Jestem trzydziestoletnią kobietą i mam bardzo obwisły biust, dosłownie takie uszy spaniela. Jako nastolatka wyczytałam w „Bravo”, że jędrność piersi sprawdza się przez włożenie ołówka pod pierś i ołówek powinien spaść. Mój nie spadł, pierś go przytrzymała, a i kilka kredek też by się zmieściło. Kiedy pozbieram te moje flaki do biustonosza, to nawet to jakoś wygląda, ale bez jest dramat.
Mam faceta, który twierdzi, że moje piersi są OK, ale wiem, że jeśli on mnie zostawi, to zostanę sama po wsze czasy, bo już nigdy nie rozbiorę się przed innym mężczyzną. Po prostu wiem, że wygląda to bardzo nieestetycznie i boję się wyśmiania.
Moja teściowa ma na plecach takiego czarnego pryszcza-zaskórniaka. Z każdym razem jak go widzę, to świerzbią mnie paluszki.
Do tego stopnia, że gdyby straciła przytomność, to najpierw bym się rozprawiła z tym małym czarnym, a później dzwoniła po pogotowie.
Moja mama ma jeszcze dwie siostry i trzech braci (wszyscy dorośli, rozsiani po całej Polsce). Jako jedyna zdecydowała się zaopiekować swoją matką, a pozostałe rodzeństwo uznało to za świetną okazję, by przez kilkanaście (jak nie więcej) lat mieć kompletnie w dupie, co się dzieje z ich matką. Wizyty, które złożyli mojej babci, można policzyć na palcach jednej ręki. Dzwonili do niej dosłownie dwa razy na rok. Zarówno moja mama, jak i mój brat oraz tata mieliśmy dość. Najzwyczajniej w świecie. Nie będę się teraz zbytnio rozpływać nad tym, jak ciężka jest opieka nad starszym człowiekiem, dlatego ujmę to w skrócie.
Zamawianie każdego z nas jak kelnera w restauracji? Normalka.
Proszę, dziękuję? Te słowa są jej obce.
Ciągłe oskarżenia o kradzież emerytury, idące głównie w stronę mamy, są na porządku dziennym.
Tego roku w Wielkanoc chcieliśmy rodzinnie wyjechać w góry. Babci nie mogliśmy zabrać, bo trudność sprawia jej przejazd dwóch przystanków autobusem, a co dopiero kilkugodzinna podróż. Dlatego musieliśmy znaleźć kogoś, kto by się nią opiekował. Rodzice zaryzykowali i zadzwonili do siostry mojej mamy z prośbą, czy mogłaby wziąć na DWA DNI swoją matkę do siebie. Nie. Nie weźmie jej. Na pieprzone dwa dni w roku...
Jednak to, co babcia odwaliła niedawno, sprawiło, że wszystkim nam się odechciało. Po prostu. Zadzwoniła z płaczem do swojej córki i powiedziała, żeby ją zabrała z tego domu, że ona już nie chce z nami mieszkać. Że my się nad nią znęcamy. Co z tego, że praktycznie nigdy nie miała żadnych obowiązków. Nigdy nie prosiliśmy jej, żeby zrobiła cokolwiek w domu. Przez cały czas leżała, spała, oglądała telewizję, a teraz oczernia nas przed resztą rodziny.
Mam nadzieję, że w końcu umrze.
Ostatnio poszłam na randkę z pewnym facetem, który bardzo mi się podobał. Niestety mam wrodzoną potliwość i poci mi się nawet twarz, gdy jest więcej niż 10 stopni na dworze. Z tego powodu przed wyjściem wypsikałam się cała dezodorantem, aby nie wyglądało, jakbym się roztapiała. Nie popsikałam tylko tyłka, bo stwierdziłam, że nie ma to sensu.
Poszłam na randkę, wszystko super, cud, miód i nawet ciasteczka, poszliśmy do restauracji, gdzie siedzieliśmy dość długo.
Na koniec, gdy wstałam z krzesła, okazało się, że od siedzenia w jednej pozycji dwie godziny moja dupa się tak spociła, że miałam tam wielką, mokrą plamę. Nie wiem, czy ten facet to zauważył, chyba tak, bo mimo udanej randki nie jesteśmy razem.
