Jak każdego roku dziś znów mam swoją rocznicę. Świętuję, wspominam, robię sobie jakiś fajny prezent.
Ludzie obchodzą rocznicę urodzin, imienin albo innego ważnego wydarzenia.
Ja świętuję odejście od byłej żony.
Nie było to łatwe, ale było warto.
5 lat temu, lekcja biologii. Nauczyciel przygotował nam sprawdzian. Większość zadań, które się tam znalazły, pochodziło z jego książki, którą szczycił się dosłownie każdego dnia, zatem dokładnie wiedzieliśmy, czego się mamy spodziewać. Jedno z tych zadań było wyjątkowo pokręcone, dlatego też większa część klasy nauczyła się rozwiązania na pamięć, dokładnie takiego, jakie było w książce profesora.
Tydzień później przy rozdawaniu ocenionych testów okazało się, że nikt nie zrobił go dobrze. Jako jedyny na koniec lekcji podszedłem i poprosiłem o wyjaśnienie. Ku mojemu zaskoczeniu facet zwyzywał mnie od nieuków i zapytał, skąd wziąłem tak idiotyczne rozwiązanie... Wyobraźcie sobie jego wyraz twarzy, gdy pokazałem mu jego książkę i zadanie, które było rozwiązane w dokładnie taki sam sposób :D
Wystawiłem ogłoszenie o pracę. Poszukiwałem osób do pracy fizycznej — myjnia samochodowa. Opisałem szczegółowo, co należy do obowiązków kandydata, godziny pracy. Naturalnie wpisałem stawkę godzinową — przy 8 godzinach pracy po 5 dni w tygodniu i 1 sobota do 13 wychodziło 5200 zł netto. Czyli na rękę. Szukałem 2 osób. Dostałem kilka telefonów, kilka CV. A dokładnie 5. Postanowiłem spotkać się z każdym kandydatem. Z uśmiechem i lekkim dystansem rozmawiałem z każdą osobą. Co się dowiedziałem?
8 godzin dziennie z przerwą 30 minut? Chyba jestem śmieszny! Przerwa minimum godzina!
5200 zł na rękę? Przecież za to nie da się przeżyć. Minimum 8000 zł!
Raz w miesiącu w sobotę? OK, ale za dodatkowe 500 zł!
I teraz się pytam... Gdzie są ci ludzie chętni do pracy!? Przy wszechobecnym panującym bezrobociu, przy wiecznych krzykach, że nie ma pracy, że bez znajomości nie można dostać pracy... I nie, nie ma u mnie tak, że jest 100 aut na zmianę i wszystko ma być zrobione na już, natychmiast... Naprawdę nie wiem, gdzie popełniłem błąd :/
Ostatnimi czasy czuję się, jakbym nie był prawdziwym mężczyzną i jak gdyby całe moje życie podporządkowane było mojej dziewczynie, a to, co od siebie daję, jest cały czas niewystarczające. Cały czas mi opowiada, że facet jakiejś jej koleżanki jest taki czy owaki, że ma to czy tamto, a ja taki nie jestem i tak nie robię. Ja pracuję, ona uczy się zaocznie robić rzęsy, mieszka u mnie, za nic nie płaci, a ja kombinuję, jak zdobyć na wszystko pieniądze, na czym sobie zaoszczędzić, żebym znów nie usłyszał, że jestem skąpy, a facet jakiejś Moniki nie. Biorę nadgodziny, to jest na mnie obrażona, że ją zaniedbuję, nawet odpuściłem swoje treningi, żeby się z nią nie kłócić. Jest zła, że nie zabieram jej na wycieczki, jest niezadowolona z prezentów, z tego, że źle organizuję nam czas. Tylko wymaga i wymaga. Nawet ja gotuję, bo ona nie potrafi, jest zmęczona po szkole i twierdzi, że do 18 godziny musi odpocząć. Na początku naszego związku było inaczej, a teraz już nawet nie wiem, co robić, żeby ona była szczęśliwa i żebym ja poczuł to szczęście, bo ona chciałaby chyba więcej, niż jestem w stanie jej dać, i zdałem sobie sprawę, że ten związek mnie niszczy, a nie umiem się z niego wydostać.
