Moja mama to osoba, która dla swoich dzieci byłaby w stanie zrobić wiele. Pomogła mi na studiach, znosi humorki mojego młodszego rodzeństwa (do pewnego stopnia, rzecz jasna) i nigdy nie skąpiła pieniędzy, by niczego nam nie brakowało. Ojciec jest inny. Żyje w swoim świecie, o wszystko trzeba go prosić, a jak coś robi dla nas, to głośno wyraża swoje niezadowolenie. Jest przy tym często chamski. Taki typ paniczyka, który remontu w domu nie zrobi, a jak ma sprzątnąć, to jest chory.
Czemu się nie rozwiedli? Chyba są razem z przyzwyczajenia. Mama przestała się przejmować tym, że ojciec często wraca zawiany (a po alkoholu jest bardziej znośny, o ironio), ojciec czasem ugotuje obiad, bo gotuje dobrze. Jednak nie widać już między nimi miłości.
Ostatnio ojciec pojechał na wyjazd, jak zwykle. Nie jest Adonisem, bardziej wpada w typ Janusza, ale na zdjęciach była też jakaś kobieta (wraz z innymi ludźmi, nie samym ojcem). Matka tylko wzruszyła ramionami: „Jak zdradza, to niech sobie zdradza”.
To mną lekko wstrząsnęło. Straszne, jak miłość między dwójką ludzi może tak zniknąć i są ze sobą tylko z przyzwyczajenia. Jest mi smutno, gdy patrzę na moich rodziców.
Swego czasu bardzo pragnąłem zostać ojcem. To było silniejsze ode mnie, myśl o dziecku nie dawała mi spokoju. Żona zaszła w ciążę, ale nie ze mną – zdradziła mnie. Wtedy, zaślepiony tym pragnieniem i wiarą, że możemy to jakoś poskładać, podjąłem najbardziej nieracjonalną decyzję w życiu. Postanowiłem jej wybaczyć i uznałem dziecko za swoje. Marcelina przyszła na świat, a ja stałem się jej ojcem w świetle prawa.
Przez siedem lat byłem tatą dla tej dziewczynki. Nie myślałem o tym, co było, chciałem po prostu być dobrym ojcem.
Kilka tygodni temu wszystko runęło po raz drugi. Żona ponownie mnie zdradziła. Tego już nie jestem w stanie wybaczyć. Decyzja o odejściu jest ostateczna i nieodwołalna. Ale pojawił się problem, który spędza mi sen z powiek – Marcelina. To nie jest moja biologiczna córka, a ja teraz stoję przed widmem alimentów na cudze dziecko. Z jednej strony czuję się oszukany i wykorzystany, z drugiej – przez 7 lat byłem jej ojcem.
Nie wiem, co mam robić. Czy ktoś był w podobnej sytuacji? Jak z tego wybrnąć, nie tracąc wszystkiego, ale też nie dając się zniszczyć do końca ?
Spotykam się z dziewczyną od 7 lat, a razem mieszkamy od 4 lat i powoli już mam dość. Na początku związku dziewczyna dbała o siebie i tak było do czasu, aż razem zamieszkaliśmy. Od kiedy razem mieszkamy, to ja robię pranie, sprzątam mieszkanie, a moja dziewczyna niestety w tym nie chce mi pomagać, bo kiedyś zwróciłem jej uwagę. Na początku jak zmywała naczynia, to wyglądało to tak, jakby tylko opłukała talerz albo widelec i tak go odłożyła (np. ketchup ze śniadania na tym talerzu zostawał, a patelnia tłusta). Potem przejąłem to ja i tak już zostało, bo denerwowało mnie, że to nie jest dokładnie zrobione. Zamiatanie podłóg kończyło się brudem w kątach, tak samo z kurzami. Pranie na suszarce potrafiła rozwiesić w tak niedbały sposób, że przy prasowaniu się bardziej męczyłem. Jedyne co robi to raz kiedyś obiad i zakupy, a przy tym musi wtedy zadzwonić do swojej mamy, że zrobiła ten obiad, a tak to najczęściej zamawia pizzę. Najgorsze to brak higieny – jej nie przeszkadza to, że się nie kąpie przed spaniem, a mnie to drażni. Ja zawsze przed pójściem do łóżka wezmę choćby prysznic. Wszechobecny bałagan w sypialni za łóżkiem w postaci papierków po słodyczach to też dla niej żaden problem. Jak twierdzi, nie chce się jej za każdym razem wynosić papierka do śmietnika (tylko potem jak ja tego nie wyniosę, to może to leżeć tam tygodniami). Teraz jeszcze do tego doszło, że cały czas próbuje robić wszystko, bym jej usługiwał, tzn. przynosił picie i jedzenie z kuchni, albo jak ona chce pogadać, to nie przyjdzie np. do mnie do salonu, tylko oczekuje, bym to ja przychodził do niej.
