#zDBF1

Mój partner, z którym spędziłam przeszło trzy lata, kupił jakiś czas temu dom. W tym tygodniu pomagałam mu się przeprowadzić. W czasie gdy ja urządzałam wnętrze, dogadywałam ostatnie poprawki z budowlańcami, wyrzucałam stare meble i cieszyłam się nowym etapem, on wyrzucił mnie. Miło, że pozwolił mi chociaż umeblować dom i się połudzić, że robię to dla nas. Mam nadzieję, że odda mi pożyczone pieniądze, bo faktury stoją na mnie. 
Pamiętajcie, jak wkładacie w coś hajs, a nie jest to wasze, to miejcie na to faktury albo chociaż niech będą to rzeczy, które można później wynieść ;)

#q5nWN

Mam ojca. „Pijak” to chyba najbardziej trafne jego określenie. Nie ma dnia, żeby nie wychlał sobie piwka, dwóch czy czterech. Ogólnie jest nerwowym człowiekiem, ale czasem da się z nim żyć (pije tylko wieczorami). Mama też swoje dokłada, więc żyje im się razem nie za dobrze.  Jako że ojciec z czasem narobił mi wstrętu do swojej osoby i alkoholu (aczkolwiek nie idę ze skrajności w skrajność i czasem sama dzióbnę pół puszki piwa), postanowiłam, że nigdy nie zwiążę się z mężczyzną, który będzie mi o nim przypominał.

Teraz mam chłopaka. Lubi alkohol. W sumie nie jestem pewna, czy można nazwać go alkoholikiem, bo raczej nie przesadza z tym piciem, ale zazwyczaj lubi sobie wypić do kolacji itd. Pod względem charakteru to zupełnie dwie różne osoby i tu nie ma co porównywać. Rozmawialiśmy już na wiele sposobów o tym, że wychowałam się w domu, w którym codziennie wieczorem patrzyłam na zalanego, leżącego na kanapie ojca i ciężko mi zaakceptować taką częstość spożywania alkoholu, jaką spożywa mój chłopak. Niby miał zacząć pić mniej, ale mam wrażenie, że to mu nie wychodzi. Niby nie jest agresywny, ale boję się (jakoś siedzi mi to w psychice) rozmawiać z nim, kiedy jest pod wpływem alkoholu. Bardzo go kocham, chciałabym, aby się udało, ale boję się, że nie dam rady sobie poradzić z tą kwestią, bo na pewno nie stłamszę w sobie tej niechęci do alkoholu.

#exeMq

Takie wyznanie trochę o depresji. Piszę, bo może ktoś tu ma podobnie i zrozumie.

Mam za sobą ponadprzeciętną ilość doświadczeń życiowych. Zawsze lubiłam próbować nowych rzeczy, mieszkałam w wielu miejscach, studiowałam różne dziedziny, w ramach zainteresowań przetrzepałam większość tego, co dostępne.
Miałam plany, cele.

Ale to się skończyło.

Mam dwubiegun, czyli całe życie męczą mnie nawracające depresje (tak, leczę).

W tej chwili nie interesuje mnie NIC. I obawiam się, że to już nie po prostu depresja, tylko wyczerpanie złoża. Wszystko jest nudne, wszystko należy do jakiejś kategorii, którą znam, jeśli nie znam nawet wybiórczo danego przedmiotu (dla przykładu ćwiczyłam kilka rodzajów sztuk walk, ale nie znam np. taekwondo, ale należy ono do kategorii, którą znam i wiem, jak to byłoby mieć znowu treningi, tylko robić coś innego). Wiem, do ilu rzeczy nie mam predyspozycji. Wiem, w czym widzę potencjał, ale z doświadczenia nie nadaję się do danej dziedziny.

Z powodu zdrowia fizycznego musiałam przerwać studia kilka razy. Ostatecznie jestem z niczym, ale już NIC mnie nie pociąga. A coś musi, jeśli mam kontynuować tę męczarnię zwaną życiem. Po co? Żeby pracować i być samodzielnym.

To uczucie, kiedy mam podjąć kolejną aktywność, ale wiem już, do jakiego poziomu mogę dojść, gdzie utknę, co będzie problemem, za co mogę znienawidzić daną rzecz, jakie jest miejsce tej rzeczy w świecie, czy jest potrzebna, czy raczej nabędziesz kolejną „ciekawą cechę”. Mam już dość „ciekawych cech”. Nie mam marzeń, bo większość zrealizowałam albo nie jestem w stanie ich zrealizować, albo nie warto.

