#oZby7

Moja matka bardzo się nienawidzi z ojcem. Cieszyłam się, że się rozstali, w sumie to bardzo, bo to był mocno patologiczny związek – pijaństwo, bicie, wieczne awantury.
Ale to, co się działo w trakcie rozstawiania, było tak komiczne i żałosne, aż sama nie mogę uwierzyć, że brała w tym udział dwójka dorosłych osób.
Moja mama mnie, wtedy nastolatce, potrafiła opowiedzieć, jak im się układało w sypialni, jakie ojciec miny robił w łóżku, komentowała jego rozmiar... i tak dalej.
Ojciec obwiniał mnie o to, że matka chciała się z nim rozwieść, bo jak byłam bardzo mała, zmęczona ich kłótniami i tym, co się w domu dzieje, powiedziałam, że cieszyłabym się, gdyby oni się rozwiedli.

Niby mówią, że rozwód rodziców jest dla dzieci bardzo bolesny, ale ja się naprawdę cieszyłam, bo liczyłam, że to bagno się skończy.

#1CVPv

Jestem z moim chłopakiem już 5 lat, od roku jesteśmy zaręczeni. A ja odkryłam, że jego miłość mnie przytłacza. Widzę, że on mnie bardzo kocha i jest w stanie zrobić dla mnie bardzo wiele, może nawet wszystko. Robi wszystko, o co go poproszę, jest uczynny, troskliwy, pomocny. I nadopiekuńczy. A mnie to męczy. Na każdym kroku chce mnie obejmować, przytulać, przeprowadzać za rączkę przez przejście dla pieszych, zawozić z pracy i do pracy, bo przecież może mi się stać coś złego. No ideał. Na początku to było nawet urocze. Myślałam, że to taki etap zakochania i mu przejdzie. Ale nie, tak jest od pięciu lat, a ja już nie mam siły. Chciałabym, żeby dał mi wolną rękę, nie był nadopiekuńczy, miał własne zdanie, a nie ciągle mi przytakiwał.

Wielokrotnie próbowałam z nim rozmawiać o tym, że się duszę, mam dość jego nadopiekuńczości i potrzebuję więcej swobody. Nic to nie daje, bo on nie widzi problemu. Już nie mam siły i boję się, że dłużej tego nie wytrzymam i go zostawię. Kocham go i widzę, jak bardzo on mnie kocha i wiem, że to złamałoby mu serce. Ale już nie daję rady.

#aIBM5

Piszę to, bo czuję się przejedzony. Przejedzony byciem tym porządnym. Tym, na którym można polegać. Tym, który zawsze odpisze. Piszę to w momencie, gdy po dwóch latach wspólnych rozmów, wspierania się i budowania relacji, która wydawała się solidna jak skała, zostałem potraktowany jak spam w skrzynce mailowej. Wystarczył tylko jeden przycisk „Zablokuj”. Koniec.

Zastanawiam się, w którym momencie jako ludzie daliśmy sobie prawo do bycia tak nieludzkimi? Ghosting to nie jest „brak kontaktu”. To jest najwyższa forma emocjonalnego tchórzostwa. To komunikat, który mówi: „Twoje dwa lata życia, twoje emocje i twoja obecność nie są warte nawet najmniejszego ułamka sekundy mojego czasu na napisanie: słuchaj, nie chcę już tej relacji”.

Czuję się upokorzony. Tak, mówię to głośno. Czuję się żałośnie, stojąc przed lustrem i robiąc rachunek sumienia za winy, których nie popełniłem. Analizuję każde słowo, każdy przecinek, zastanawiając się, co zrobiłem źle. A prawda jest brutalna: jedynym moim „błędem” było to, że byłem fair wobec kogoś, kto nie dorósł do posiadania kręgosłupa moralnego.

