#wik3L

Mam pewien problem. Od jakiegoś czasu spotykam się z kobietą, ale znamy się już dobre kilka lat. Oboje dobiegamy czterdziestki. Zawsze dobrze się dogadywaliśmy zatem i po zmianie relacji na romantyczną wszystko szło nieźle... do momentu wspólnego zamieszkania – wiadomo, trzeba się dotrzeć. Tyle że w tym docieraniu nie ma miejsca na kompromisy – ma być tak, jak ona chce, i już. Próby rozmowy i jakiegoś rozsądnego ustalenia wspólnego gruntu kończą się na kłótni albo zbywaniu prób tłumaczenia mojej perspektywy. Dodatkowo ostatnio zasugerowała mi, że mam się dostosować albo spadać na drzewo. Mieszkamy u niej (ze względów praktycznych miało to większy sens), a moje mieszkanie miało pójść na wynajem – myślę, że też dlatego ona czuje się uprawniona do dyktowania warunków. Wisienką na torcie jest to, że po każdej sesji z terapeutką wraca z coraz głupszymi pomysłami. 
Ja rozumiem, że ważne jest, aby dbać o siebie i sam pomysł terapii popieram, ale bez choćby odrobiny elastyczności nie da się zbudować związku. Nie można wszystkiego oprzeć na „ja, ja, ja”. Obawiam się, że to może być pseudoterapeutka, która zamiast naprawdę pomóc, ładuje jej do głowy jakieś bzdury z TikToka, ale wolę nawet nie poruszać z nią tego tematu. Może jakoś dziwnie o tym myślę, ale zawsze wydawało mi się, że czasem zrobimy coś, jak ona chce, czasem po mojemu, a czasem znajdziemy jeszcze inny sposób. Tracę siły... Na szczęście nie dałem jeszcze ogłoszenia o wynajmie i chyba na razie się wstrzymam.

#xWUDT

Zawsze miałam bujną wyobraźnię, nad którą jednak nie potrafię do końca panować. Od jakiegoś czasu przechodzę również cięższy okres w życiu. Jak to się łączy? Kiedy jest mi bardzo smutno, wyobrażam sobie szczególnie tragiczne sytuacje z udziałem ludzi, których znam i którzy są mi bliscy. Najczęściej jest to mój chłopak, mój anioł i niewinny misiaczek, jedyna osoba, co do której jestem pewna, że mnie kocha... W mojej wyobraźni czasem pali mu się dom, bliscy są mordowani na jego oczach (znam, bardzo mili ludzie, muchy by nie skrzywdzili). On sam jest torturowany, poniżany na rozmaite sposoby, zmuszany do robienia rzeczy, których by nigdy nie zrobił w rzeczywistości. Czasami w tym wszystkim uczestniczę, a czasami wręcz za tym stoję.
To samo potrafię „zrobić” moim najbliższym przyjaciołom, za których na co dzień skoczyłabym w ogień, członkom rodziny, którym dużo zawdzięczam. Potrafię postawić ich przeciwko sobie i „organizować” Igrzyska Śmierci, tylko trochę brutalniejsze, czasem wzbogacone o twarze ludzi mijanych na ulicy. Takie starsze panie z autobusu lub matki z dziećmi, na przykład. Ich koszmar potrafi wizualizować się w mojej głowie parę godzin. Czasem wracam do poszczególnych historii albo, o ironio, spisuję je na komputerze i... wysyłam chłopakowi, który gustuje w takich klimatach (oczywiście ze zmienionymi bohaterami dramatu i uniwersum, najczęściej to coś jak „Metro”)... Nie wie, kto jest moją inspiracją.

Po co to robię? Niesamowicie mnie to wycisza. Gdy wracam do rzeczywistości i uświadamiam sobie, że żadne z tych okropieństw nie miało miejsca, czuję się lepiej, jakbym to ja powstrzymała te wydarzenia siłą umysłu. Później jednak dopadają mnie przeogromne wyrzuty sumienia, wręcz czuję się jak śmierć. Chciałabym pójść z tym do psychiatry, ale nie wiem, czy zrozumie... Dlatego mam pytanie, drodzy Anonimowi: czy ktoś też tak ma?

#moGdE

Moja dziewczyna, a obecnie już żona, swego czasu miała prawdziwą obsesję robienia zakupów na jednym z popularnych serwisów oferujących wszelkiej maści produkty z Chin. Zazwyczaj były to rzeczy albo parszywej jakości, albo podróbki towarów znanych marek. Kiedy miałem urodziny, miłość mojego życia, wiedząc, że jestem starym metalowcem lubiącym klasyczne kapele związane z tym gatunkiem muzyki, podarowała mi zakupioną na AliExpresie koszulkę zespołu AB/CD. Nie chcąc sprawić przykrości mojej ukochanej, przez parę miesięcy paradowałem w tym cholerstwie, skazując się tym samym na ataki śmiechu ze strony moich kolegów.