Nie czuję żadnej więzi z rodziną ani dalszą, ani nawet tą najbliższą. Znajomi opowiadają, jak to kochają swoich rodziców, jak tęsknią za nimi, jakie mają z nimi relacje. A mi się to wydaje zupełnie nierealne. Nie czuję żadnej potrzeby rozmawiania z nimi, spotykania się, nie tęsknię. Nawet myśl o ich śmierci nie robi na mnie wrażenia.
Spotkania z nimi (jeśli już są) odczuwam jako stratę czasu. Siedzę, zerkam na zegarek... Bo ani nie mam z tego spotkania zabawy, ani odpoczynku, ani żadnej przyjemności.
Relacje ze znajomymi wyglądają zgoła inaczej. Na spotkaniach dobrze się bawię, czuję się super. Jeśli przez parę dni nie zamienię słowa z najbliższymi przyjaciółmi, to tęsknię. Chcę mieć kontakt, czuję przywiązanie. Nawet na imprezach z obcymi nie czuję, że marnuję czas.
Nie wiem, co jest ze mną nie tak. Widzę, jakie ludzie wokół mają relacje z rodziną, kochają ich. A może tylko tak mówią, bo tak wypada mówić? Naprawdę ludzie czują miłość do rodziców? Kiedy ja nie czuję w sumie... nic? Nie potrafię sobie tego nawet wyobrazić. Być może wpływ ma na to wychowanie. Nie budowano ze mną więzi, nie było osobistych rozmów ani nic takiego. Były suche rozkazy, polecenia, przekazywanie informacji. I tyle. Cała moja rodzina zachowywała (i nadal zachowuje) się tak wobec mnie oraz wobec siebie nawzajem. Przynajmniej w mojej obecności; co się dzieje, gdy są sami, to już nie mam pojęcia. Jednak oni się nawzajem spotykają, więc chyba się dobrze bawią? A może robią to, bo wypada?
Nikomu o tym nie mówię, bo wiem, że spotkam się z hejtem. Bo jak to tak, nie kochać rodziny? Tylko że co ja mam zrobić? Nie mam na to wpływu. Tak po prostu jest i nie wiem do końca dlaczego. Niezręcznie mi, kiedy ludzie przy mnie rozmawiają o swoich relacjach rodzinnych, pytają, kiedy odwiedzę rodzinę, czy tęsknię itd. Dla nich to takie naturalne, że pewnie tęsknię, że ich kocham. No ale głupio mi odpowiedzieć, że nie czuję zupełnie nic i równie dobrze mogliby już umrzeć...
Umiem się przywiązać do przyjaciół, więc czemu rodzina jest mi aż tak obojętna? Boję się, że kiedyś nie pokocham swoich dzieci.
Jadę sobie w niedzielę do R. 1,5 h w pociągu. Niby fajnie – nowy skład, klima, cichutko jedzie. Jest tylko mały problem. Bombelki z mamusiami. Trzy pary, chyba jakieś koleżanki na wypadzie weekendowym z dziećmi (4-6 lat). Młode drą ryja, biegają po pociągu (trochu niebezpieczne, no ale to ich sprawa). No OK, słuchawki na uszy i coś tam na YT sobie oglądam. W pewnym momencie jednemu z minipotworów coś się nie spodobało, chyba matka mu czegoś dać nie chciała. No to zapuścił syrenę, drze ryja na całego, a madka posłuszna nowoczesnym metodom wychowania nie próbuje nawet go uspokoić, przetłumaczyć. Nie, idzie na przeczekanie, morda w komórkę i coś se klika. Bo przecież kilkulatek przemyśli własne postępowanie, dojdzie do właściwych wniosków i się zreflektuje. Prawda? Nieprawda. Dzieciak przez 15 min darł ryja na cały regulator, po 10 min dwa pozostałe młode do niego dołączyły we wrzasku, bo przecież nie będzie się biedak sam męczył. Nawet puszczony na cały regulator Sabaton nie dał rady tego zagłuszyć. Ludzie mieli już dość, niektórzy szli do innego wagonu, mimo że miejsc siedzących tam brakowało. Mamusie miały wszystko w doopie. A zwrócić uwagę nie było jak, bo po pierwsze madki-polki to stworzenia nietykalne i człowiek by oberwał za to, że się matek z dziećmi czepia, a po drugie widząc jak laski miały na wszystko wyje..ne, to usłyszałby co najwyżej „Nic się nie da zrobić, niech się wywrzeszczy”. No i tak jechały na cały regulator młode przez 20 min (pierwszy przez 15, dwa pozostałe jeszcze 5 min dały radę). Że się uspokoiły, bo zrozumiały własne niewłaściwe zachowanie? Nie, po prostu opadły z sił.
