Dziś moja nowa dziewczyna opowiadała mi o swojej koleżance, która pojechała na randkę w góry. Opowiadając przebieg randki, zaznaczyła, że tamten facet powiedział do jej koleżanki, że jest bardzo ładna itp. i że chciałby robić zdjęcia widokom, ale woli jej. Kobiety wspólnie uznały tego gościa za mało pewnego siebie i to była ich ostatnia randka. Od razu przypomniałem sobie sytuację, gdzie jakoś pół roku wcześniej powiedziałem innej kobiecie na naszej drugiej randce, że jest naprawdę ładna i tak naprawdę dzieli nas kilka leveli atrakcyjności, a ona zapytała mnie, dlaczego jestem tak mało pewny siebie i więcej się ze mną nie chciała umówić :)
Dochodzę do wniosku, że strach w tych czasach powiedzieć kobiecie, że jest atrakcyjna, bo od razu cię zaszufladkuje jako mało pewnego siebie desperata.
Idę o zakład, że w przypadku koleżanki to nie chodziło o to jedno zdanie. A w twoim przypadku, to serio nie widzisz różnicy "jesteś piękna" vs "jesteś dużo ładniejsza ode mnie"? Podpowiem, pierwsze to komplement, a drugie to jakaś zabawa w porównywanie albo próba wyciagnięcia komplementu "o nie, czemu tak mówisz? Jesteś bardzo przystojny".
Myślę o pójściu na całkowicie inne studia od października 2027. I tutaj zaczynają się „ale”. Miałabym wtedy 24 lata, przy dobrych wiatrach nowe studia skończyłabym w wieku 27 lat i mogłabym już pracować, ale zostałaby jeszcze magisterka 2 lata, którą mogłabym robić zaocznie. I o ile planowałam poczęcie dziecka w wieku ok. 30 lat, to miałam wizję, że wcześniej się czegoś dorobię...
Kolejne „ale” – jeśli wybrałabym ten zawód i gdyby były dzieci, to nie widzielibyśmy się prawie w ogóle z moim partnerem, bo jest to praca zmianowa, a on sam pracuje już na zmiany. Dodatkowo mieszkamy bardzo daleko od naszych rodziców, więc nie moglibyśmy liczyć na ich częstą pomoc...
Więc przesądziłam o swojej karierze w wieku 19 lat :(((
Pamiętaj, że musisz koniecznie z conajmniej 5 letnim wyprzedzeniem zaplanować dokładny miesiąc, dzień i godzinę poczęcia dziecka, bo inaczej taki plan jest o kant d... A tak serio, to wyluzuj trochę ;) Nie wiesz co będzie jutro, a Ty się przejmujesz tym co będzie za kilka lat. Jeśli chcesz zacząć inne studia, które Cię interesują i masz taką możliwość to to zrób a reszta się jakoś ułoży.
Jestem dorosła, ale prześladuje mnie „miłostka”.
Poznałam go w przedszkolu, przeszłam z nim całą podstawówkę. Podobał mi się zawsze, wiedziałam, że nie będziemy razem, ale pozwalałam mu wracać po każdym podboju. Co chwilę w jego życiu była inna, na moment, durne szkolne związki. Nie chciałam tego, bo było to dziecinne dla mnie, miałam wystarczająco swoich problemów, żeby bawić się w relacje w tym wieku. Zawsze byłam dojrzalsza, a on był moją odskocznią, moim spontanicznym uśmiechem. Kiedy podbijał czyjeś serce, cierpliwie czekałam, czasami nawet go w tym wspierałam, wiedziałam, że i tak wróci. Kiedyś chciał spróbować, ale go odrzuciłam, za karę związał się z moją koleżanką. Nie winię jej za to. W jego oczach można było utonąć jak za syrenim głosem. Zbliżaliśmy się w przerwach od jego kolejnych zdobyczy. Leżał na mnie, obejmował, czasami całował w szyję czy kącik ust. Pozwalałam mu na to, bo go lubiłam, bo mi się podobał wizualnie, bo czułam jakąś więź między nami. Niewidzialną nić. Kiedyś stwierdził, że mnie kocha, jakiś czas było między nami magia. Chciał więcej, a ja czułam, że z nim mogłabym to zrobić i byłoby po prostu miło. Postawiłam warunki, częściowo ich dotrzymał, ale po czasie źle odebrał moje relacje z kolegami i uznał, że złamałam mu serce. Pewnie spodziewał się, że skoro zawsze go witałam z otwartymi ramionami, będę robić wszystko, żeby był przy mnie.