Od paru miesięcy spotykam się z facetem. Jest idealny pod każdym względem i zdążyłam się już zakochać. Zaczęliśmy planować wspólne wakacje, poznałam jego rodzinę, on chce pojechać ze mną do Polski i poznać moją (mieszkamy za granicą), uczy się polskiego, ugotował ostatnio nawet dla mnie rosół z jakiegoś przepisu, który sobie sam znalazł, bo mu powiedziałam, że to moja ulubiona zupa. Naprawdę zaczęłam wierzyć w to, że możemy stworzyć wspólną przyszłość. Aż do wczoraj. Wyznał mi, że napisała do niego dziewczyna, z którą spotykał się przede mną i powiedziała, że jest z nim w ciąży. Chce, żeby był obecny w życiu dziecka i żeby wychowywali je wspólnie. A mnie to po prostu przerasta. Nie wiem, co mam zrobić. Nie wiem, czy będę w stanie żyć w takim związku, gdzie muszę dzielić mojego faceta z inną kobietą i obcym dzieckiem. Gdyby miał już starsze dziecko z wcześniejszego związku, w momencie gdy go poznałam, to nie byłoby problemu, ale dziecko, które dopiero ma się urodzić, to zupełnie co innego. Jak by to miało wyglądać, że on jeździ z nią w poszukiwaniu łóżeczka, wózka, odwiedza ją, żeby zajmować się dzieckiem? Przecież noworodka nie weźmie do siebie, jak mógłby to zrobić ze starszym dzieckiem.
On sam jest przerażony i mówi, że boi się, że mnie przez to straci. I tak chyba będzie, choć łamie mi to serce, bo jest naprawdę cudownym i kochanym człowiekiem.
Jedyna nadzieja w tym, że dziecko nie jest jego. Jeśli test DNA potwierdzi, że jest, to zapowiedział mi już, że weźmie odpowiedzialność za swoje czyny i będzie wychowywał to dziecko, choć ojcem nigdy nie chciał być.
Szanuję to bardzo, to tylko kolejny przykład, jak dobrym jest człowiekiem. Ale jest mi przy tym tak strasznie smutno i nie wiem, co mam dalej robić.
Mam 40 lat i coraz częściej wspominam moje beznadziejne dzieciństwo. Byłem drugi i czułem się zaniedbywany. Zawsze sam. Ojciec awanturnik i alkoholik, zazdrosny o moją bliższą więź z matką. Mieszkanie w jednym pokoju we trójkę i słuchanie pijackich awantur zza ściany. Ucieczki do babci i radiowóz zabierający ojca na wytrzeźwiałkę. Bieda, brak wsparcia od matki. I nowi mężczyźni, którzy mieli być moimi ojczymami. Siostra w ciąży w wieku 17 lat. Potem nowy ojczym (narcyz), przez niego nie odzywałem się do nich przez prawie 10 lat.
Zawsze musiałem liczyć na samego siebie. Nikt nic mi nie dał. W wieku około 25 lat otrzymałem szansę wyjazdu za granice. Skorzystałem i dorobiłem się mieszkania. Teraz mam w miarę stabilną sytuację, ale mam też duże problemy. Nieprzerobione traumy z dzieciństwa. Wiem, że powinienem iść na terapię. Odczuwam złość do ojca, ale i matki, która też mnie zdradziła i zaniedbywała. Wyszło nawet, że to ja pomagałem mamie. A teraz mama pomaga siostrze, bo ta od młodości robi tylko problemy – wiele dzieci, różni ojcowie. Mnie nigdy nie pomogła, zresztą ja nie proszę, dam radę. W dysfunkcyjnych rodzinach tak jest, że jedno jest narcystyczne, a drugie to stłumiona przez niego ofiara. Jedno będzie uważało, że wszystko się mu należy, a drugie będzie grzeczne bez potrzeb. Mógłbym tak pisać i pisać. To wszystko jest takie bolesne i wraca za każdym razem.
Kiedy miałem 20 lat, zmarł dziadek. Ze dwa lata później babcia trafiła do szpitala, a że miała w domu psa i kota, to przyjeżdżałem tam dość często, żeby się nimi zająć.