Ja jestem za tym, żeby w pociągach zrobić osobny przedział/wagon dla rodzin z dziećmi – ja rozumiem, że dziecko to nie dorosły, czasem ma swoje odpały i coś narozrabia, odwali. Ale czemu ja, skoro to nie ja to dziecko zrobiłem, muszę za to cierpieć? Niech siedzą sobie we własnym, dźwiękoszczelnym przedziale i tam niech sobie robią, co tylko chcą.
W okresie mojego dojrzewania ojczym (którego poznałem oficjalnie kilka miesięcy wcześniej) dostał zadanie od mamy, żeby mnie uświadomić o seksie i ciele dojrzewającego chłopca.
Chłop tak się tym przejął, że przez godzinę opowiadał mi o miesiączkowaniu i pozycjach seksualnych, posiłkując się informacjami z Wikipedii. Nie wiem, kto był bardziej zażenowany.
Jeszcze długi czas później mnie unikał.
Mam 26 lat i od dwóch lat nie miałam żadnego chłopaka. Moja rodzina jest tak zmartwiona tym faktem, że co chwilę ktoś urządza mi pogadanki na temat tego, że zostałam starą panną i że już nigdy sobie nikogo nie znajdę i właśnie marnuję swoje życie. Wszystkie szczyty przebiła moja mama, która tak przejmuje się moim losem, że ostatnio wzięła mnie „na rozmowę”, w trakcie której zaczęła mi tłumaczyć, że powinnam wrócić do mojego byłego, bo to dla mnie najlepsza szansa i w ogóle jestem totalnie głupia, że go zostawiłam. Nic nie zmieniło jej zdania, nawet argument, że notorycznie mnie zdradzał i bywał w stosunku do mnie agresywny. To dla niej nieważne, ważne, że powinnam kogoś mieć, za wszelką cenę, a te wszystkie moje „fanaberie” bym jakoś sobie „ułożyła w głowie” i w końcu przestałyby mi przeszkadzać.
Około trzech miesięcy temu, gdy wracałem z pracy na piechotę, naprzeciw mnie szedł młody chłopak ze średniej wielkości psem rasy kundel. Nic nie wskazywało, że pies będzie agresywny, jednak gdy tylko przechodziłem już obok, pies rzucił się na mnie z niewiadomych przyczyn. Złapał mnie zębami za nogę, łapiąc przy okazji za skórę i spodnie, co zabolało. Próbowałem go odciągnąć jak najszybciej, jednak uderzanie po ciele czy unoszenie go nic nie dawało. Wszystko trwało bardzo szybko i działając w panice, mój mózg wpadł na genialny pomysł jak uwolnić się od psa. Postanowiłem wsadzić mu palec w tyłek... Tak, dobrze czytacie. Wsadziłem psu palec w tyłek i o dziwo ZADZIAŁAŁO. Pies wydał z siebie pisk i na sekundę puścił uścisk, więc mogłem się uwolnić.
Nie mam pojęcia skąd ten pomysł, jednak mimo że zadziałał, to nie przyznałem się do tego nikomu. Oprócz was, oczywiście.
Nowo otwarty prywatny ośrodek rehabilitacyjny pod Warszawą. Przyjechała do nas pacjentka z innej placówki. Też prywatnej.
Pani z odleżynami, ciało reagujące bólem na najdelikatniejszy dotyk. Leżąca. Wrak człowieka. Jak zobaczyłam ją pierwszy raz, to pomyślałam, że to chyba końcówka jej życia.
Kilka tygodni w naszym ośrodku wystarczyło, żebym tej pani nie poznała. Uśmiechnięta, na wózku inwalidzkim, odleżyny już prawie zaleczone (pomogli fizjoterapeuci i ich sprzęt). Wypielęgnowana przez nasze cudowne panie opiekunki, którym „się chce”. Uczestniczy w terapii zajęciowej i w rehabilitacji. JEST UŚMIECHNIĘTA. Można? Można!
Jestem przekonana, że gdyby ta pani została dłużej w poprzedniej placówce, to już by nie żyła.
Dodaj anonimowe wyznanie