Ludzie cieszą się z wielu różnych rzeczy: prezentów, sukcesów, miłych słów lub gestów, posiadania rodziny.
Mnie natomiast najbardziej cieszy, kiedy uda mi się zrobić kupę zaraz po śniadaniu, przed wyjściem z domu.
Pracuję w kawiarnio-lodziarni od bardzo dawna. Nigdy mi to nie przeszkadzało, lubię tę pracę. Uwielbiam rozmawiać z ludźmi. Oczywiście zdarzają się wyjątki. Co drugi dzień słyszę „Zrobi mi pani loda?”, „Taka piękna dama, może popracujesz dla mnie?”, „Jeśli nie masz chłopaka, to się dogadamy, a nawet jeśli masz, to he, he, nie szkodzi!”, „Sama pani ubija tę śmietankę?” itd.
Dzisiejszy tekst mnie zaskoczył, a myślałam, że słyszałam wszystko. Gościu powiedział, że zrobi mi minetkę, jak w minutkę go obsłużę. Żałuję, że nie dostał ode mnie talerzem... Gdy zwróciłam mu uwagę, że takie komentarze nie są na miejscu, stwierdził, że przesadzam i on tylko żartuje.
Nie. To nie jest śmieszne. Jest to obrzydliwe i seksistowskie. Najgorsze, że takie komentarze słyszę od typów 50+. Każdy z nich mógłby być moim ojcem.
Jak wracam do domu, to niedobrze mi się robi, jak o tym myślę.
Historia miała miejsce w czasie moich studiów. Ważną informacją jest, że byliśmy podzieleni na dwie grupy, powiedzmy A i B, oraz posiadaliśmy całym rocznikiem grupowego maila, na którego wykładowcy wysyłali nam różne materiały przeznaczone dla nas. Chcąc być zawsze na bieżąco z pocztą, połączyłem skrzynkę grupową ze swoim smartfonem. Wiadomości oczywiście odbierałem od razu, jak przychodziły, jednak kiedy były adresowane do drugiej grupy, nie mojej, kasowałem je bez czytania.
Byłem święcie przekonany, że kasuję je tylko ze skrzynki na telefonie, natomiast na głównej poczcie nic się nie zmieniło. No niestety, tam też wiadomości przechodziły od razu do kosza...
Na roku wybuchła afera, że ktoś robi na złość i specjalnie kasuje maile. Były akcje ze zmienianiem hasła, usuwaniem byłych studentów z grupy, a w końcu starosta przekierował kopie maili na swoją prywatną skrzynkę. Dopiero to pomogło, a ja w ciągu kilku lat od ukończenia studiów odkryłem, że to była moja wina.
Cóż, przepraszam kolegów studentów ;)
Wychowywałam się w patologicznej rodzinie – może nie skrajnej, ale nie było dobrze. Mój ojciec, emerytowany policjant, lubił sobie wypić, a matka była współuzależniona. W domu wieczne imprezy i awantury o brak pieniędzy. Tak naprawdę przez moje wczesne dzieciństwo wychowywała mnie starsza o 16 lat siostra.
Jak miałam 12 lat, zmarł mój ojciec, wkrótce po tym matka sama z siebie przestała pić (sic!). Rzekomo bardzo źle się poczuła i przestraszyła się, że będę sierotą. Nadal jednak cierpi na choroby natury psychicznej (depresja, omamy, etc.). Obecnie sytuacja jest pod kontrolą – głównie dlatego, że ja i moja siostra wzięłyśmy na siebie zobowiązania finansowe matki.
Dorastając obiecałam sobie, że nie chcę żyć w takich warunkach – chcę mieć stabilność finansową i być „kimś”, jak już skończę naukę.
Przewińmy teraz czas o prawie 20 lat – faktycznie część postulatów udało mi się osiągnąć. Mam rozwojową i dobrze płatną pracę w branży, gdzie jest „rynek pracownika”. Jednakże od 12 lat (odkąd skończyłam 18) wspieram matkę finansowo – opłacam jej czynsz, który notabene jest horrendalnie drogi (ponad 800 zł), do tego dokładam się na jedzenie czy inne wydatki. Oczywiście muszę jeszcze utrzymać się w Warszawie, gdzie obecnie mieszkam. Moja starsza siostra, mimo że mieszka z matką, nie jest w stanie przejąć zobowiązań finansowych, ponieważ spłaca ogromny kredyt (ponad 70 000 zł), który wzięła, żeby spłacić długi matki – ale na to potrzeba całkowicie oddzielnej historii.