Przy drugiej wizycie rozlało mi się trochę soku na dywan. Postanowiłem to sprać. Na dywanie zrobiła się jasna plama po moim spieraniu. Zleciłem profesjonalne pranie. Wybrałem złą firmę, bo zniszczyli dywan. W czasie kiedy dochodziłem z nimi swoich racji, postanowiłem odkupić szybko taki dywan, bo dziadek go uwielbiał, a babcia miała duży sentyment do wszystkiego, co kojarzyło się z dziadkiem. Wydałem fortunę. Stanąłem na głowie, żeby taki zdobyć. Babci powiedziałem, że to ten stary, tylko wyprany.
Babcia oddała go do jakiegoś Caritasu czy czegoś takiego z tydzień po powrocie ze szpitala. Stwierdziła, że nigdy się jej nie podobał, a jak jest czysty i niezakurzony, to w końcu nie wstyd go oddać.
Wchodząc w związek, wiedziałam, że jedną z najtrudniejszych rzeczy jest kłótnia i byłam gotowa, że jak takowa się pojawi, to trzeba do tego podejść rozsądnie. Jednak nie byłam gotowa na to, że jest coś gorszego, czyli cisza. Nie chodzi mi tutaj o ciszę typu: nie mamy o czym rozmawiać, tylko ciszę typu: dzwonię, a on nie oddzwania (i to nie tak, że nie oddzwania przez godzinę, dzień czy dwa, on w ogóle nie oddzwonił), proponuję spotkanie i okazuje się, że on nie może, ale nie pisze, kiedy będzie mógł... Chyba wolałabym straszną kłótnię niż coś takiego.
Mam 35 lat, jak byłem mały, nie było zbyt dużo pieniędzy w domu, zresztą w latach 90. mało która rodzina je miała.
Pamiętam, jak w TV zaczęli pokazywać los rodzin, które zbierały pieniądze na operację, leczenie dla swoich dzieci, zazwyczaj Fundacja Polsat itp. Pokazywali domy, w jakich ci ludzie żyją – takie przybliżenie widzom rodziny, której trzeba pomóc. Zawsze te domy były naprawdę ładne, dzieci miały komputery, co nie było czymś normalnym w tamtych czasach. Zastanawiałem się wtedy, jak to możliwe, że żyją w tak dobrych warunkach, że mają takie drogie rzeczy, bo skoro ktoś potrzebuje pieniędzy, to nie kupuje zbędnych przedmiotów.
Miałem nawet takie przemyślenie, może i trochę straszne, ale byłem wtedy dzieckiem, że rodzicom to pasuje, bo dzięki temu nie muszą pracować i żyją na dobrym poziomie.
Jestem niezależny, pracuję, ubieram się w normalne, czyste ubrania, dbam o higienę, myję zęby. Nie jestem chamem ani popychadłem, jestem miły, potrafię rozbawić, potrafię zainteresować, pogadać o byle czym, mam przeróżne zainteresowania. Nie mam żadnego schorzenia ani choroby fizycznej, nie mam żadnej choroby psychicznej
ani nie jestem zboczony. Mimo to wszystkie moje relacje są kruche jak szkło.
Nie chodzi mi o miłosne relacje. Czy to kobieta, czy mężczyzna – możemy gadać, śmiać się, dyskutować, wypić piwo, ale to wszystko nie znaczy nic.
Mam wrażenie, jakby wszyscy podświadomie uznawali mnie za złego i odrzucali.
Ludzie nie odzywają się pierwsi, przedkładają błahe relacje z byle jaką pierwszą osobą ponad mnie. Mogą mi się zwierzać z bóg wie czego, mogę pomagać im w wielu rzeczach, ale to nic nie znaczy. Minie trochę czasu i nikt nie napisze „co tam?”, nikt nie chce się spotkać, nikt nie podeśle nawet głupiego mema, nikt nie przejdzie choć centymetr w stronę głębszej znajomości. Nikogo nie obchodzę.
Tak wyglądają relacje międzyludzkie dorosłych.
Czasami czuję się, jakbym był jedyną osobą na świecie.
Dodaj anonimowe wyznanie