Jestem pracownikiem socjalnym w jedynym z najpiękniejszych nadmorskich miast. Byłam u jednej z naszych klientek, kobitka jest naprawdę w ciężkiej sytuacji, w trakcie rozwodu, mieszka u rodziców, samotnie wychowuje dziecko.
Ma odłożone po córce sporo ciuchów, wózek, kojec, zabawki itp.
Kiedy odprowadzała mnie do drzwi, spytała, czy mam jakieś potrzebujące rodziny, bo ona to chętnie odda za darmo.
Wystawiła je za darmo w internecie, ale nikt ich nie chciał, to pomyślała, że może któraś z "moich" rodzin będzie to chciała.
Wniosek nasuwa się sam, ci co mają mniej dają czasem więcej niż ci, którzy mają wiele.
Od zawsze miałam niezły węch, nawet bardzo niezły. Ale ostatnio chyba trochę mu odwala. Potrafię rozpoznać, kto ostatni korzystał z toalety.
Zaczęło się niewinnie, od domowników. No okej, znam ich zapach od zawsze, może to nic takiego. W gimnazjum zamieszkałam w bursie i tam sytuacja się powtarzała, tyle że na większą skalę. Rozpoznawałam zapach fekaliów osób, których nie znałam nawet z imienia, wystarczyło, że znajdowałam się kiedyś blisko nich i mogłam ich niuchnąć.
Obecnie pracuję w wielkim biurowcu i prowadzę listę osób, których zapach w toalecie rozpoznaję. Wszystkie moje spostrzeżenia są potwierdzone, bardziej lub mniej bezpośrednio.
Czy jakiś miły wilkołak nie szuka żony?
W wieku 17 lat zakochałam się w pewnym chłopaku z mojej szkoły, byliśmy ze sobą rok, a ja ciągle bałam się uprawiać z nim seks. Gdy w końcu się przemogłam, robiliśmy to coraz częściej, wiadomo - jak to nastolatki, które próbują życia.
Pewnego razu tyle "szczęścia" nie mieliśmy i zaszłam w ciążę. Po długich rozmowach z chłopakiem, postanowiłam urodzić, ale oddać. Nigdy jej nie widziałam, wiem tylko, że ma udane życie. Wiem, że nie byłabym dobrą matką. Najbardziej śmieszy mnie, gdy ktoś zarzuca mi że jestem złym człowiekiem, że po co uprawiałam seks. Tak, po części mają rację, ale nie uważam się za złego człowieka, oddałam córkę, żeby w życiu miała lepiej. Żeby wyrosła na dobrą kobietę, która w dzieciństwie była otoczona miłością swoich PRAWDZIWYCH rodziców. Adopcja to nie aborcja, a wielu ludzi to porównuje.
Piszę to tylko dlatego, że dzieci adoptowane często maja żal do rodziców, którzy ich oddali. Możliwe, że oddali je, bo nie chcieli dzieci, przyczyny mogły być różne. Ale jednak oddali, żeby miały lepsze życie.
Moje koleżanki całą grupą w mediach społecznościowych gratulują koleżance
nowo narodzonego syna. Robią to jakby były naprawdę zachwycone i szczęśliwe.
A w rozmowie prywatnej obgadują ją i wypominają jej wpadkę.
Podkreślają, że nie była w związku nawet 12 miesięcy i zaszła w ciążę,
mówią, że zdradziła byłego, wpadła z nowym i oszukuje je, że ma wesołe życie.
Ponadto wypominają jej jakieś wady, brak matury i wyśmiewają jej aktywność
w mediach społecznościowych gdzie już teraz wrzuca tylko zdjęcia dziecka.
Nazywają ją madką. Można by było pomyśleć, że kompletnie się od niej odwróciły, ale przy niej stają się nie szczere i milutkie.
Nawet jeśli mają rację to dorośli ludzie nie powinni chyba być tacy dwulicowi.
Albo mówisz szczerze ale siedzisz cicho, nie? Nie mogę na patrzeć, to jest tylko moja znajoma, ale może powinnam jej powiedzieć. Jak myślicie?
Z moim mężem poznałam się na studiach. Po ślubie przeprowadziliśmy się do jego rodzinnego miasta, ponieważ są tu niższe koszty utrzymania niż w mieście, w którym studiowaliśmy. Mąż pracuje w delegacji. A ja jestem w tym małym miasteczku sama i mam beznadziejną pracę bez perspektyw, mimo że skończyłam parę fakultetów. Jak mam już w końcu wolny weekend (raz na miesiąc) to chciałabym zrobić coś razem, ale mąż wracający na weekend chce sobie po całym tygodniu odpocząć. Najlepiej tylko i wyłącznie biernie.
