Jestem 35-letnią kobietą, która nie potrafi poradzić sobie ze stratą. Jest to dla mnie forma terapii, więc kto nie ma ochoty na smutki, niech pominie.
Byłam w ciąży. Cały ten okres dbałam o siebie. Wyniki badań – wszystkie idealne. Książkowy przebieg ciąży. Z niecierpliwością i lekkimi obawami czekamy na narodziny córki. I nastał ten dzień. 40. tydzień plus 2 dni. Ciąża po terminie, ale przecież mało która kobieta w nim rodzi. Zalecenia: zgłosić się tydzień po wyznaczonej dacie, ale od rana nie ma ruchów dziecka. Niby nie panikuję, ale coś nie tak. Na wszelki wypadek jadę do szpitala. Tam wyrok – brak akcji serca. Szok. Wyparcie. Przecież wczoraj było wszystko dobrze. Trafiam na oddział. Lekarze przekonują, by urodzić naturalnie. Ta cisza po porodzie... gdy na sali obok słuchać płacz innego szczęśliwego maluszka. Pozwolili mi się pożegnać. Mogłam po raz pierwszy i ostatni przytulić córeczkę.
Nigdy nie usłyszę płaczu. Śmiechu. Nie zobaczę koloru oczu. Jej ciałko już się rozpadało... tak szybko. Najgorszemu wrogowi tego nie życzę. Gdybym mogła cofnąć czas, uparłabym się na cesarskie cięcie o terminie i może by żyła... Czekam na wyniki sekcji, ale co z tego, jak życia nie wróci... Kto z czytających ma, niech uściska za mnie swoje skarby najmocniej na świecie.
Mam 45 lat, jestem żoną i matką, moje dzieci są już dorosłe, wyjechały na studia. A ja zaczęłam niszczyć własne małżeństwo – z premedytacją. Mam jednocześnie poczucie winy, ale i pewność, że dłużej nie dam rady funkcjonować tak, jak funkcjonowałam. Przez lata dałam się wpasować w rolę mojej matki, czego zawsze chciałam uniknąć. Przez lata mąż zrzucał na mnie coraz więcej obowiązków i odpowiedzialności. A ja najpierw walczyłam, potem odpuściłam, bo nie miałam już siły. Kiedy urodziły się dzieci, ja o nie sama dbałam, bo on nie wie jak. Próbowałam go uczyć, aż w końcu dałam spokój, bo mijały miesiące, a uczenie kosztuje więcej energii niż zrobienie. Tak samo jak ja o wszystkim miałam pamiętać i organizować, bo on zapomni. Ja płacę rachunki, dbam o finanse, o pełną lodówkę, o sprzątanie itd. I pojawił się mój bunt. Kazałam mu ustawiać sobie przypomnienia i budzik w telefonie, żebym nie musiała ja przypominać i budzić go rano.
Rozmawiałam z nim. Zaczęłam najpierw delegować więcej obowiązków. Potem uparcie ignorować pewne rzeczy, aż on zacznie narzekać, że niezrobione. A ja wtedy odpowiadałam, że np. nie widzę powodu, by zbierać jego brudną bieliznę po kątach. Były i są awantury, ale mam dość wysysania ze mnie życia, żeby on miał wszystko pod nos! Denerwuje mnie, że jak on wynosi śmieci, to ja mam mu przypomnieć i przygotować worki, a jak ja wynoszę, to mam zrobić to sobie sama. Jak go poproszę, to z marudzeniem przygotuje jeden worek i jest zdziwiony, jak pytam, czemu tylko jeden, bo on myślał, że ogarnę resztę sama. I mam dość, że nawet jak zauważył, że coś jest do zrobienia, to po prostu mi to oznajmia, że np. pranie jest do zrobienia. Albo jak już coś robi, to zostawia mi do dokończenia, bo on nie umie albo czegoś nie lubi. Na przykład wziął się za wycieranie kurzu w salonie. OK, ale wytrze z dwóch szafek i pyta, czy ja ogarnę resztę. Telewizora on nie, bo zapomniał, stołu nie, bo on nie lubi myć szkła, parapetu nie, bo tam stoją kwiatki (jego!), reszty szafek też nie, bo ja tam postawiłam ozdobę, a on nie będzie pod moimi szpargałami sprzątać.