To nie jest pierwszy raz. I to boli najbardziej. To poczucie, że świat stał się wielkim supermarketem ludzi, gdzie bierzesz kogoś z półki, używasz, a gdy ci się znudzi, to po prostu wyrzucasz do kosza, nie dbając o to, czy ten „produkt” ma serce. Instagram, Messenger, WhatsApp – to narzędzia, które dały nam moc usuwania ludzi z rzeczywistości jednym ruchem kciuka. Ale czy to usuwa też wspomnienia? Czy usuwa poczucie krzywdy?

Mam dość bycia „wytrwałym”. Mam dość zastanawiania się, czy kolejna osoba, której zaufam, zniknie we mgle bez słowa wyjaśnienia. Ten „osad” w głowie zatruwa mi każdy kolejny kontakt. Sprawia, że zamiast cieszyć się nowym spotkaniem, siedzę i czekam na moment, w którym znów zobaczę ikonkę „Użytkownik niedostępny”.

To wyznanie to mój krzyk bezsilności, ale też moment odcięcia grubą kreską.

Specjalne przesłanie ode mnie do każdej dziewczyny, która kiedykolwiek zafundowała komuś ghosting: wiedz jedno, nie uniknęłaś trudnej rozmowy. Pokazałaś tylko, że jesteś emocjonalnym karłem. Ja zostaję ze swoim bólem, ale zostaję też ze swoją klasą. Ty zostajesz ze swoim tchórzostwem.

Chyba lepiej będzie zniknąć z sieci. Bo wolę być sam niż być częścią świata, w którym przyjaźń kończy się algorytmem blokady...

#o36ZG

Jak byłem dzieckiem, 20-25 lat temu, słodycze w domu były wręcz jak święto.
Skromnie się żyło, nie było 500 plus, rodzice wydawali nadwyżkę pieniędzy na papierosy i alkohol.

Nigdy nie dostałem żadnego prezentu na urodziny, nie licząc osiemnastki, nie mówiąc o torcie. 

Zawsze czekałem na grudzień, wtedy ojciec przynosił z zakładu pracy paczki ze słodyczami. Zawsze wszystko rozkładałem, cieszyłem się, patrząc, ile tego mam.
Kilka razy dziennie przeglądałem słodycze i rozkładałem na dni, aby starczyły jak najdłużej.

Do dziś słodycze są dla mnie czymś wyjątkowym, traktuję je jak luksus. 

Wiem, wiem, że to głupio brzmi.

#lpevR

Przez wiele lat przyjaźniłam się z jedną dziewczyną. Byłyśmy nierozłączne, dużo rozmawiałyśmy, wiedziałyśmy o sobie wszystko. Była w gorszej ode mnie sytuacji, więc co jakiś czas pożyczała ode mnie pieniądze. Zawsze jej dawałam, mimo że czasem sama nie miałam i pożyczałam od rodziców. Oczywiście oddawała. Lata mijały, ona znalazła sobie faceta. Często na niego narzekała. Starałam się jej pomagać, wspierać. Nie raz żaliła mi się, że nie daje już z nim rady, że jest straszny, że się go boi. W końcu zauważyłam, że pożycza pieniądze ode mnie, ale na papierosy, nowe sprzęty, jedzenie na mieście jakoś ma. Postanowiłam jej się postawić i kolejnym razem nie pożyczyć pieniędzy. Nagle nasza wieloletnia przyjaźń się ochłodziła. Zaczęła mi się chwalić, że jej facet jest cudowny i nie rozumie, dlaczego ja jestem tym zdziwiona. Relacjonowała mi, jakie to ma spełnione życie, fajną pracę. Narracja zmieniła się o 180 stopni. Obecnie mamy mało kontaktu. Czasem się odzywam, ale rozmowa nie jest podtrzymywana. 
Wychodzi na to, że byłam tylko bankomatem, a te wszystkie historie o złym życiu, problemach, wydzwanianie w płaczu były tylko po to, aby wzbudzić we mnie współczucie i otworzyć portfel. Jestem w szoku, że tyle lat żyłam w iluzji.

