#FwbTL

Dzień pierwszy. Wizyta pierwsza.
Paluch stopy lewej, paluch stopy prawej.
Diagnoza: wrośnięty paznokieć. Metoda leczenia - tak zwane wycięcie. Wszystko OK.
Dzień 90. Wizyta druga.
Paluch stopy lewej, paluch stopy prawej.
Diagnoza: wrastające paznokcie. Metoda leczenia - tak zwane zrywanie.
3 dni później: zgubiłem lek przeciwbólowy.
4 dni później: boli, bo lek przestaje działać.
5 dni później: koniec wszystkiego przeciwbólowego z domowej apteczki. Ból nie do zniesienia. Decyzja - wyprawa do apteki, 1200 metrów. Uber (cud, że ktoś przyjął taki przejazd).

Apteka. Ubłagałem farmaceutę o wydanie leku na receptę, którą zgubiłem, nie wiem, czy przekonały go moje łzy, brak obuwia czy coś jeszcze innego. Dostaję lek, podwójna dawka od razu.
Do apteki wchodzi babcia z wnukiem.
Wnuk podbiegł do stojaka z czymś tam, po drodze stanął mi tuż obok palucha stopy lewej. Mini zawał. Babcia go goni, końcówka jej laski opiera się na mojej prawej stopie, dokładniej prawym paluchu...

Zesrałem się, straciłem przytomność.
Ocucił mnie aptekarz. Smród straszny. Spalony ze wstydu jakoś wyszedłem.
Potem musiałem jeszcze wrócić do tej apteki, donieść receptę na lek, który dostałem.

Minął rok.
Diagnoza - wrastające paznokcie palucha lewej i prawej stopy.

Bóg stworzył człowieka i widział, że był dobry...
Ta, zajebisty normalnie.
Tyle.

#A3F2y

Lubię moją rodzinę i lubię też moich znajomych, więc chciałem, żeby się wszyscy poznali. Na swoją osiemnastkę zaprosiłem więc wszystkich.

Jak się znajomi dowiedzieli, że będzie rodzina, to nie przyszli. Rodzina stwierdziła, że nie będzie mi przeszkadzać w imprezowaniu ze znajomymi. No i siedzę teraz na swojej osiemnastce sam w wynajętej za wakacyjną wypłatę knajpie...

#cFLjL

Jestem dwudziestokilkuletnią dziewczyną. Moja praca polega na wyjazdach w kilkumiesięczne wyjazdy. Na ostatnim z nich poznałam faceta. Z wyglądu - nie mój typ. Z charakteru - ideał. Inteligentny, troskliwy, z poczuciem humoru. Bardzo szybko złapaliśmy świetny kontakt. Nigdy z nikim nie rozmawiało mi się tak lekko i przyjemnie. Mieliśmy podobne problemy w przeszłości, podobnie patrzyliśmy w przyszłość, lubiliśmy te same rzeczy i wspólnie nienawidziliśmy innych. Kurde, nawet stolik do kawy w salonie wybralibyśmy taki sam.


Poza pracą chodziliśmy na spacery, kawę, obiad czy kolację, również w większej grupie. Po paru dniach zaczęło między nami iskrzyć, co stanowiło problem, ponieważ oboje byliśmy w związkach. Ja w bardzo burzliwym, on - nie do końca szczęśliwym. Prawie codziennie słyszałam jak się kłócą, ciągle dzwoniła do niego z pretensjami. Raz była sytuacja, w której zadzwoniła, że jak mógł nie przelać na jej konto pieniędzy (on ją utrzymuje od czterech lat, bo ona zmienia setny raz kierunek studiów, a praca dorywcza jako kelnerka "nie jest dla niej"). I możecie pomyśleć "kurde, musi być piękna". Odpowiem - potrafię docenić ładną kobietę, ale obok niej przeszłabym zupełnie obojętnie.


