#A3PE3
Jestem kierowcą ciężarówki, przez 6 lat jeździłem praktycznie przez cały miesiąc, mając do dyspozycji 4 dni w miesiącu wolnego. Uwielbiam tę pracę i fajnie było dostać niezłą wypłatę, ale nie zorientowałem się, że moja dziewczyna przyzwyczaiła się do życia beze mnie, po czym mnie zostawiła, a moi znajomi przestali do mnie pisać, umawiając się na browara, bo i tak byłem gdzieś między Francją a Hiszpanią.
Piszę, żeby się wyżalić, bo teraz mam dwa tygodnie wolnego i nie wiem, co ze sobą zrobić.
#ziUVx
Poszedłem do spowiedzi. Na szczęście trafiłem na wyrozumiałego księdza, który pomimo że stwierdził, że to jest niezgodne z wiarą i kościołem, powiedział też, że ważne, aby żyć w zgodzie z samym sobą. A dopóki krzywdy tym nikomu nie robię, to też jest OK.
Mama nadal modli się za mnie, abym wrócił na dobrą stronę. Ostatnio nawet zamówiła mszę w mojej intencji. Cóż, do 18 zostały mi niecałe dwa lata. Później zobaczymy, co dalej. Ech...
#cZAc2
Przez wiele lat należałam do drużyny harcerskiej. Był to świetny czas, gdzie m.in. poznałam te wymienione wyżej spoza rodziny osoby, które znają moje prawdziwe pochodzenie. Niestety ta dawna przyjaciółka, powiedzmy Magda, w przeciągu lat zmieniła swoje oblicze. Znałam ją jako optymistyczną, przyjazną wobec wszystkich osobę, od wspólnych znajomych dowiedziałam się, że przekształciła się nie dość, że w chlejącą imprezowiczkę, to jeszcze w wielbicielkę tworzenia i rozpowszechniania plotek.
Jakiś czas temu byli członkowie drużyny zorganizowali grilla, takie spotkanie po latach. Na początku było bardzo przyjemne, długie opowiadanie, co się działo przez ten czas (a z niektórymi widziałam się pierwszy raz od 7 lat, czyli od czasu odejścia z drużyny!). Jak to na grillu, jest alkohol. Wszyscy jednak zachowują rozsądny umiar... A nie, jednak nie. Magda po relatywnie krótkim czasie była już mocno wstawiona i zaczęła chodzić od osoby do osoby, szukając towarzysza do picia i komentowania wszystkich wokół. W końcu trafiła na nas, grupę czterech osób. Dłuższą chwilę siedziała cicho, aż w końcu wypaliła: „A wy wiecie, że Werka [moje imię] jest sierotą?”. Oczy wszystkich to na mnie, to na nią. Marta zaczyna wywód: że byłam w patologicznej rodzinie, gdzie każde dziecko z innego ojca, że prawie marłam z głodu (bo matka mnie olewała) i przepicia, bo dawali mi wódkę, żebym spała i nie płakała, że długo nie mogłam znaleźć domu i dlatego jestem taka dziwna (gdy byłam w podstawówce, jąkałam się, przeszło z wiekiem, jedyna szczególna dziwność, jaką zauważyłam)... Rozkręcała się, aż towarzystwo otrząsnęło się z szoku i kazało jej się, mówiąc delikatnie, uciszyć, a najlepiej szybko oddalić się w kierunku przeciwnym.
Siedziałam jak zaklęta. Niemal nic z tego, co powiedziała, nie było prawdą, nawet sierotą nie jestem – wszędzie w dokumentach mam imiona rodziców Franciszek i Natalia, nie NN i NN. Bałam się jednak, że ludzie będą naciskać, czy to prawda, i choć zaakceptowałam ten fakt, to nadal trudno mi o tym mówić. Gdy Magda się stawiała i stwierdziła, że nigdzie nie idzie, zrobiłam coś, czego tylko trochę żałuję. Kazałam więcej się nie pokazywać mi na oczy i powiedziałam, że ma wyp... Na szczęście to zrobiła, bo obok mnie stał dobrze zbudowany narzeczony. Znalazła się na czarnej liście u wszystkich uczestników imprezy, ja nie mogłam do siebie dłuższą chwilę dojść. I wciąż nie rozumiem: co jej to dało i jak ona mogła?
#6SzW3
Gwoli wstępu: duszą towarzystwa nie jestem, ale nie jestem też totalnym odludkiem. W tamtym czasie utrzymywałem dobre relacje z kilkoma osobami z mojego liceum oraz z kilkoma ze studiów (w innym mieście). Wyjść na miasto było jednak mało, głównie w czasie świąt (ludzie z liceum), czy na koniec sesji (studia). Sfrustrowany więc trwającym od dłuższego czasu dość słabym weekendowym życiem towarzyskim i brakiem zaproszeń „na miasto”, postanowiłem w trakcie wakacji w moim rodzinnym mieście „wyjść na miasto i poznać ludzi”. Rodzice poza miastem, ja sam w sobotni wieczór w domu, ubrałem się, uszykowałem i wsiadłem w ostatni tego dnia autobus miejski w kierunku centrum, celem wyjścia naprzeciw towarzyskim atrakcjom i spotkania czy to aktualnych, czy nowych znajomych.