Szkoła się skończyła. W liceum kontakt się skończył. Słyszałam, jak wykorzystuje naszą historię i złamane serce do podbijania kolejnych. Przynajmniej tak przedstawiali mi to inni. Taki typ. Potrzebował miłości i uwielbienia. Przez lata się mijaliśmy. Poznawaliśmy innych ludzi. W końcu się spotkaliśmy i czułam, jakbyśmy byli w jakiś sposób związani ze sobą, choć nie wierzę w takie rzeczy. Byłam jednak w szczęśliwym związku i nie odpowiedziałam na propozycję kolejnego spotkania.
W trakcie studiów okazało się, że jest moim sąsiadem, chociaż nie wiedzieliśmy o tym. Coś sprawiło, że w ogromie tego miasta zamieszkał na tym samym osiedlu. Nie mieliśmy więcej kontaktu. Ale czasami myślałam „co by było, gdyby”. Gdybyśmy się jednak związali na którymś etapie.
Ostatnio pojawia się w moich snach, mówi, że żałuje wielu rzeczy, że nigdy nie da mi spokoju, że do końca życia będę go wspominać, że jesteśmy połączeni na zawsze. Mam już od dawna swoje spokojne szczęśliwe życie, nie myślę o nim, bo to stare czasy, ale te sny nie dają mi spokoju, są bardzo wyraźne, mam wrażenie, że czuję jego obecność, pocałunki w dawne miejsca palą moją skórę i tonę w jego oczach. Budzę się z obłędem i proszę, żeby to już się nie zdarzało. Bylibyśmy włoskim małżeństwem, latałyby między nami talerze, a nie tego w życiu potrzebuję. Czy on kiedyś da mi spokój? Kiedyś powiedział, że nigdy...
Dziś dowiedziałem się od znajomego, że moja była poszła do klasztoru.
Raptem rok temu nakryłem ją w łóżku z trzema facetami, nagrywała też amatorskie filmiki na pomarańczową platformę. Chyba Kościół faktycznie ma kryzys powołań...
Co bym nie zrobiła, matka mojego narzeczonego mnie nie akceptowała. Ani nie lubiła. Miała już wybrankę dla swojego ukochanego dziecka i nie byłam nią ja. Cztery lata razem i zawsze to samo: złośliwości, brak szacunku. Ale oczywiście ja przesadzam, jestem przewrażliwiona. A gdy zwracałam jej uwagę, to było odwracanie kota ogonem: źle zrozumiałaś. Jasne. A mój Jarek ogóle nie stawał po mojej stronie, nie bronił mnie. Potrafię odpyskować czy krzyknąć, ale co z tego? Wtedy to ja jestem tą złą. I niestety mieszkałam z nią. Bo dom duży, całe piętro dla nas. Kłótnie i ciche dni były coraz częstsze. I mamusia dolewała oliwy do ognia. Ciągle zapraszała tę całą Anię. Ania to, Ania tamto. Same ochy i achy. Nie to, co ja. Znajda. Bez rodziny. Bez studiów. Bez kasy. A im bliżej było naszego ślubu, tym było gorzej. Między nami doszło do takich spięć i niedomówień, że byłam już w drugim miesiącu ciąży, a nic nikomu nie powiedziałam. Za to intensywnie szukałam sobie miejsca w domu samotnej matki. Czułam się gorzej i gorzej.