Jako, że staram się być osobą uczciwą - przez trzy miesiące spędzone razem do niczego nie doszło, ale postanowiliśmy, że jeżeli po powrocie będzie taka szansa (jesteśmy z innych miast, dosyć oddalonych od siebie + sprawa tych naszych "drugich połówek") - na pewno spróbujemy.
Ja wróciłam miesiąc wcześniej. Rozstałam się z chłopakiem, który chyba tak jak ja poczuł ulgę. Z "kolegą" z pracy codziennie rozmawialiśmy przez telefon, wideoczaty i te sprawy. Snuliśmy plany gdzie pojedziemy na weekend odpocząć, co zjemy na kolację jak przyjedzie i jaki film obejrzymy. Jeszcze dzień przed jego powrotem napisał jak bardzo się stęsknił i że nie może się doczekać spotkania.
Wrócił. Wczoraj. Do niej.
Jestem idiotką.

#PCAq7

Jestem niepełnosprawna. Muszę chodzić o dwóch kulach, bo jedną stopę mam całkowicie niesprawną, nie ma opcji o jej jakimkolwiek użyciu. Leczenie od dwóch lat przynosi średnie skutki, jestem "udupiona" w domu. Tam też pracuję zdalnie, łapię każde zlecenie by opłacić specjalistów prywatnie i jak najszybciej wrócić do normalnego życia. Jestem sama i radzę sobie sama, nie narzekam, mam póki co dwie sprawne ręce (nieźle przypakowane od kul ;) z czego bardzo się cieszę, chociaż moja niezdarność, zawalidrogowatość i ogólne kalectwo bardzo mnie krępuje.

Staram się nie włazić ludziom pod nogi, nie pakować w wąskie przejścia, nigdy nie proszę o przepuszczenie w kolejce. Najczęściej sama przepuszczam ludzi, bo nawet mając 10 przedmiotów na taśmie ślimaczę się z wykładaniem, pakowaniem, płaceniem i odchodzeniem, a gdy mam mijać kogoś z psem, wózkiem, to po prostu schodzę na bok i udając że czytam sms/poprawiam coś czekam aż ta osoba przejdzie. Ja naprawdę nie chcę być "odczuwalna" z moim kalectwem dla reszty i bardzo się staram. Gdybym mogła, to bym robiła zakupy z dostawą, ale nie mogę. Jest mnóstwo dobrych ludzi, kochanych, współczujących, bezinteresownych, ale...

Jest mi przykro, gdy rodzic/opiekun nie wytłumaczy dziecku, żeby nie kopało w moje kule, nie skakało nad nimi, nie biegało wokół mnie slalomem, nawet gdy o to grzecznie proszę. Albo gdy ludzie nie pilnują psów i któryś wystraszony moimi "pałąkami" podbiega, warczy i szczeka, a czasami nawet się rzuca. Niestety to są nagminne sytuacje, te z dziećmi i psami. Gdy słyszę/widzę dzieci albo psy to już się boję, chociaż fafiki uwielbiam. Mój stan 7 razy uległ pogorszeniu, bo się przewróciłam/straciłam równowagę/zostałam kopnięta/poszarpana za nogawki i upadłam. Moje krzyki i prośby w takich sytuacjach spotykają się z jeszcze gorszymi krzykami i groźbami. W sklepie pół biedy, jest monitoring, ale na ulicy nie ma. Nawet gdybym miała siłę, to nic nie wywalczę.

Ludzie, ja nie mogę się bronić! Nikogo tymi kulasami nie pobiję, nie zastrzelę nimi nikogo, nic nie mogę, bo poruszam się w zawrotnym tempie ok. 2km/h a co 200 metrów muszę siadać na ławce. To że mam 25 lat i brak widocznych oznak (poza kulami) mojego stanu, nic nie zmienia. Nie jestem niczyim wrogiem.

