszam na sobie myślenie, że dam radę, a przecież logiczne, że nie.
Teraz mam znajomych, ale nikt nie wie, jaką wewnętrzną walkę prowadzę gdy z nimi rozmawiam, gdy ciągle uważam, że jestem beznadziejnym towarzystwem i każdy jest ode mnie lepszy...
#Qn4Hm
#ThTwi
Przez kilka następnych tygodni byłem gwiazdą zapraszaną na party, kilka dziewczyn chętnie grzało mi łóżko, w ogóle poczułem się jak w jakimś Matrixie. Nagły, niewytłumaczalny zwrot w życiu o 180 stopni. Najciekawiej się zrobiło, gdy ktoś się włamał do mojego pokoju w akademiku, pozostawiając chaos jak po przejściu tornada. Większość nowych znajomych zniknęła, ale pozostało kilku, którzy podziwiali moje opanowanie i nieutraconą pogodę ducha po tak wielkiej stracie. W tym jedną z dziewczyn, do teraz bliską mi przyjaciółkę, która stwierdziła, że wprawdzie grubawy i nieco łysiejący ze mnie mikrus, ale ze stalowym charakterem, który jej się bardzo podoba, wręcz podnieca.
A wszystko przez przypadek i wścibstwo współstudenta. O czym dowiedziałem się dużo później.
#t2RuF
Chodzenie jest dla mnie ciężkie, aczkolwiek najgorsze jest siedzenie. To już nie chodzi o to, że boję się siedzieć na krześle, które nie jest oparte o ścianę, ale po prostu po dwóch godzinach siedzenia na krześle plecy pieką mnie żywym ogniem. Dzięki rehabilitacji i to się nieco poprawiło. W szkole cierpiałam przez to katusze, prosiłam rodziców o indywidualne nauczanie w domu, mama jednak pozostała nieugięta. Stwierdziła, że socjalizacja (która i tak nie wyszła) jest ważniejsza. Ogólnie miałam i w tym roku po raz trzeci podchodzić do matury z matmy. Chcę mieć maturę, pomimo że moje problemy zahaczają o dyskalkulię, ale honor nie pozwala mi iść po diagnozę (nie jestem w stanie obliczyć w pamięci nawet takich prostych sum jak 5 + 7, na palcach zresztą też jest trudno, ledwo zdawałam z klasy do klasy). Jednak koleżanka mojej mamy pod koniec grudnia zeszłego roku zaproponowała mi pracę jako sekretarka w jej małej firmie. Już miałam nadzieję, że będzie to praca zdalna. Mogłabym przecież tak pracować nawet półleżąc, gdy ból pleców się zacznie, no i łatwiej byłoby to pogodzić z rehabilitacją. Niestety szefowa nie zgodziła się na pracę zdalną. Stwierdziłam jednak, że jeśli pokażę się jako dobry pracownik, to po jakimś czasie szefowa się zgodzi na to, bym pracowała z domu. Niestety do teraz nic się nie zmieniło. Plecy coraz bardziej bolą i coraz bardziej się krzywią. Często wyczekuję końca siedmiu godzin pracy ze łzami w oczach. Z racji że mam niedowład mieszany, czyli zbyt napięte kończyny i nieco zbyt luźny tułów, to brak rehabilitacji daje się we znaki. Mięśnie napinają się bardziej niż zwykle. Już ledwo chodzę, z coraz większym trudem i strachem przed upadkiem. Niestety kiedy kończę pracę, moja fizjoterapeutka też ją kończy. Ćwiczę w domu, ale niezbyt wiele to daje. W dodatku mam silną nadwrażliwość dźwiękową oraz wzrokową. Po całym dniu wśród ludzi i pstrokatych ścian wyładowuję się autoagresją, czyli gryzieniem po rękach, wpadaniem w histerię.
Klienci, którzy ze mną rozmawiają, też na mnie narzekają. Według nich nie domyślam się najprostszych rzeczy (rozumiem wszystko bardzo dosłownie). Nie lubią też tego, że nie patrzę im w oczy. Słyszałam, że mam też monotematyczny ton głosu i się nie uśmiecham. Zresztą mam też problem w dostrzeganiu różnic w tonie głosu czy mimice twarzy innych ludzi.
Kiedy szefowa pyta, czy wszystko w porządku i czy potrzebuję dostosowań, zawsze mówię, że wszystko gra. Nie chcę wykorzystywać mojej niepełnosprawności, żeby mieć łatwiej. Od początku mi wtłaczano, że mam dostosować się do większości, bo w ich świecie żyję.
Mama i cała reszty rodziny są ze mnie dumni, bo w końcu prowadzę normalne życie.