Dwa dni przed ślubem przyjechał Mirek, młodszy brat niedoszłej teściowej. Źle go traktowała. Bo biedny, bo pracuje jako kierowca na śmieciarce, bo brzydki, bo sam. Ale on jeden stanął w mojej obronie. I zmusił, żeby mnie przeprosiła. Tego było dla mnie za wiele. Nie mogłam przestać płakać. Ktoś obcy mnie wsparł, a mój facet nic. W noc przed ślubem rozbiłam pierścionek zaręczynowy tłuczkiem do mięsa i zostawiłam na widoku. Spakowałam tyle, ile byłam w stanie udźwignąć i w długą. Brat teściowej mnie dogonił. Wszystko mu powiedziałam, nawet o ciąży. I że będę łazić od jednego do drugiego domu samotnej matki, aż w końcu gdzieś mnie przyjmą. On tak dziwnie na mnie patrzał. Powiedział: „Skoro do domu nie chcesz wrócić, a wszystko inne ci obojętne, to ja sobie ciebie wezmę”. I wziął mnie jak worek kartofli sru do auta. Wszystkie moje rzeczy zabrał z domu. I pojechaliśmy. Byłam w szoku. Dowiedziałam się, że ma 38 lat, ma własnościowe mieszkanie i trochę kasy na koncie. I że jestem jego jedyną szansą na rodzinę, bo jest w *uj brzydki. Od razu po przyjeździe do jego miasta zaciągnął mnie do urzędu miasta. Data ślubu za 3 tygodnie. Mieszkanko dwupokojowe. Zaniedbane, ale niezwykle przytulne. Czułam się tam jak w domu. Po prostu. Dbał o mnie.
Dzień po ślubie bardzo źle się poczułam. Spędziłam trzy miesiące w szpitalu. Bardzo się bałam o dziecko. W tym czasie Mirek wyremontował całe mieszkanie, zrobił pokój dla dziecka. Złożył wypowiedzenie i zrobił kurs na wózek widłowy, żeby dziecko się nie wstydziło ojca w przyszłości. Siostrze wygarnął wszystko, a Jarka wycałował i wyściskał i podziękował, że jest taki głupi. A ja jestem szczęśliwa. Z Mirkiem.
Jestem typem wojownika. Nie potrafię odpuszczać i nie potrafię się poddawać. I nie, nie jest to dobra cecha.
Obroniłam licencjat, poszłam dalej na magisterkę, sumiennie przygotowywałam się do trudnych egzaminów i nie zdałam. Jestem załamana. Pierwszy raz w życiu mam naprawdę ochotę się poddać i rzucić to wszystko. Po prostu coraz bardziej dociera do mnie, że ten kierunek może być bezsensowny i powinnam była wybrać coś innego... O niezdanym egzaminie dowiedziałam się 24.09. Za późno na rekrutację na inne studia ani nawet mojego kierunku nie mogę powtarzać, bo nie wypisałam się z listy studentów na czas, chcąc podejść do tego egzaminu z nadzieją, że może się uda, więc ostatnim rzutem na taśmę wpisałam się na coś bardzo podobnego.
Nie odpoczęłam, nie byłam na wakacjach, nie zrobiłam nic przyjemnego, a już za kilka dni mam znowu tam wrócić... Naprawdę po raz pierwszy raz w życiu czuję taką niechęć do studiowania...
A z drugiej strony uruchamia się we mnie mój wojownik, który krzyczy, żebym się nie poddawała i parła dalej, bo może odniosę jeszcze sukces i odrodzi się we mnie uprzedni zapał, chociaż serce już prawie nic nie czuje...
W zeszły weekend odwiedziłam kuzyna, z którym od paru lat nie miałam kontaktu. Słyszałam, że jego styl życia jest co najmniej nietypowy, ale rzeczywistość okazała się jeszcze gorsza.
Kuzyn (nazwijmy go Krystian) od dzieciństwa lepiej się czuł w towarzystwie dziewczynek. Wolał bawić się lalkami, chodził na koncerty idoli nastolatek, farbował włosy, tego typu rzeczy. Już w podstawówce znalazł sobie grupkę koleżanek, szczególnie blisko trzymał się z dwoma (powiedzmy Julka i Kaja). Dla nikogo nie było zaskoczeniem, jak w szkole średniej zaczął się spotykać z Kają. W klasie maturalnej dowiedzieli się, że zostaną rodzicami. I właśnie wtedy wyszło na jaw, że on na jakiejś imprezie zdradził ją z najlepszą przyjaciółką (niby po pijaku). Kiedy okazało się, że również Julka jest w ciąży, rodzice całej trójki zaczęli się zastanawiać, jak z tego wybrnąć. I wtedy oni zrobili coś, czego nie potrafię zrozumieć. Uznali, że w sumie od dawna są prawie jak rodzina i skoro już tak się stało, to nie ma sensu niszczyć wieloletniej przyjaźni.