#vjbua

Mam 13-letnią córkę i… długo nie byłem pewien, czy na pewno jest moja. Na początku w ogóle o tym nie myślałem. Jak była mała, to wiadomo – dziecko to dziecko, trochę podobne, trochę nie, człowiek się nie zastanawia. Ważne, że zdrowa, że się śmieje, że zasypia na rękach. Ale z czasem zaczęły mnie gryźć takie rzeczy, które niby są głupie, ale jednak zostają w głowie.

Ja mam ciemne włosy, ona jasne. Ja ciemne oczy, ona niebieskie. Twarz zupełnie inna, rysy takie, że jak ktoś by zobaczył nas obok siebie, to raczej by nie powiedział „ojciec i córka”. Sylwetka też inna – ja całe życie raczej szczupły, ona od małego miała tendencję do tycia. Ja niski, ona z roku na rok coraz wyższa, jak na swój wiek to wręcz bardzo. Nawet takie drobiazgi – ja leworęczny, ona praworęczna. Do tego charakter i zainteresowania… totalnie inne. Ja spokojny, raczej wycofany, ona głośna, pewna siebie, wszędzie jej pełno. Ja lubię ciszę, ona muzykę na cały pokój. I tak sobie to wszystko zbierałem w głowie przez lata. Najgorsze było to, że czasami widziałem w niej więcej podobieństw do byłego mojej żony niż do mnie. I wiem, jak to brzmi – jak jakaś paranoja. Tym bardziej że oni rozstali się długo przed tym, jak się poznaliśmy. Więc logicznie to się w ogóle nie kleiło. Ale głowa potrafi płatać figle.

Próbowałem sobie to tłumaczyć – że dziecko może być bardziej podobne do matki, że geny się różnie mieszają, że to normalne. Tylko że u nas… nie było praktycznie żadnych podobieństw. Jak bym nie porównał, zawsze wychodziły różnice.

I w końcu nie wytrzymałem. Postanowiłem, że muszę zrobić badania DNA, bo inaczej nie da mi to spokoju. Jak nadarzyła się okazja, to wziąłem butelkę wody, z której ona piła, poszedłem możliwie jak najszybciej do laboratorium i zrobiłem te badania.

Czekanie na wynik było najgorsze. Z jednej strony chciałem wiedzieć, z drugiej bałem się, co wyjdzie. No i przyszły wyniki. Jednoznacznie potwierdzone ojcostwo. Do dziś nie wiem, jakim cudem. Serio. Patrząc na nas, dalej czasami ciężko mi w to uwierzyć. Momentami łatwiej mi pomyśleć, że w laboratorium się pomylili, niż że to naprawdę moje dziecko. Ale z drugiej strony… poczułem ulgę. Ogromną. Jakby ktoś zdjął ze mnie ciężar, który nosiłem przez lata. Ta niepewność mnie zjadała, nawet jeśli na co dzień starałem się o tym nie myśleć. I w sumie to jest chyba najdziwniejsze, bo nic się nie zmieniło. Ona dalej wygląda tak samo, dalej jest zupełnie inna niż ja. A jednak coś w środku się uspokoiło.

Czasami dalej mam te myśli, nie będę ściemniał. Ale już wiem, że to bardziej moja głowa niż rzeczywistość.

#ASbBc

Kilka miesięcy temu byłem na randce, rozmowa przebiegała świetnie, dopóki nie powiedziałem jej, że jestem magazynierem i wtedy poczułem zmianę jej nastawienia do mnie, chłód i czar prysł. Sama była farmaceutką. Trochę przykre, że dziewczyna tak do tego podeszła, bo ja nie widzę problemu być z kobietą, która wykonuje prosty zawód, liczą się dla mnie inne rzeczy. 
Tamta sytuacja wróciła do mnie kilka dni temu, kiedy ją znów zobaczyłem, gdy przyszła z jakimś facetem do mnie na magazyn i wydawałem im kominek na drewno wart więcej, niż zarabiam. Zacząłem się źle czuć we własnej skórze. Wiem, że powinienem coś zrobić ze swoim życiem, bo zostanę starym kawalerem, a nie potrafię się za to zabrać.