A mi, pomimo poglądów, wydaje się, że nie każdy sprawnie intelektualny niepełnosprawny nadaje się do pracy biurowej.
#w1UaS
Raz na semestr kolega pochodzący z jakiejś dziury w Bieszczadach przywoził ze sobą dwie kuzynki. Dziewczyny dość przeciętnej urody, ciche i spokojne. Były traktowane jak księżniczki, życzenia odczytywano im z wyrazu twarzy i atencja ogólna do nich ledwo się mieściła w korytarzu. Dziewczyny odwdzięczały chętnie te uprzejmości, spędzając noce w łóżkach wybranych przez siebie aplikantów.
Pewnego razu jedna z nich zawitała i do mojego pokoju. Byłem w siódmym niebie, wizja pierwszego razu była w zasięgu ręki. W trakcie rozbierania się zauważyłem na jej ramieniu dużego siniaka. Zaniepokoiło mnie to i obejrzałem dokładnie jej całe ciało. Znalazłem wiele innych śladów fizycznej przemocy. Zacząłem wyciągać z niej przyczyny tego stanu rzeczy, zastanawiając się jednocześnie, czy powiedzieć o tym innym chłopakom, czy samodzielnie zmasakrować odpowiedzialnego za to gnojka.
Po dłuższym drążeniu tematu przyznała, że to z domu. Bije ojciec, bije wujek, bije matka, jest traktowana jak szmata i wół roboczy. Taka normalka na jej wsi, nic szczególnego. Są dziewczynami, więc niejako ludźmi drugiej kategorii. Tutaj z kolei wchodzą w świat jak z bajki, żyją jak w filmie, a że w zamian trzeba dupy dać, to i tak niska cena (jej słowa).
Wstrząsnęło to mną na tyle mocno, że jakoś nie bardzo miałem sumienia, aby przyjąć zwyczajową zapłatę za nocleg. Powiedziałem, aby poszła spać do łóżka, a ja przekimam na krześle. Rano spytała, czy może u mnie spać również następną noc, a jeśli możliwe, to jej siostra również. Zgodziłem się oczywiście. Dupa bolała od niewygodnego krzesła, ale opad szczęk kumpli, którzy usłyszeli, że chce spędzić u mnie kolejną noc, i to tym razem we dwie, wynagrodził mi to z nawiązką.
Parę dni później pojechały do domu, robiąc mi na odchodnym miły prezent. Żegnając się, na oczach kumpli, przytuliły się do mnie obie, całując namiętnie i dziękując za cudownie spędzony czas.
Moja fama jako guru seksu była wręcz namacalna. Otrzymałem nową ksywkę – Amor. Teksty typu „ucz mnie, mistrzu” były wręcz na poważnie. Przeczytawszy nieco literatury fachowej, udzielałem wielu rad, które często sprawdzały się w praktyce.
Nikt z zachwyconych poprawą własnych umiejętności łóżkowych chłopaków nawet nie przypuszczał, że pomaga im w tym prawiczek mający wiedzę czysto teoretyczną.
#PrddC
Aha, dla mnie to oczywiste, ale wszystkie osoby, którym to pokazałem, wpadały w taką euforię, jakbym zafundował im nowe, lepsze życie, więc postanowiłem i z Wami się tym podzielić :)
#TPwF5
Weszłam, a tam pełno klatek z miauczącymi właścicielami.
I JEST!
Zakochałam się od pierwszego wejrzenia!
BYŁ OGROMNY, CZARNY, pazury miał taaaaaaakie ogromne. No skradł mi serce. Opiekunowie patrzą się na mnie jak na kosmitę, a ja wzięłam go na ręce i mówię, że to musi być ten. Ten i kropka.
Wielokrotnie dopytywali: Na pewno? Właśnie tego?
TAK.
Cóż. Sauron jednego oczka nie posiada, na drugim ma zaćmę, do tego jest głuchy jak pień, ma problemy z pęcherzem i choruje na wątrobę. Większość zębów mu powypadała. Do tego wygląda jak Frankenstein, bo spotkał się czołowo z samochodem. Ale jest najwspanialszym kotem pod słońcem, mruczy jak traktor, cały czas chce być na rękach i mimo że jest ślepy i głuchy, to swoją panią lokalizuje bezbłędnie!
#OS7gg
Ups... Pytanie nie zostało w mojej głowie, a poleciało gołębim tempem w autobusową przestrzeń.
Gołąb nie odpowiedział. Pewnie nie usłyszał. Za to rozbawione spojrzenia współpasażerów musiałam znosić jeszcze kilkanaście minut.
Chyba muszę odpocząć.