Najdziwniejsze, że ten ich układ trwa już trzy lata. Mieszkają w domu Kai (jej rodzice przez większość roku pracują za granicą). Wszyscy troje studiują i zarabiają na pół etatu. Poszli na uczelnie dopiero w zeszłym roku, jak już dzieci trochę podrosły. Teraz wnukami zajmuje się głównie matka Krystiana (emerytka policyjna). No właśnie, dzieci jest czworo. W naszej rodzinie jest sporo bliźniaków i mój kuzyn podtrzymuje tradycję. Nie wypytywałam oczywiście o sprawy intymne, ale sami powiedzieli mi, że nie są o siebie zazdrośni, a to, co było na początku, już dawno wyjaśnili. Podobno „w związku najważniejsze jest, żeby jednocześnie być przyjaciółmi”. Co ciekawe, zamierzają mieć więcej dzieci, jak już skończą studia.
Szczerze mówiąc, jestem zszokowana. Niby wszyscy troje tego chcą, ja jednak mam wątpliwości. Boję się, że takie wzorce negatywnie wpłyną na dzieci. Wiadomo, sama też nie jestem święta, ale nigdy nie spotykałam się z dwiema osobami naraz. Z drugiej strony jak słyszę, że każde z nich ma swoje życie i znajomych, że nie muszą tłumaczyć się, dlaczego wrócili później, tylko po prostu ufają sobie nawzajem... Zestawiając to z moim byłym, który robił mi awantury, jak poszłam na piwo ze starym znajomym, mam łzy w oczach. Cała rodzina stara się tolerować tę sytuację, może to ja przesadzam?
Teraz bardzo szybko można wywołać burzę w internecie.
Chodzę do Kościoła.
Nie piję alkoholu.
Mój kot zdechł.
Dodaję czasami kostkę do rosołu i nie przecedzam go.
Córka je niekiedy kanapki z nutellą, ale taką prawdziwą, nie „zdrowym wymysłem”, i czipsy, a zwłaszcza o smaku zielona cebulka, oraz siedzi z nami do późna w gościach, choć ma 3 lata.
Brzydzą mnie związki ludzi tej samej płci.
Nie jestem złym człowiekiem, nie krzywdzę ludzi ani zwierząt, pracuję, dam o dom i rodzinę, chętnie pomogę, jeśli ktoś poprosi. Wpłacam pieniądze na różne zbiórki... ale i tak wielu z Was nie zwróci uwagę na podsumowanie wyznania, tylko skupi się na wątkach, które mu się nie spodobają.
Moja mama jest bardzo religijna i po całym domu mamy porozwieszane krzyże i obrazy. Kupuje mi nawet specjalne ubrania do kościoła i nigdy nie pozwalała mi chodzić do kościoła w dżinsach, bo „dziewczynie nie wypada”. Za to mój brat może iść po prostu w dżinsach i podkoszulku. Ot, równość.
Ostatnio dla jaj wstąpiliśmy z chłopakami do burdelu. Mieliśmy tylko zapytać o ceny i wyjść. Zdziwiłem się mocno, gdy zobaczyłem tam swoją byłą. Jeszcze dwa tygodnie temu zapierała się, że pracuje w galerii. Było mi za nią wstyd przed chłopakami.
Idę o zakład, że w przypadku koleżanki to nie chodziło o to jedno zdanie. A w twoim przypadku, to serio nie widzisz różnicy "jesteś piękna" vs "jesteś dużo ładniejsza ode mnie"? Podpowiem, pierwsze to komplement, a drugie to jakaś zabawa w porównywanie albo próba wyciagnięcia komplementu "o nie, czemu tak mówisz? Jesteś bardzo przystojny".