#gdCbf

Po kilkuletnim nałogowym piciu alkoholu odbyłem terapię, znalazłem pracę, w której świetnie się odnajduję, dobrze zarabiam i wiem, że jestem na prostej drodze do bycia koordynatorem, pracuję w przemyśle farmaceutycznym, na naprawdę odpowiedzialnym stanowisku i to wszystko w trochę ponad pół roku. Żona zadowolona, dzieci w końcu mają ojca, mama dumna, że tak szybko wszystko mi idzie, do tego na własnej budowie w wolne pracuję od rana do nocy i wszystkie najgorsze prace, które odwlekam, mam dawno zrobione. Alkoholową nadwagę zgubiłem, kondycję odzyskałem.
Niby wszystko pięknie, ale jednak nie. Zamieniłem alkohol na amfetaminę.
Zjazdy wypadają, kiedy mam wolne i nikt mnie nie widzi. Wtedy też śpię oddzielnie, bo niby jestem wykończony. We wszystkie inne dni śpię z moją piękną żoną, która jest w siódmym niebie, kiedy dochodzi do zbliżenia, bo jadę jak nigdy wcześnie (kiedy chlałem, to była żenada, jeśli chodzi o te sprawy). I tak spróbowałem zrobić sobie przerwę i niestety... w pracy nieogar, zero skupienia, a na budowie jestem zbyt leniwy, żeby bez używek cokolwiek robić, i tak oto jestem w kropce. Z uzależnienia w uzależnienie.
Nikomu nie polecam eksperymentów z zamienianiem uzależnienia w kolejne dziadostwo, bo źle się to skończy prędzej czy później.

#aHgBv

Uczę w szkole wiele lat i lepiej dogaduję się z uczniami niż z nauczycielami. Mam wrażenie, że większość nauczycieli to ludzie sztywni, bez empatii i bez zainteresowań. Skupieni tylko na sobie i na jakichś dziwnych zasadach. Czasem, kiedy między lekcjami mam wolne, bo nie mam dyżuru na korytarzu, to zamiast iść do pokoju nauczycielskiego, ja wolę zostać w otwartej sali. Zawsze wtedy przychodzą do mnie uczniowie, żeby pogadać, i bawię się z nimi doskonale. Gadamy o muzyce, śmiejemy się, wygłupiamy. Potrafią przyprowadzić kolegów i koleżanki z innych klas, żeby też posiedzieli ze mną. Dzięki temu znam mnóstwo uczniów, nawet z tych klas, w których nie uczę. Na dyżurach też często stoję w otoczeniu uczniów. W szkole zaczęli na to krzywo patrzeć. Pojawiły się plotki, że „kumpluję” się z dzieciakami. Nie wiem, co mam z tym zrobić. Ja naprawdę wolę spędzać z nimi mój wolny czas, bo są weseli i nie narzekają.

#I3Bqz

Boję się, że stracę kontakt z rzeczywistością. Od dwóch lat choruję na schizofrenię. Początkowo objawy były lekkie, ale leki nie działały. Próbowałam sześciu różnych leków i od ponad pół roku jestem na dwóch z nich. Powiedziano mi, że jestem lekooporna i mam złe rokowania. Od jakiegoś czasu moje halucynacje zdarzają się kilka razy dziennie, są coraz bardziej realistyczne i już powoli mam problem, by rozpoznać, co jest prawdą. Leki jedynie powodują mi skutki uboczne – zmęczenie, zasłabnięcia, mdłości i zwroty głowy. Boję się, co będzie za kilka lat, skoro w niecałe dwa lata choroba tak bardzo się rozwinęła. Myślę czasem, czy nie lepiej byłoby umrzeć (ale nie planuję sobie nic robić), zanim właśnie stracę kontakt z rzeczywistością, zanim zrobię coś komuś. Boję się, że nie będę świadoma własnych czynów.
Dodaj anonimowe wyznanie