To nie jest tak, że chcę, żeby się domyślał. To lata ignorowania moich próśb. Jeszcze mu trochę przypominam, że ma lekarza itd., ale robię to raz, może dwa, a potem jak zapomni, to jego odpowiedzialność.
Mąż jest obecnie bardzo nieszczęśliwy, mówi, że nie rozumie, po co zmieniam układ, który sprawdzał się przez lata. Chciałabym, żeby był szczęśliwy, ale ja też chcę. Mam dość, że ja swoje obowiązki kończyłam o 22, a on od 17 relaksuje się z pełnym żołądkiem. Córki cieszą się z tej zmiany. Mąż i teściowa są na razie mocno oburzeni. A ja mam wrażenie, że po raz pierwszy od 20 lat mam czas dla siebie. Zaczęłam ćwiczyć, chodzić na spacery, znalazłam hobby.
Mój tata rzadko używa komputera, ale ostatnio wystawił pewną rzecz na OLX. Jakaś kobitka w wiadomościach zaproponowała mu niższą cenę, ojciec napisał jej, że się nie zgadza. W odpowiedzi wysłała mu tę emotkę „:D”.
Siedziałem w swoim pokoju i nagle słyszę, jak ojciec mówi: „Ku*wa! De jak dupa! Ja grzecznie, a ona tak do mnie?! Ja jej, ku*wie, pokażę!”. Już miał na nią jechać w wiadomości, ale przyszedłem i wytłumaczyłem mu, co ta emotka oznacza.
Chyba muszę zaznajomić go z paroma rzeczami :D
Jestem kompletnie emocjonalnie rozwalona. Mam całkowicie pogruchotane serce, jakby po jakimś wypadku drogowym. A czuję się tak, bo przez 10 lat związku mój chłopak mi się nie oświadczył, nawet o tym nie pomyślał. I nie mogę z tą myślą żyć.
Serio, jak zdarzy mi się trochę dłużej o tym pomyśleć, to mam problemy z normalnym oddychaniem. Brakuje mi powietrza. Traktuję to jak znieważenie. Upokorzenie. Stwierdził, że jestem nic niewarta? Nie potrafię zrozumieć, po co z kimś być tyle czasu, jak się z tym kimś nie planuje przyszłości. Po co tyle lat oszukiwać? Bo to nie jest tak, że przez te wszystkie lata nie poruszałam tematu. Za każdym razem w odpowiedzi zapewniał mnie, że tak, że jak najbardziej, że będą zaręczyny, że będzie ślub, że będzie wspólna przyszłość i wspólne życie. Nawet podawał przedziały czasowe. A jak mijały – następne. Ile już miało być „deadline'ów” zaręczyn... Ile terminów ślubu przepadło... Pierwszy minął, drugi też, trzeci mija w tym roku... Po co tak kłamać?
Boli mnie to, że we wszystkich związkach z naszego otoczenia to facet był tą stroną, której bardziej zależało na „zaklepaniu” dziewczyny, na zamieszkaniu razem. To my byliśmy pierwszą parą. A z biegiem czasu, mniej więcej w tym samym czasie, inni zaczęli wchodzić w związki, zaręczać się, brać śluby, rodzić dzieci. Ominęły mnie te wszystkie chwile. Najpierw nie miałam czego opowiadać w kwestii historii zaręczyn, potem nie miałam czego razem planować, nie miałam o czym rozmawiać w temacie kredytów, kupowania mieszkania, urządzania się. Teraz nie mam o czym gadać w sprawie dzieci. Już zostałam tylko ja bez męża. Dziewczyny patrzą na mnie jak na frajerkę, widzę to. Rodzina i znajomi, kiedy tylko mogą, to wbiją szpilę, że młodość mija, a ja... Ciekawe, dlaczego tylko mi się obrywa, a facet nie dostaje żadnych aluzji. Dlaczego to zawsze dziewczyny muszą wysłuchiwać pytań „Kiedy wy?”, aluzji „No, to czas na was”, „Kiedy ślub?”. Dlaczego nie kierują tych pytań do faceta? Przecież to on jest inicjatorem. Dlaczego facetom się tego nie wypomina? To tylko ja mam się czuć głupio i obrywać za to, że on się nie chce oświadczyć? Jakby to była moja wina. A inicjatywa należy do faceta.