To się, psia mać, nazywa poświęcenie w imię miłości!

#bPoKZ

Mam 6,5-letniego synka. Biologiczny ojciec nigdy się nim nie interesował. Olewał temat. Przez lata chodziłam po sądach, aby załatwić wszystko prawnie (zabranie mu praw rodzicielskich etc.). Moi rodzice cały czas wpierniczali mi się w życie, ale nie miałam siły walczyć w pojedynkę. Jeszcze niedawno nie wierzyłam, że będę kiedyś naprawdę szczęśliwa, jednak od 3 miesięcy mam cudownego chłopaka (znamy się 17 lat), w którym mam ogromne wsparcie. 

Moi rodzice tydzień temu za moimi plecami bez wiedzy, a tym bardziej zgody, zorganizowali sobie spotkanie mojego synka z biologicznym ojcem, ukrywając przede mną ten fakt (wiem, że inicjatywa wymuszona była z ich strony, gdyż ten człowiek ma gdzieś młodego). Gdy synek mi o tym powiedział, próbowali się wypierać. Poczułam się, jakby ktoś wbił mi nóż w plecy. Przegięli do tego stopnia, że mój syn jako wnuk nie chce mieć z nimi kontaktu. 

Od tygodnia nie mieszkam w rodzinnym domu, tylko u chłopaka. Mój synek nawet nie wspomina o dziadkach (wyjątek, gdy powiedział, że mam go odebrać szybciej z przedszkola, bo nie chce, aby babcia albo dziadek go odebrali). W końcu zaczynamy być szczęśliwi. Mam wielkie wsparcie w moim chłopaku, jak i jego rodzicach. Są dla mnie jak drudzy (lepsi) rodzice, synka traktują jak wnuka. Chłopak zaś z moim synkiem mają kontakt jak tata z synem. Wiem, że to ten jedyny. 
Odcięłam się od toksycznych rodziców. Nie mam z nimi kontaktu. Zaczynam żyć i w końcu w pełni cieszyć się macierzyństwem. Wiem, że już nigdy nie wrócę do rodzinnego domu. Mam tylko małą nadzieję, że moi rodzice zrozumieją swój błąd, że skrzywdzili mnie i swojego wnuka, który nie był gotowy na takie spotkanie z obcym dla niego człowiekiem. I że w końcu przestanie ich unosić duma i chociaż przyznają się do błędu, przeproszą.

#MQUU5

Na tablicy mojego 16-letniego syna zobaczyłam wpis o treści „zgadnijcie, kto jest najładniejszą mamą na świecie”. Odpisałam od razu w komentarzu „Ja!” i nasłałam mu tam naklejek i buziaków. Odpisał „A nie, bo Marta”.
Marta to jego dziewczyna... Tak że ten... Mówcie mi „babciu”.

#olEB0

Chciałabym opowiedzieć o zdarzeniu z dzieciństwa, które bardzo mnie skrzywdziło, ale teraz, z perspektywy czasu patrzę na to z przymrużeniem oka, bo mam piękne życie, znam swoją wartość i już nie chowam urazy, nie ma sensu.

Zacznę od tego, że w moim rodzinnym domu panowała taka zasada, że wieczorem, gdy z bratem byliśmy w łóżkach, nie mogliśmy swobodnie korzystać z toalety bez odpowiedniego informowania o naszych potrzebach. Mieszkaliśmy z bratem we wspólnym dużym pokoju (który służył też za gościnny), a droga do łazienki prowadziła przez kuchnię, w której spali nasi rodzice, więc odczuwając potrzebę fizjologiczną, musieliśmy głośno krzyczeć: „Mama! Kupę”, „Mama! Siku” i czekać, aż otrzymamy pozwolenie na udanie się do łazienki.

Podstawówka, akademia szkolna z okazji pasowania na przedszkolaka czy coś takiego, oczywiście ja byłam jednym z tych pasowanych dzieciaków. Coś było ze mną nie tak, czułam się słabo, było mi potwornie duszno, gorąco, nie widziałam dokładnie, co się dzieje naokoło, bo śnieżyło mi przed oczami, czułam, że zemdleję i jednocześnie miałam takie poczucie odrealnienia, że nie jestem tam, gdzie jestem, a w domu, i na dodatek nadchodziła okropna biegunka z niesamowitym bólem brzucha, a ja czułam się tak bezradna, zagubiona i sparaliżowana, że pierwszy odruch to był krzyk na cały głos do obecnej na akademii mojej mamy: „Mama, kupę!!!”.  Nie muszę chyba wspominać o tym, że wszyscy wybuchnęli śmiechem, a matka zaciągnęła mnie ledwo żywą do łazienki i sprała za karę, bo takiego wstydu jej narobiłam, mimo że byłam po prostu chora i zdezorientowana. Do końca szkoły byłam prześladowana, dzieci biegały za mną i śmiejąc się, krzyczały: „Mama, kupę!”. Nigdzie nie miałam wsparcia. Dochodziło do tego, że kradziono mi buty w szatni i chowano je po różnych miejscach, często zostawałam po lekcjach i ze sprzątaczką szukałam zgub albo uciekałam po lekcjach do domu przez okno w łazience, gdy słyszałam, że na zewnątrz czają się dzieciaki wrzeszczące o kupie. No masakra. Dzięki bogu później w moim życiu zagościły takie zdarzenia, które mnie odbudowały i dały siłę do życia, bo przez to wszystko żyłam po prostu w dziecięcej depresji. Do nikogo się nie odzywałam, czułam się do niczego i jako taki ktoś, kto zasługuje na potępienie. 