Chciałabym już przestać uczestniczyć w tym świecie, ale bardzo ciężko przełamać instynkt, który nakazuje żyć mimo wszystko.

#g0RTi

Od jakiegoś czasu pracuje z nami córka szefa, dorosła kobieta. Miała być pomocą, a w rzeczywistości bardziej przeszkadza, niż pomaga. Pracuję tu już wiele lat i wiem, że po czasie, jaki tu spędziła, powinna nabrać już biegłości, a tymczasem zadaje ciągle te same pytania. Każdy jej pomaga i tłumaczy. Nie tylko dajemy gotową odpowiedź, ale też tłumaczymy jak w przyszłości poradzić sobie z czymś samodzielnie, ale to jak grochem o ścianę.
Kobieta ogólnie miła, po studiach, ale w rozmowie jak z dzieckiem. Zastanawialiśmy się, czy to jej lenistwo, czy jakieś braki intelektualne. Czasem popełnia tak idiotyczne błędy, na poziomie 10 + 2 = 100. Ma dosłownie trzy proste obowiązki na głowie i sobie nie radzi (z czego jeden to podane na tacy dane przygotowane przez nas do wprowadzenia). Gdy jest pełno roboty, to ona chce pomóc, ale nawet nie wiadomo jak miałaby to zrobić, bo więcej czasu zajęłoby wytłumaczenie jej.
Najgorzej, że mi brakuje już cierpliwości. Pozostali się pilnują, jakoś łatwiej po nich spływa jej niekompetencja, a mnie trafia szlag i zdarza mi się odpowiadać co najmniej mało grzecznie. Ona wtedy oczy jak 5 zł, a na wszystko patrzy szef i współpracownicy.
Moje zmęczenie sięga zenitu, w planach zmiana pracy po nabyciu dodatkowych kwalifikacji, ale zanim to się stanie, minie co najmniej rok. Mam wrażenie, że padnę na ryj i zdechnę. Jakieś rady, jak to przetrwać?

#bi6wx

Dopiero jako nastolatek odkryłem, że moja matka jest chorobliwie nadopiekuńcza. Nie lubiła się ze mną rozstawać i zawsze miała mnie na oku. Przez całe dzieciństwo wmawiała mi, że mam astmę i różne alergie, tylko po to, bym siedział z nią w domu, zamiast ganiać z innymi chłopakami na podwórku.

#1imCN

Po śmierci mojego syna wszystko straciło rozpędu, radości i braku możliwości, żeby to wszystko gdzieś zniknęło.
Chcę zapomnieć, nie myśleć. Została mi tylko moja żona, która na pewno też cierpi, ale ja staram się tego nie zauważać, bo pewno jestem złym człowiekiem, egoistą. 
Nie mam już empatii do ludzi, a może nigdy jej nie miałem.
Boję się wszystkiego. Wstydu, niemocy, okrucieństwa ludzi, bólu, rozmowy. Nie wiem co dalej. Nie chce mi się już żyć.