Otrząsnęłam się z mojej naiwności ostatecznie wtedy, gdy po ponad roku posiadania wspólnego konta oszczędnościowego, na które to ja nalegałam i na którym mieliśmy zbierać razem kasę na wkład własny, w dalszym ciągu były tylko moje oszczędności. On nie odłożył na ten cel nic, ani złotówki. Dopiero kasa dobitnie uświadomiła mi jego priorytety. Wcześniej miałam tylko czasem przebłyski świadomości. Kiedyś, jeszcze nie tak dawno temu, zasypiałam z myślą, że któregoś dnia doczekam się, że on uklęknie, a ja wtedy powiem, że już za późno. Teraz wiem, że nigdy by nawet do tego nie doszło.
Jesteśmy z moim mężem razem od 12 lat. Mamy trójkę dzieci (10, 7 i 4). Zawsze doskonale się dogadywaliśmy, a scysje były rzadkością. 4 lata temu sprzedaliśmy mieszkanie w mieście i przeprowadziliśmy się do domu na przedmieściach. 2 lata temu sprzedaliśmy również ten dom – przedmieścia stały się bardzo głośne i ruchliwe – i kupiliśmy dom z dużą działką, 25 km od miasta. Mąż pracuje, ja siedzę w domu z dziećmi. Średni syn choruje przewlekle i wymaga stałej opieki – do szkoły nie może chodzić, materiał realizuję z nim ja. Poza tym, nawet po trzech awansach, nie zarabiałabym w mojej pracy nawet połowy tego, co on.
Trochę ponad 2 lata temu wszystko zaczęło się sypać. Nagle okazało się, że ja nie mam prawa głosu, bo nie zarabiam. Rzucanie na podłogę opakowań, bo po to jestem, żeby sprzątać. Wchodzenie w trakcie moich poważnych rozmów z synem tylko po to, żeby powiedzieć mi o tym, co usłyszał na YT. Na moje zwrócenie uwagi, że porozmawiamy za chwilę, wychodzi z fochem.
Mam nagle czwarte dziecko, a nie partnera. Zdaję sobie sprawę z tego, że musi stać za tym jakiś kryzys. Przez lata byliśmy równymi sobie ludźmi. Zaproponowałam mu terapię – ucieszył się. Umówiłam go – wciąż się cieszył. Ale nie poszedł, bo był zmęczony. Sama, na jego prośbę, chodzę do terapeuty od roku. Podobno byłam agresywna. Skoro tak to widzi, a nie chce iść na wspólną – OK.
Po czterech miesiącach mojej terapii tylko się pogorszyło. Zaczęłam wymagać traktowania mnie jak pełnoprawnego człowieka. Terapia daje mi dużo, ale mąż mi na nią nie daje pieniędzy, bo wg niego terapeuta robi mi wodę z mózgu. Nie mam kiedy, naciągam dobę, ale dorabiam na tyle, żeby raz na dwa tygodnie tam pojechać. Jestem zmęczona, chciałabym mu pomóc, ale... nie wiem jak. Tęsknię za nim, ale jeśli on sam nie powie, o co chodzi, ja nie będę tego wiedziała. Robi się coraz bardziej złośliwy, badania wykluczyły guza mózgu... Gdzie mój ukochany mąż?