Dodam, że moja matka ma minimalną emeryturę, przepracowała niewiele w swoim życiu, za to „jej się należy”, a tylko przez to, że inni się na nią uwzięli, nie poradziła sobie w życiu. Nic osobiście nie osiągnęła, a większość mojego dzieciństwa przepiła. Co zabawne, teraz kiedy jest w całkiem stabilnym stanie psychicznym, to wygląda na bardzo elegancką seniorkę.
Sytuacja jest patowa – bez wsparcia mojego i siostry matka by się stoczyła na dno. Pomagam, ponieważ kocham matkę, a w karierze dążyłam do tego, żeby mieć na tyle komfortową sytuację, żeby te pieniądze tak bardzo nie obciążały mojego budżetu domowego. Cały czas jednak duszę w sobie takie ogromne poczucie niesprawiedliwości. Mam wrażenie, że całą energię poświęcam na utrzymywanie matki, a w ogóle nie mam czasu ani chęci na założenie własnej rodziny. To co zdefiniowało mnie we wczesnym dzieciństwie – wyjście z tego bagna na ludzi – przekształciło się w jakiś twór, że nie mogę w pełni czuć się wolna, dopóki nie ureguluję wszystkich problemów w domu.
I taka myśl nachodzi mnie na koniec. W biednych państwach, gdzie system emerytalny praktycznie nie istnieje, jest tylko jedno zabezpieczenie na starość – potomstwo. Muszę przyznać, że moja matka całkiem nieźle się zabezpieczyła.
Gorzej ze mną.
Jak byłam mała, tata przyniósł do domu szczeniaczka. Z pieskiem się bawiliśmy, wyprowadzaliśmy na dwór, ogólnie dobrze miał z nami. Niestety w moim dziecięcym móżdżku ubzdurało się, że on nie ma już mamy. A co robi każda psia mama? Liże pieska... Tak więc jak nikt nie widział, lizałam mojego psa po głowie, żeby czuł się z nami lepiej.
Mieszkam i pracuję poza Polską. Ostatnio do firmy przyszedł Polak, który mówi wyłącznie po polsku, a jako że jestem jedyną osobą, z którą może się dogadać, trafił do mnie na szkolenie. I nie mam pojęcia, co zrobić. Facet się stara, widać, że bardzo chce robić. Próbuje pomagać, co chwila pyta, co robić, i to jest OK. Ale zupełnie nie jest OK sposób, w jaki wykonuje zadania.
Tłumaczę mu dokładnie, co i jak ma zrobić, pytam, czy rozumie, i na końcu okazuje się, że zrobił tylko część zadania, bo poszedł komuś pomóc, i mu się zapomniało, albo coś tam innego. Zadania są proste, jedno naraz, nic, czego by nie zrobił bez doświadczenia.
Wiem, że jest mu ciężko, nasza firma jest z gatunku tych dla lubiących wyzwania, pracujemy w grupie i każdy trybik jest ważny. Jeśli jeden element nie zostanie wykonany, wszyscy stoją, po prostu. Znaczy, nie stoją, tylko nadrabiają braki, żeby ruszyć dalej. Nasz nowy kolega tego nie rozumie, tłumaczenia nic nie dają, a został mu tydzień, żeby udowodnić, że się nadaje. A ja się źle czuję z myślą, że prawdopodobnie będę musiała dać mu negatywną opinię.
Pracuję po 12 godzin dziennie. Wyrabiam w miesiącu tyle godzin, co osoby pracujące po 8 godzin. Po prostu częściej mam dni wolne. W ciągu tych 12 godzin mam 20 minut przerwy. Ostatnio doczytałam się w firmowych papierach, że „pracownikowi przysługuje 20-minutowa przerwa śniadaniowa i jedna przerwa papierosowa”. Zaczęłam się przyglądać innym pracownikom i doszłam do wniosku, że tych przerw papierosowych jest zdecydowanie więcej niż jedna. I oczywiście mnie nie dotyczą, bo nie palę.