Dotarłem do centrum (podkreślę, miasto średniej wielkości), skierowałem się w stronę serca życia towarzyskiego miasta. Do pokonania miałem przejście dla pieszych, gdzie z racji później pory, dla kierowców pulsowało już żółte światło. W okolicy tego przejścia akurat było pustawo, minąłem tylko dwóch chłopaków mniej więcej w moim wieku. Gdy przechodziłem przez przejście (światła – patrz wyżej!), usłyszałem za sobą: „Zobacz k..., przeszedł na czerwonym świetle!” i zanim się zdążyłem połapać, zostałem powalony przez tych dwóch młodzieńców na ziemię i w akompaniamencie krzyków „Przeszedłeś na czerwonym świetle!” skopany. Cała akcja trwała kilkanaście sekund, bo naćpanych zapewne delikwentów odstraszył przejeżdżający patrol, uciekli szybko i tyle ich widziałem.
Na szczęście byłem tylko lekko poobijany i oszołomiony samym atakiem i okolicznościami, w jakich do niego doszło (przy „standardowym” ataku pewnie jakoś byłbym w stanie się bronić). Oczywiście „wyjście do ludzi” w tym momencie dla mnie się zakończyło, a ponieważ na szczęście żadnych śladów na sobie ta groźna i zarazem kuriozalna sytuacja na mnie nie zostawiła (okularów też jakimś cudem mi nie uszkodzili), nikt nigdy się nie dowiedział, że gdziekolwiek w ten sobotni wieczór byłem.
Żeby historia była kompletna: moje życie towarzyskie nigdy później nie uległo specjalnej poprawie, ale żalić się tu nie będę, bo tego nie lubicie. ;-)
#b5fTO
#8EZsP
Chciałam odejść, ale mój kochanek nie widzi we mnie swojej kobiety. On chce tylko fizycznych przyjemności. Ja też na początku chciałam tylko tego, ale wraz z upływem czasu zakochałam się w nim. Chciałam z nim być, chciałam odejść dla niego od męża, próbowałam go w sobie rozkochać. Nic mi się nie udało, nawet życie zawodowe to porażka. Praca za minimalną krajową od zawsze. Nie byłabym nawet w stanie sama się utrzymać, a przecież nie mam 20 lat, żeby żyć na wynajętym pokoju ze studentami.
Kiedy jesteśmy razem, przepełnia mnie szczęście, cieszę się tymi chwilami, cieszę się tym, jak mnie dotyka i całuje, jak do mnie mówi. Jesteśmy idealnie dobrani fizycznie i emocjonalnie, działamy na siebie jak przyciągające się magnesy. Kiedy od niego wychodzę, ogarnia mnie smutek. Zaczynam rozumieć, że to wszystko jest na chwilę, że on chce tylko zabawy, a ja przez to cierpię. Mimo że to wszystko wiem, nie potrafię przerwać tego błędnego koła. Wracam do domu i czekam na męża. On nie potrafi już ze mną rozmawiać, nie interesują go moje problemy, nie interesuje go, co robiłam cały dzień. Jedyne czym się interesuje, to co mu zrobiłam do jedzenia i czy nie zapomniałam kupić piwa. Nie lubię już, kiedy mnie dotyka, robię to, żeby jak najszybciej skończył, obrócił się plecami i poszedł spać. Szukam sobie innych zajęć, kiedy razem mamy wolne dni, sprzątam, gotuję, robię wszystko, byleby być zajętą. Wolę, żeby w weekend szybko się napił i poszedł spać, nie chce mi się z nim siedzieć wieczorami.
Piszę to wszystko i sama nie wierzę, jak koszmarne stało się moje życie. Jestem nieszczęśliwa i nie potrafię nic zrobić, żeby to zmienić.
#B90Ex
Jakiś czas temu zauważyłam w sobie niepokojące zachowania, sny, marzenia, uczucia. Przeważa strach, obawa, że stracę przyjaciela i już na zawsze pozostanę sama. Jest też zazdrość, za każdym razem, jak patrzę na wzajemne relacje znajomych z klasy czy na trzymające się za rękę pary. Najgorsza jest nieśmiałość – nie zagadam do nikogo, bo się boję, że będę się narzucać. Nie zaproponuję wyjścia, bo nie chcę się narzucać.
Poza tym jest jeszcze dziwne... pragnienie bliskości. Zawsze wydawało mi się, że nie będę potrzebowała chłopaka, a teraz czuję, że go potrzebuję, naprawdę potrzebuję. Nie kogoś, z kim pójdę na imprezę, czy, no cóż, do łóżka. Potrzebuję kogoś, kto będzie ze mną rozmawiał, słuchał mnie i mówił mi, co czuje, opowiadał o sobie. Kogoś, kto będzie się o mnie troszczył i kogoś, o kogo i ja mogłabym się zatroszczyć.