Moja przyjaciółka, a później też współlokatorka, odebrała sobie życie. Byłam osobą, którą ją znalazła w wynajmowanym domu. Do dzisiaj pamiętam pozycję, w jakiej leżała w łóżku, wyraz twarzy i chłód, kiedy próbowałam ją obudzić.
Nikt nie wie jednak, że znalazłam ją dwa razy.
Za pierwszym razem około 13 weszłam na chwilę do jej pokoju, ale myślałam, że śpi, dlatego wyszłam.
Drugi raz chwilę po 18 weszłam do jej pokoju i widząc ją w tej samej pozycji, od razu wiedziałam, co się stało.
Mimo że minęło 11 lat, wciąż mam w głowie tę głupią myśl, że gdybym była chociaż odrobinę bardziej uważna za pierwszym razem, to być może dziewczyna byłaby z nami do dzisiaj.
Do dzisiaj, kiedy widzę kogokolwiek śpiącego na plecach z uchylonymi ustami, od razu lekko go szturcham, aby sprawdzić, czy na pewno żyje i w jakikolwiek sposób zareaguje.
Jestem osobą wierzącą, prawie 6 lat po ślubie. Niestety nie możemy mieć z mężem dzieci, myślimy o adopcji, ale wciąż mam nadzieję na biologiczne dziecko.
Dostałam dziś podczas spowiedzi długi wywód od księdza, że jak to nie mam dzieci, że muszę się modlić o dziecko itp., itd. Bardzo to przeżywam, bo dziecko jest moim największym marzeniem. Chwilę później do konfesjonału podszedł mój mąż, powiedział, co musiał i tyle. Nie miał żadnych kazań, docinków, nic! Tak jakby to była moja wina, że, do cholery, nie mam dziecka!
Co najlepsze, nie jest to pierwszorazowa taka sytuacja.
Chyba znowu przestanę chodzić do kościoła.
Na I roku studiów pracowałem w Empiku w pewnym dużym mieście. Salon, w którym robiłem, czasem organizował spotkania z różnymi pisarzami, piosenkarzami itp., czasem bardziej sławnymi, czasem mniej. W pewną piękną, słoneczną środę nasz salon miała odwiedzić pewna pisarka z kategorii tych średnio-popularnych, z litości przemilczę jej imię. Książki tej pani stały na naszych półkach, ale podejrzewam, że tak z 98% ludzi nie będzie kojarzyć jej nazwiska. Tak czy siak, spotkanie miało się odbyć bodajże o piątej, pani przybyła troszkę przed drugą. I się zaczęło, bardziej wkurzającego babska chyba nie widziałem. Zamiast „dzień dobry” nasza genialna pisarka zaczęła opierdzielać mnie i koleżankę z pracy, że czemu nie widać żadnych plakatów w galerii handlowej, następnie łaziła po sklepie i co chwilę piszczała, czemu jej książki na dolnych półkach, a nie na wysokości oczu, czemu są tyłem do wejścia i blablabla, blabla, bla. My byliśmy wtedy normalnie w pracy i ciężko było znosić jej humory, szczególnie że ruch był dość duży. Po 15 minutach moją główną rozrywką było wymyślanie przeróżnych tortur, jakie można by na tej kobiecie stosować. O czwartej nasza polska J.K. Rowling przyszła, żebym jej skoczył po obiad, bo ona jest głodna, na moją sugestię, że jestem w pracy, dowiedziałem się, że już tu nie pracuję.