Wczoraj uznałam, że śniadanko nie było dość sycące i poszłam do kierowniczki z prośbą o wyjście na chwilę. Skoro pracownikowi druga przerwa przysługuje, to co stoi na przeszkodzie, żebym sobie w tym czasie kupiła batonika w automacie? Na przerwie śniadaniowej też nikt nie wymaga ode mnie, żebym jadła śniadanie – pomyślałam. Kierowniczka wybuchnęła śmiechem i kazała mi wracać do pracy, bo przecież wie, że nie palę i ją to g* obchodzi, czy właśnie dzisiaj zaczęłam palić, czy nie.
Cóż... jutro będzie trzeba się zgłosić do wyższej instancji, bo chociaż pracuję dłużej od innych, to wcale nie dostaję większej pensji.
Po przyjęciu pierwszej komunii babcia kazała mi chodzić do spowiedzi, czego nienawidziłam. Zawsze siadała w tym samym miejscu kościoła, a ja szłam do pustego konfesjonału, którego nie miała prawa widzieć ze swojej ławki, spowiadałam się i sama pukałam w konfesjonał na pożegnanie. Kiedy babcia pytała, jakie dostałam rozgrzeszenie, wymyślałam jakąś przypadkową modlitwę.
Robiłam tak przez rok, a babcia do tej pory o niczym nie wie.
Lata temu po tym, jak moja dziewczyna mnie zostawiła, coraz bardziej doskwierał mi brak, że tak to ujmę, kobiecego towarzystwa. Pewnego wieczoru uznałem, że czas coś z tym zrobić. W końcu w kontaktach na Facebooku mam sporo fajnych lasek. Przeglądnąłem listę i wybrałem z 10 najfajniejszych, które kojarzyłem, że raczej są wolne i mi się podobają. Nie chciałem wyjść na desperata, pomyślałem, że muszę zagadać lekko i jakby od niechcenia. Najpierw zagaiłem „cześć piękna”, a potem zaraz dodałem „dawno cię nie widziałem, jak tam leci?”. Tak bez ciśnienia, na luzie, nie? Nie. Jak tylko wysłałem wiadomość do tych 10 dziewczyn, to otworzyło mi się okienko… rozmowy grupowej. Myślałem, że to zostanie wysłane do każdej z dziewczyn z osobna, ale niechcący stworzyłem rozmowę grupową!
Plusem jest, że dostałem odpowiedzi od nich wszystkich. Minusem natomiast, że były to odpowiedzi w rodzaju „Eee?”, „He, he, he”, „Ale wiesz, że wszystkie tutaj to widzimy?”.
Pewnego razu poszłam odwiedzić moją przyjaciółkę w szpitalu. Była po zabiegu, obok niej leżała dziewczyna, która też powitała mnie po imieniu i zaczęła pytać, czy ją kojarzę. Zapadła niezręczna cisza. Długo się zastanawiałam, ale początkowo kompletnie nie kojarzyłam. Dziewczyna speszyła się i zaczęła się tłumaczyć, że to pewnie przez brak makijażu. Powiedziała, kim jest. Okazało się, że to moja znajoma ze studiów, którą znałam od kilku lat, z którą często miałam wspólne zajęcia i z którą nieraz rozmawiałam na przerwach. Dzień wcześniej jeszcze widziałam ją na uczelni (nic nie mówiła o tym, że idzie do szpitala).
Do tej pory mi głupio, że jej nie poznałam, mocny makijaż nieraz mocno zmienia wygląd. Koleżanka wyglądała jak inna osoba. Nawet ładniejsza niż w makijażu, ale po prostu inna. Do dziś mi głupio, na szczęście to był ostatni rok studiów, podczas którego nie miałyśmy już wspólnych zajęć i więcej nie musiałyśmy rozmawiać o tej sytuacji.
Dodaj anonimowe wyznanie