Dziękuję wszystkim tym tym, dzięki którym jest mi lżej. Którzy widząc mnie, nie widzą zagrożenia, a kogoś kto potrzebuje pomocy. Zwłaszcza pewnej mocno starszej Pani, która widząc mnie z siatką zakupów wzięła ją ode mnie i zaniosła mi ją pod drzwi, bo ja ledwie człapałam, a jeść musiałam. I ta Pani była dużo sprawniejsza niż ja...

#M8sOD

Jestem konduktorem.
Pewnego razu podróżna zwróciła mi uwagę, że ktoś pali papierosa w toalecie. Strasznie jej to przeszkadzało, bo zapach dymu było czuć w jej przedziale, który sąsiadował z toaletą. Powiedziałem, że się tym zajmę. Głupio mi było powiedzieć, że to ja paliłem tam przed chwilą.

#QQK6l

Jestem byłym policjantem. Moja rodzina i znajomi wiedzą, że powodem odejścia ze służby była głównie zbyt niska pensja w stosunku do ryzyka zawodowego, mnóstwo bezpłatnych nadgodzin miesięcznie i ciągłe zmiany służb przez telefon.



Nikt nie wie, że podczas krótkiej przerwy w toalecie przyłożyłem sobie broń do skroni, walcząc z niewyobrażalną pokusą naciśnięcia na spust. Do końca życia nie zapomnę uczucia tego chłodnego metalu dotykającego mojej skóry.

#3ovIs

Druga klasa podstawówki. Na ostatniej lekcji nasza nauczycielka postanowiła zabrać klasę na boisko. Spakowaliśmy się i wszystkie dzieci zaczęły wychodzić. Tylko że ja przy pakowaniu upuściłam ołówek na podłogę, więc schyliłam się, by go podnieść. W momencie gdy podniosłam się z ziemi, nauczycielka zamknęła drzwi na klucz. Waliłam w drzwi, ale nikt nie zareagował, później otworzyłam okno i krzyczałam, że zostałam, ale inne dzieci zamiast mi pomóc śmiały się ze mnie. Lekcje skończyły się o 13.30, a nauczycielka nie zauważyła, że brakuje jej jednego dziecka. Większość klasy, w tym ja, wracała do domu sama, bo do domu mieliśmy tylko jeden przystanek, więc nie miał kto zauważyć, że mnie nie ma. Dopiero o 17 z klasy wypuściła mnie sprzątaczka. Moja mama w tym czasie chodziła po znajomych i miała już dzwonić na policję, nauczycielka jej powiedziała, że na pewno poszłam ze wszystkimi na przystanek.

Najpierw dostałam opieprz w domu, dopiero potem pozwolono mi wytłumaczyć co się stało. Nauczycielka musiała ponieść jakieś konsekwencje swojej nieuwagi, bo następnego dnia nawrzeszczała na mnie, że to przez własną głupotę siedziałam zamknięta i nie powinnam się po ten ołówek schylać. Później do końca nauczania początkowego traktowała mnie jak czarną owcę i wszystkie kłótnie z kolegami ze szkoły były automatycznie moją winą. Doszło do tego, że pozwalałam się innym bić, żeby nie dostać kolejnej uwagi, bo nawet gdy szłam zgłaszać takie sytuacje, to zaraz dostawałam karę za to, że prowokuję te pobicia.

Skąd się biorą tacy nauczyciele?

#yJTDu

Rok temu urodziłam swoje pierwsze dziecko. Na wieść o ciąży, rodzina zaczęła gratulować mężowi, wmawiać mi jak będę szczęśliwa z dzieckiem pod sercem, że to cudowny czas dla kobiety i że to najwyższy czas na dziecko, bo przecież już od 7 lat jesteśmy małżeństwem itd.