#OaBlO

Gdy miałem 14 lat, moi rodzice wyjechali za granicę do pracy. Wracali co miesiąc czy półtora na ok. dwa tygodnie. Zostałem sam z babcią, która mieszkała kilka domów dalej, więc po prostu była w pobliżu w razie potrzeby. Dbałem sam o siebie i dom. Do sklepu jeździłem po szkole na rowerze. Rodzice z zapasem zostawiali mi pieniądze na jedzenie i rachunki, które opłacałem na poczcie. Szybko nauczyłem się gospodarować pieniędzmi tak, żeby zostało mi na spotkania z kumplami albo gry. Dobrze się uczyłem i nie sprawiałem problemów, więc rodzice nie musieli przychodzić do szkoły.
Po gimnazjum i liceum poszedłem na studia i do pierwszej pracy. Utrzymywałem się już sam.
To wszystko sprawiło, że już jako młody chłopak byłem samodzielny i zorganizowany. Znalazłem dziewczynę (którą moi rodzice bardzo polubili), skończyłem studia i poszedłem do stałej pracy. No i moja swoboda nagle się skończyła, bo moi rodzice po ponad 15 latach przypomnieli sobie o mnie i zaczęli się nadmiernie angażować w moje życie (dalej pracując za granicą). Po tym, jak się ożeniłem i rozpocząłem budowę domu (tuż obok moich teściów, u których z żoną mieszkamy), we wszystko zaczęli się wtrącać i dzwonić do mnie kilka razy dziennie. Ja rozumiem i doceniam ich rady, ale oni są o włos od decydowania za nas. Dzwonią do firm budowlanych, ustalają ceny, rezerwują terminy i chwalą się rodzinie, jak mi budowa idzie (i to naginając prawdę i wybiegając do przodu, bo w rzeczywistości jestem o kilka etapów budowlanych do tyłu niż w ich opowieściach). Aktualnie o niczym nie mogę im powiedzieć, bo oni planują wszystko do przodu bez naszej wiedzy. Albo pytają mnie wielokrotnie o tę samą rzecz – na etapie fundamentów zalewali mnie pytaniami np. o to, kto będzie mi robił elektrykę, bo oni znają jednego fachowca i można powiedzieć, że już zaklepali termin. Do tego zasypują nas nagle jakimiś „prezentami” lub pomocą. Nie da się z nimi normalnie porozmawiać, bo kiedy podczas rozmowy np. pochwalę jakiś ich sprzęt domowy/ogrodowy, to przy najbliższej okazji przyjeżdżają do nas na kawę z właśnie takim sprzętem, tylko oczywiście nowym i dwa razy droższym/większym (podczas gdy ja go nawet nie potrzebuję).
Próbują nadrobić te lata, gdy ich nie było. Najpierw dali mi swobodę, a teraz ją odbierają. Nauczyłem się być samodzielny, a teraz zachowują się wobec mnie, jakbym sobie z niczym nie radził i nieustannie na każdym kroku potrzebował pomocy.
Chciałbym, żeby zrozumieli, że przez tyle lat wszystko robiłem sam i teraz też dam radę. Że kiedy coś chwalę, to nie znaczy, że mają mi to kupić. Czas, kiedy powinni się mną opiekować, już dawno minął. Teraz jestem dorosły i pragnę takiego spokoju jak w czasach, kiedy byłem młody, a oni siedzieli za granicą i dzwonili do mnie maks. raz w tygodniu. Swoimi eurasami nie wykupią czasu, który już minął.

#KTSgK

Kłamię, od kiedy pamiętam. Zaczęło się niewinnie – w wieku ośmiu, może dziewięciu lat. To były drobne kłamstwa w stylu: zjadłam zupę, byłam w kinie na tym filmie, czytałam tę książkę. Z czasem, gdy w szkole zaczęło się więcej nauki, moje kłamstwa przybrały na sile. Wmawiałam rodzicom, że któraś z prac była niezapowiedziana, coś nie było na ocenę, a o czymś innym nie wiedziałam. Kłamstwa wydały mi się fajną ucieczką od brutalnej rzeczywistości. Zawsze byłam indywidualistką o specyficznej osobowości, a co za tym idzie, nie byłam specjalnie lubiana przez innych. Często kłamałam na temat swoich podbojów miłosnych, relacji z innymi osobami czy nawet w sprawie zawodu wykonywanego przez moich rodziców. Byłam i jestem w tym naprawdę dobra, nigdy nie pomyliłam faktów, zawsze trzymam się tej samej wersji. Z czasem zaczęłam zauważać, że to problem. Kilka razy miałam zamiar powiedzieć o tym rodzicom czy pedagogowi szkolnemu, ale zawsze się wstydziłam. 
Dziś jestem dorosłą kobietą, która nie wie, co się dzieje. Każdego dnia boję się, że któreś z moich kłamstw wyjdzie na jaw. Codziennie próbuję z tym skończyć, ale często robię to nieświadomie albo z konieczności ciągnięcia kłamstwa, które już rozpoczęłam. Chciałabym to wreszcie zakończyć. Pragnę w końcu przestać kłamać.