Ciągle jestem sama i sama muszę sobie radzić. Finansowo radzimy sobie bardzo dobrze, ale żadne zakupy nie zrekompensują mi samotności. Rodzice i teściowie twierdza, że inni maja gorzej od nas. Nie mam tu żadnych znajomych. Żadnych. Więc siedzę codziennie sama ze sobą i popadam w coraz większa depresję. Mąż niestety tego nie widzi, mimo że mu o tym mówię. A ja nawet nie mam komu o tym powiedzieć, brak kogokolwiek znajomego mnie dobija.
Mam 19 lat i w tym roku zaczynam studia medyczne. Codziennie od 12 lat czuję presję. Presję bycia najlepszym. Zaczęło się od tego, że zmarł mój pierwszy brat w wieku 4 lat. To był pierwszy cios. Ok. 6 lat później mój drugi brat dostał raka i do dzisiaj jest przez to niepełnosprawny. Te wszystkie wydarzenia powodują, że żyję w nieustannym stresie dlatego iż zdaję sobie sprawę, że to ja będę musiał się nim opiekować w przyszłości, a za 2100 będzie ciężko. Ponadto cały czas przeszywa mnie myśl, że nie wykorzystuję wystarczająco mojego życia, że mój zmarły brat chciałby, a nie może...
Najgorsze w tym wszystkich są wyrzuty sumienia, których mam miliony. Boję się, że kiedyś to wszystko we mnie pęknie i skończę w kaftanie bezpieczeństwa.
Byłam ostatnio z chłopakiem na randce. Wybraliśmy się do kina na jakąś bajkę. W pewnym momencie łzy zaczęły mi lecieć ciurkiem z oczu. On mnie oczywiście przytulił, bo myślał, że to ze wzruszenia. Prawda jest taka, że ostatnimi siłami powstrzymywałam kaszel. Jakbym zaczęła charczeć, kaszleć i chrząkać (byłam jeszcze trochę chora), to w dodatku bym się jeszcze spierdziała.
Ostatnio zjadłam w pracy fit super-eko surówkę, przez którą miałam MEGA ogromne wzdęcia. Podczas obsługiwania klientki (ona siedziała na fotelu, a ja stałam przed nią), raptem zachciało mi się kichnąć. Odwróciłam się szybko od klientki i tłumiąc odgłos kichnięcia, powietrze uszło mi drugim otworem... Tak! Pierdnęłam klientce w twarz!
Stałem sobie przy ratuszu, gdzie zawsze lata masa gołębi. Czekałem na kolegę i sobie oddychałem. Nagle poczułem, że w mojej jednej dziurce od nosa coś jest. Włożyłem dyskretnie palec tak aby nikt nie widział i pobawiłem się w górnika. Wydobyłem ogromnego gluta wielkości całego mojego palca. Byłem w szoku, że to zmieściło się do mojego nosa.
Nie wiedziałem co z tym zrobić, ponieważ jeść gile niedawno się oduczyłem. Zacząłem go kulkować niczym żuk gnojnik swoje dzieło życia. Powstała dosyć duża kulka, którą rzuciłem na ziemię. Nagle podleciał do tego gołąb i to zjadł. Moje sumienie jest czyste.
Taka refleksja, którą się z nikim nie podzielę.
Nienawidzę przymuszania do "bycia dorosłym i odpowiedzialnym". Nie zrozumcie mnie źle. Mieszkam sam, zarabiam na siebie i swoje zachcianki. Kocham książki fantasy i SF. Kocham seriale i filmy o tej tematyce. Czytam komiksy i mangę. Bardzo lubię anime. Kolekcjonuję też gadgety z tym związane. Lubię grać na konsoli czy komputerze. Nienawidzę, jak mi mówią że mam "dorosnąć", bo bycie dorosłym to wyjście do restauracji (wolę sam coś upitrasić), wyjście ze znajomymi do pubu (wolę browara ze znajomymi przy dobrym filmie w domu). Kocham tę cząstkę dziecka we mnie, która pozwala mi cieszyć się z małych przyjemności i mieć fantazję. Nie mogę znieść wszystkich tych starych-malutkich, którzy twierdzą, że koniecznie trzeba być poważnym i dostojnym. Po wuja? Zarabiam na siebie, moimi zainteresowaniami nikogo nie krzywdzę, a w zawodzie informatyka spora doza fantazji jest wręcz zbawienna. Ale społeczeństwa nie przekonasz, że bycie innym od poważnych korposzczurów nie jest złe.
Tak z siebie to wyrzucić chciałem - bo nie mam nikogo, kto by mnie zrozumiał - za bardzo "dorośli" są na takie bzdety.
Dodaj anonimowe wyznanie