Tylko że ja nie chciałam mieć dzieci i mąż wiedział o tym od początku znajomości. Bez żadnej rozmowy ze mną, zdecydował że będziemy rodzicami. Zrobił dziurkę w prezerwatywie i przystąpił do działania. Czuję się po prostu zgwałcona. Jeszcze wymagał ode mnie żebym się cieszyła i mu dziękowała bo najwidoczniej dojrzał szybciej ode mnie do tej decyzji.

Byłam na niego wściekła jak nigdy na nikogo innego. Nie chciałam mieć dzieci tylko dlatego, że ich po prostu nie cierpię. Otóż prawie każdy w mojej rodzinie miał lub nadal ma raka. Ja sama miałam nowotwór piersi.

Po urodzeniu syna długo nie musiałam czekać na potwierdzenie mojej obawy. Mając pół roku, mały dostał diagnozę guza mózgu. Lekarz powiedział że jest jakieś 10% szans na wyzdrowienie.

Według męża i jego rodziny wina za to nieszczęście była moja. Tylko że on wiedział dlaczego nie chciałam mieć dzieci, a mimo wszystko nic do niego nie dotarło. Co zrobił mój dojrzały mąż? Odszedł od nas.

#vbeoo

Kiedy byłam w liceum dużo śpiewałam, zdarzało mi się nawet śpiewać na konkursach piosenki. Był właśnie dzień takiego szkolnego konkursu, a ja byłam potwornie zestresowana, ponieważ w ostatniej chwili zajęłam miejsce koleżanki, która dzień wcześniej dostała paskudnej grypy i nie mogła zaśpiewać. Uczyłam się więc tekstu piosenki tak naprawdę na dzień przed konkursem i wciąż myliły mi się słowa. Było jeszcze trochę czasu do mojego występu, stwierdziłam więc, że pójdę do toalety trochę w spokoju pośpiewać.
Weszłam do najbliższej szkolnej toalety, szybko popatrzyłam po dołach, czy nikogo nie ma i zaczęłam śpiewać piosenkę konkursową: „Bo jest taki dzień i każdy tak ma, że czasem jest źle, że jakoś nie tak. A potem jest noc i znowu jest dzień, i uwierz mi, że uśmiechniesz znów się”.
Ten refren najbardziej mi się mieszał, więc powtórzyłam kilka razy i już miałam nieco uspokojona wyjść z toalety, kiedy otworzyły się drzwi jednej z kabin.
Moim oczom ukazała się zapłakana twarz dziewczyny, która trzymała w ręce żyletkę, ale jej ramiona nie były pocięte. Przez chwilę tak na siebie patrzyłyśmy, zakłopotane, aż ona odezwała się:
- Wierzę ci - i jakby nigdy nic wyrzuciła żyletkę do kosza i wyszła.

Konkursu tego dnia nie wygrałam, ale miałam wrażenie, że zupełnie nieumyślnie wygrałam znacznie więcej. Do dzisiaj czasem się zastanawiam, co by było, gdybym tam wtedy nie postanowiła pośpiewać...

#tdfiU

O spaniu, ale nie o śnieniu.

Delegacja. Jakiś hotel. Noc. Budzi mnie dotyk. Otwieram oko. Ręka, czyjaś dłoń dotyka mojej głowy i ramienia, zimna i obca, ze zgiętym nadgarstkiem i powykręcanymi palcami jak w horrorze klasy B. Przerażenie. Gdzie jestem? Nawiedzony dom? Próbuję się zerwać, ale nie mam ręki i spadam na podłogę. Przytomnieję, w pokoju pusto. Moja ręka leży obok mnie na dywanie.

Ręka, na której leżała moja głowa, tak zdrętwiała, że zanikło czucie i możliwość poruszania nią. Zupełnie jakby była sztuczna, opadła na mnie zgięta w łokciu.

Żeby nie było niedomówień: nie, nie amputowali mi jej. Zanim wróciło krążenie, minęło kilkanaście minut. A bolało jak jasna cholera.
Dodaj anonimowe wyznanie