Tak czy siak, nadeszła godzina 17:00, pani się usadowiła przy stoliczku, później przyszła 17:05, a tu nadal nikogo nie było. Dostaliśmy opierdziel, chyba za to, że nie krzyczeliśmy przez megafon, że pani jest pisarką, a nasza genialna pani pisarka poszła na papierosa. Minutę później podeszła do mnie 4-osobowa grupka i zapytała się, czy dzisiaj jest to spotkanie. Już miałem odpowiadać, że tak, że nasza przyszła laureatka Nobla już wraca, kiedy ugryzłem się w język i powiedziałem, że spotkanie jest niestety odwołane. W sumie sam nie wiem czemu, chyba po trzech godzinach użerania się z tą kobitą musiałem jej zrobić na złość. Fani sobie poszli, kobita wróciła, niczego jej nie powiedziałem, do 18 już nikt więcej nie przyszedł, więc nasza „jestem prawie tak popularna jak Grochola” poszła sobie do domu, wcześniej nikogo o tym nie informując.
Niczego nie żałuję.
Jako że od niedawna mam prawo jazdy i własne auto, zdarzyło się mi kilka wpadek.
Pomijając jeżdżenie wkoło po rondzie i konieczność dopytania na stacji paliw co mam tankować do diesla, raczej nic wielkiego ani zabawnego. Jednak ostatnio przebiłam samą siebie. Auto za każdym razem myłam w myjni szczotkowej... ale gdyby tak zostało, nie byłoby tego wpisu....
Korzystając z ładnej pogody, postanowiłam pierwszy raz sama umyć auto na myjni bezdotykowej. Wrzuciłam wszystkie drobne, wybrałam pierwszy program i wzięłam się za mycie... Kurczę, patrzę na inne stanowiska, no myją normalnie... A u mnie ciśnienie jak z konewki... No, ale nic, wrzuciłam, to myję... Niezrażona okrążam auto raz. Potem drugi... Inni kierowcy zerkają na mnie z uśmiechem, myślę sobie – współczują może. Trzeci raz, przy czwartym zaczynają mnie boleć ręce... Przy końcu piątego z sześciu cykli podszedł do mnie rozbawiony chłopak i patrząc na mnie z politowaniem, zapytał, najpewniej retorycznie: „A pani wie, że to trzeba na lancy spust nacisnąć?”. No to nacisnęłam... Wtedy już stało się jasne, skąd to ciśnienie, uśmiechy innych kierowców... Szkoda tylko, że akurat wtedy skierowałam lancę w dół.
Tak oto wróciłam zawstydzona do domu, z mokrymi butami, ale przynajmniej z umytym autem i nową wiedzą...
A mycie i tak cholera trafiła, bo całą noc padało...
Gdy byłam w liceum, odkryłam, że na Skypie istnieje profil z moim imieniem i nazwiskiem, założony na maila z bliźniaczo podobnym adresem do mojego, na którym ktoś pisał jako ja z kilkoma chłopakami z miasta, ale z innych szkół. Wysyłał im nagie zdjęcia znalezione w internecie, twierdząc, że to ja na nich jestem. Pisał paskudne i absurdalne, manipulacyjne brednie. Że jestem chora na raka. Że sypiam ze swoim kuzynem. Każdemu sprzedawał inną historię. Wyszło, dopiero gdy jeden z tych chłopaków opowiedział o tym kolegom, a że miasto, a w którym mieszkałam, jest niewielkie, info rozeszło się momentalnie. Znajomi się ode mnie odwrócili. Nauczyciele zaczęli traktować inaczej. Na korytarzu witały mnie spojrzenia i szepty. Prosiłam rodziców, by poszli ze mną zgłosić sprawę na policję, ale nie zgodzili się. Mówili, że zbyt wiele zachodu. Że na pewno nadepnęłam komuś na ogon i dlatego się mści i że mam nauczkę, by nie robić sobie wrogów. Przez to do końca szkoły nie miałam żadnej koleżanki. Na studniówkę nie poszłam. Zdaną maturę świętowałam sama.
Wczoraj, czyli prawie 15 lat po tamtych wydarzeniach, dowiedziałam się, że autorką tego profilu była dziewczyna z równoległej klasy, z którą w życiu nie zamieniłam słowa. Przyznała się do tego na imprezie. Zapytana, czemu to zrobiła, odpowiedziała, że z nudów.
Dodaj anonimowe wyznanie