Do mojej klasy w podstawówce przez rok chodził starszy chłopak, który nie przeszedł do następnej klasy. Wbrew swoim ocenom nie był głupi i kiedy chciał, potrafił się nauczyć. Zazwyczaj nie chciał, a jego głównym problemem (i naszym jako jego klasy) było jego zachowanie. Był chamski do nauczycieli, głośno przeklinał na lekcjach, pokrzykiwał jakieś dziwne hasła, pyskował, żadne argumenty go nie przekonywały, żeby się uciszył. Niektórym uczniom też się obrywało, a szczególnie dręczył jednego kolegę i jedną koleżankę. Rzucanie w nich różnymi przedmiotami, wysypywanie plecaków i zaczepki słowne to była norma. Miał swoich fanów w postaci kilku chłopaków, ale większość klasy schodziła mu z drogi, a on zazwyczaj traktował nas obojętnie.
Kiedyś wymyślił sobie zabawę w wymyślanie kolegom i koleżankom z klasy ksywek. Wymyślił dla około połowy klasy, w tym dla mnie. Jak wybrał tych nazwanych, nie wiedzieliśmy. Były wśród nas grzeczne dzieciaki, dobrzy uczniowie, a mimo to poczuliśmy się dowartościowani jego uwagą. Dziś nie rozumiem, dlaczego nam zależało na opini szkolnego chuligana, ale wtedy klasa podzieliła się na tych wybranych i pozostałych. My patrzyliśmy z góry na resztę, a oni śmiali się z nas, że jesteśmy dworem patusa. Na szczęście sytuacja nie trwała długo, bo został przeniesiony do innej szkoły.
Dodaj anonimowe wyznanie
To wygląda na zespół Tourette'a. Taki uczeń powinien chodzić do klasy integracyjnej i mieć tzw. asystenta. Ale kiedyś tego nie było i jeśli nie stwarzał zagrożenia to chodził do zwykłej szkoły.