Boję się, że jestem za młoda, że chcę się za bardzo spieszyć, że to za wcześnie. Boję się, że to nienaturalne i nie wiem, co z tym zrobić.
#IBEgE
To było kilka lat temu, miałem około 6-7 lat, byliśmy w sklepie z kolegą i nie rozumiałem jeszcze zbytnio, na czym polega reszta podczas płacenia w sklepie. Kupujemy sobie coś tam, już nie pamiętam co, więc ja płacę, potem płaci kolega i pani mówi cenę i kwotę, jaką musi wydać reszty i ją wydaje. Ja się zapytałem: „A czemu ja nie dostałem reszty?”, a kolega i pani mieli bekę (na szczęście poza mną tylko oni byli w sklepie) i dopiero wtedy zrozumiałem, że „reszta” oznacza resztę pieniędzy. Tak mi było głupio, że myślałem, że wyjdę i pobiegnę do domu. Kolega całą drogę się z tego śmiał (nie jakoś żeby mnie upokorzyć, tylko żartobliwie).
Teraz jak o tym myślę, to w sumie sam się śmieję i pewnie na miejscu kolegi czy pani też bym się śmiał, ale mimo wszystko w środku czuję, że zaraz umrę ze wstydu, a najgorsze jest to, że czasem przez ten wstyd nie mogę spać 2-3 godziny od położenia się spać.
Napiszcie, czy też tak macie, bo nie wiem, czy ja jestem jakiś dziwny czy co, naprawdę sam mam z tego śmieszki heheszki, ale mimo wszystko czuję w środku ten wstyd.
#Oy2Jd
Jakoś po dwóch latach był ślub, a po trzech dziecko. Wyjazd za granicę do pracy. Wyjechaliśmy wszyscy. Pracowałem jak wół – na dwie prace. Niczego nam nie brakowało – nowe meble, elektronika, samochody. Mieszkanie żony, więc umowa – kupujemy graty, bo chata jest, jak wrócimy do Polski, to z rzeczami do mieszkania.
To było piękne życie. Do czasu. Do czasu, aż nastał okres dojrzewania pasierbicy. Dla mnie był to trudny czas (awantury, używki, niewracanie na noc nastolatki). Strasznie to przeżywałem, ale żyłem nadzieją, że to przejdzie, że dziecko zrozumie zakazy stawiane z powodu troski. I nieważne, że ojczym – ojciec nie interesował się nią całe życie.
Życie toczyło się dalej. Niestety, było coraz gorzej. Pijaństwo nastolatki, trawa, imprezy, wyzwiska kierowane do mnie, rękoczyny – dziecko 14 lat. Od strony matki zero reakcji, tylko krytyka mojej osoby. Po pewnym czasie zauważyłem, że coś się psuje. Pytałem żony, czy wszystko OK, czy coś się dzieje. Zawsze odpowiadała, że jest tak, jak powinno być.
Na rocznicę ślubu kupiłem jej furę, taką za sto kawałków. Pojechaliśmy do rodzinnego miasta. Tam mnie żona zdradziła. Powiedziała, że to koniec, że rozwód. Oczywiście pytałem – ale jak, skoro mówiła, że wszystko jest OK? Byłem załamany. Na nic nie pomogła terapia małżeńska (dwa spotkania), rozmowy, nic. Na pytanie, dlaczego tak mnie oszukała, skoro poświęciłem dla niej swe życie, powiedziała, że jestem nienormalny.
Dostaliśmy rozwód na pierwszej rozprawie. Podziału majątku jeszcze nie było. Była zabrała wszystko, na co tyrałem. W wieku 40 lat zostałem goły i wesoły. Człowiek oddał wszystko dla kogoś, a został potraktowany jak śmieć.
Dziś jest dwa lata po rozwodzie. A ja codziennie w nocy płaczę i się zastanawiam, za co to. I nie chodzi tu o mnie, a o dziecko, które mam z tą kobietą. Niby jestem dorosły, niby wiele widziałem i wiele wiem, ale za nic w świecie nie jestem w stanie wytłumaczyć tej małej istocie, co zaszło, dlaczego jest, jak jest. Co chwila o tym myślę. Najgorzej znoszę rozmowy z córką, widzenia. Widzę w jej oczach straszny smutek. Najgorzej dla ojca widzieć cierpienie dziecka, będąc bezsilnym.
Wiele bym dał, by cofnąć czas, spróbować inaczej to wszystko rozegrać, tak by moja córka była szczęśliwą osobą, by miała normalne dzieciństwo, z obojgiem rodziców. Smutne jest również to, że pasierbica wpadła w bardzo złe towarzystwo, a ja nie mam wpływu, by ją z tego wyplątać. Szkoda mi tych dzieci i braku rozumu u mojej byłej żony.