#iWbz7

Mam dość swojej teściowej i to nie jest tak, że wszystkie kawały świetnie do niej pasują, bo jest fajna, można z nią pogadać itd., ale zabiera mi narzeczonego i jest nieporadna życiowo. 
Ojciec narzeczonego umarł parę lat temu i teraz teściowa mieszka sama, kilkaset metrów od nas. Nic nie potrafi załatwić, nawet wypełnić druczka z rachunkiem, aneks do umowy, cholernie ważny, żeby uniknęła płacenia kary, znaleźliśmy pomiędzy starymi gazetami, dobrze, że chociaż umie włączyć pralkę i coś sobie ugotować.
Pracuje w zawodzie bardzo blisko lekarskiego, jedyne co bierze na ból pleców to maść, którą trzeba się codziennie smarować, no i oczywiście narzeczony po pracy od 7 do 18 musi tam jechać i to zrobić. W międzyczasie oczywiście przypomina się jej pierdylion rzeczy, które on jeszcze musi dla niej zrobić, w efekcie jak narzeczony wraca do naszego mieszkania, to jest 21, więc myje się, jakaś kolacja i spać.
Każdy zaplanowany wyjazd ona potrafi opóźnić o 2-3 godziny. Powiemy, żeby była gotowa na 9, to może się do 11:30 wyrobi, albo go odwoła o 12, bo „teraz to już za późno, jedźcie sami”. To samo tyczy się z naszymi wyjazdami – narzeczony okłamuje ją na każdym kroku, nie powie, że byliśmy sami za miastem, bo jej będzie przykro. Nawet nie powie prawdy o obiedzie, bo dla niej domowy hamburger to nie obiad i będzie się darła, że jak tak można jeść. Jej hipokryzja też mnie wkurza. Ma w domu burdel i dosłownie wszędzie jest warstwa kurzu, w kuchni z kratki wentylacyjnej wiszą całe kłębki tuż nad kuchnią, ale jak w samochodzie, którego my używamy na co dzień, zobaczy pyłek, to panika jakby normalnie nie wiem gdzie wsiadła.  

Mam jej dość i zdarza mi się marzyć, żeby coś jej się stało albo żeby narzeczony się do niej przeprowadził i chociaż miałabym spokój z czekaniem na niego po kilka godzin z obiadem czy żeby się przytulić, bo po pracy mówi, że jedzie do naszego mieszkania, a w trakcie drogi okazuje się, że jednak teściowa ma jakieś plany i trzeba jej pomóc, bo sama sobie nie poradzi. Czasem już brakuje mi cierpliwość i siły, żeby to znosić. Jej nieporadność też mnie wkurza, nie potrafi za dużo oszczędzić, a zdarza się, że potrafi jedzenie kilogramami wyrzucać, bo jak kupowała, to miała ochotę, ale potem jej przeszło, no i oczywiście płacz i dramat, bo ona pieniędzy nie ma i wiecznie bieduje. Jak ktoś ma za mało pieniędzy, to raczej nie kupuje samochodu prosto z salonu (tak się zdarzyło parę lat wcześniej), a potem płacze, bo nie ma na nic pieniędzy. 

Nie oczekuję rad ani tym bardziej poleceń, żebym szła do psychologa i „rozmowa mi pomoże”. Nie chcę też rozmawiać o tym z narzeczonym, bo to w końcu jego mama i staram się rozumieć, że chce się nie zająć na starość trochę, ale czasem nie daję z tym rady.

#1VlAJ

Mam męża, który jest chory, przez tę chorobę ma ograniczone możliwości ruchowe. Kiedyś silny, pełen energii, teraz, zanim rano nie weźmie leków, ma problemy z podniesieniem kubka kawy. Jestem z nim szczęśliwa. Na początek znajomości ochrzaniłam go za „użalanie się nad sobą”, ale na szczęście to był tylko jego czarny humor (bo skoro nie może się wyleczyć, to przynajmniej się pośmieje). Był bardzo zadowolony, że w końcu ktoś traktuje go normalnie, a nie jak biednego kalekę. Kocham go bardzo. Wychodzimy razem na spacery, szukamy bardziej alternatywnych rozwiązań, które pomagają mu się rozruszać. Dzięki temu może w te wakacje będziemy razem jeździć na rowerze.
Szkoda tylko, że duża część znajomych odwróciła się od niego, jak zachorował. Powody: bo z nim już nie można było wyjść, zaszaleć jak wcześniej, albo nie wiedzą, jak się zachować.
Dodaj anonimowe wyznanie