Teraz wystarczy, że wiem, że na to nie zasłużyłam i że to przeszłość, a dzielę się tym na znak braku wstydu za to, co było i pogodzenia się z przeszłością, jej zaakceptowania.

#A5wZg

Spotykam się z samodzielną matką od około 3 miesięcy. Kiedy widzimy się na żywo, jest super. Wyznaje miłość, przytula, całuje itd. Ja jestem trochę overthinkerem i wszystko analizuję.

Przykład 1 – byliśmy na zakupach i gdzie poprzednio zawsze dążyła do kontaktu, to tym razem w ogóle nie dążyła, żeby chwycić za rękę, przytulić, cokolwiek (nie mówię, że tak ma być, tylko zauważyłem różnicę do tego, co było).
Przykład 2 – inicjowanie kontaktów to głównie ja. Widzimy się najczęściej w weekendy, w tygodniu ma dodatkowe zajęcia z córką, obowiązki, dodatkowe ćwiczenia itd., jestem to w stanie zrozumieć, bo po tak intensywnym dniu sam chciałbym tylko zalec na kanapie. Jednakże propozycje spotkania wychodzą w większości tylko ode mnie.
Przykład 3 – zauważam brak zaangażowania. Widzę, że jest inaczej, niż było. Wcześniej pełno energii, teraz jak się widzimy sami we dwójkę, najczęściej ona śpi. Kontakt w tygodniu, jak się nie widzimy, jak ja nie napiszę, to cisza. Odpisuje mi po kilku godzinach, a jak już odpisze, to często pomija zadane pytanie. No i to mnie dziwi, ponieważ mówi mi na żywo, jak lubi, kiedy do niej piszę na dzień dobry czy dobranoc, a przykładowo piszę: „Dzień dobry, śniłaś mi się dzisiaj...”, no i wiadomość odczytana, ona dostępna kilka razy on-line od rana, a odpowiedzi brak.
Przykład 4 – wcześniej, kiedy przychodziłem, zawsze robiła pyszny obiadek, dodatkowo ilość była celowo robiona taka, żebym wziął też coś na drugi dzień do pracy. Ostatnio zero starania z jej strony.
No i zauważyłem mój błąd, czyli chyba „zagłaskałem kotka”. Jestem z tych facetów, co bardzo się starają i dużo od siebie dają. Wydaje mi się, że za dużo i może ona się mną zmęczyła. Tylko po co mówi, że to uwielbia i tego chce?
Wczoraj napisała mi, że o nas myśli, o naszej wspólnej przyszłości, że chce, byśmy byli na zawsze. Po czym rano piszę wiadomość na dobry dzień i cisza... No i tutaj trochę pękłem tym razem i nie mam już ochoty pisać, dzwonić i się narzucać.
Myślicie, że faktycznie straciła zainteresowanie i stąd brak zaangażowania w relację?
Tak jakby partnerka się o mnie nie stara. Doszedłem do tego wniosku, zadając sobie pytanie, co ona wnosi w naszą relację.
Co byście zrobili w mojej sytuacji?
Ja widzę to tak:
1. Straciła zainteresowanie, ale uwielbia mnie jej rodzina i córka, jestem porządnym facetem z zasadami, jestem zaangażowany i bardzo się staram, więc dla wygody mogę zostać i będzie OK bez emocji.
2. Ma na mnie wywalone i jest to celowy zabieg, żebym to ja zrezygnował i dał sobie spokój.
3. Jest ktoś na horyzoncie i czeka w boksie.
4. Woli niezależność.
5. Chce to zakończyć, ale nie wie jak (stąd pewnie czasem się zamyśla).

Targają mną duże emocje :/ Pomożecie ?

#W9PaE

Jestem kiepskim pianistą, czasami coś tam pogram, kocham to robić. Muszę dbać o swoją reputację wśród mieszkańców bloku, więc czasami włączam nagrania wirtuozów i tak oszukuję ludzi.... Sąsiadów mam melomanów i nieraz słyszałem: „Ależ proszę pana, wczoraj wybitnie panu wyszło, cóż za wirtuozeria!”.
Sam przed sobą wstydzę się przyznać, że nigdy nie będę mógł tak grać! :(
Dodaj anonimowe wyznanie