Mamy obydwoje po 29 lat, a ja coraz bardziej wątpię, czy ja chcę takiego życia. To nie jest tak, że ja chcę na nią zrzucić wszystkie obowiązki w domu, a sam siedzieć na kanapie. Jestem za tym, by było wsparcie i jak jedno gotuje, to drugie niech pozmywa, jedno wstawia pranie, drugie je rozwiesza albo składa. Jak sam nie zmienię pościeli, to ona mogłaby w niej leżeć cały czas. Ścielić łóżko po nocy? „A po co, jak i tak wieczorem do niego wrócimy”. Najgorzej, że przy siostrach opowiada, jaka to ona pracowita i czego nie zrobiła. Najgorzej boję się, co by było, jakby się dziecko pojawiło na świecie, czy byłoby tak samo, jak jest teraz. Moja dziewczyna twierdzi, że jak się dziecko pojawi, to ona będzie nawet sama całe mieszkanie ogarniać, a teraz to nie ma motywacji.
Czy są jeszcze na tym świecie panie, które lubią, jak jest czysto, i pomagają swoim partnerom? Czy ja za dużo od niej wymagam? Grożenie, że się rozstaniemy, bo ja mam dość, powoduje u niej płacz i mówienie, że ona się jednak zmieni i będzie mi pomagać. Prawda jest taka, że tak jest przez kilka dni, a potem wszystko wraca do normy. Może to wszystko opisałem chaotycznie, ale już sam nie wiem, co myśleć.
Jestem złym człowiekiem, a konkretnie jestem bardzo zazdrosna o szczęście innych ludzi. Nie przeszkadza mi to tylko wtedy, jeśli ja to COŚ już mam. Zawsze chcę być pierwsza i najlepsza, ale to dlatego, że w rodzinie zawsze byłam uważana za czarną owcę, za tę najbrzydszą, najgłupszą, nikt nie liczył się z moim zdaniem i chyba teraz chcę być idealna, by nikt mnie więcej nie krytykował.
Przykładem jest wesele koleżanki, z którą kiedyś utrzymywałam przyjacielski kontakt – jestem zazdrosna o to, że ona jako pierwsza wyszła za mąż, a nie ja.
Kolejnym przykładem jest ciąża mojej kuzynki – też byłam zazdrosna o to, że ona ma śliczną, zdrową córeczkę, a nie ja.
Takich przykładów jest mnóstwo. Nie jestem mściwa, ale nie wiem, jak walczyć z tą zazdrością. Ciągle chcę być najlepsza, najważniejsza. Nie wiem, co mam robić, bo boję się, że ta zazdrość doprowadzi mnie do tego, że przestanę mieć znajomych.
Mam prawie pięćdziesiąt lat i gdy dowiedziałam się, że mój mąż, z którym jestem już ponad ćwierć wieku, mnie zdradził, a właściwie zdradzał, bo był to romans trwający ponad dwa lata, to mu wybaczyłam. Przyszedł do mnie i wyznał prawdę i poprosił, byśmy zaczęli od nowa, a ja po namyśle wybaczyłam. Nasze dzieci, moi rodzice i teściowa uważają, że dobrze zrobiłam i nie rozbijam rodziny. Oczywiście tyle lat razem, a to był błąd, za który nie mogę skreślić męża.
Teraz niby wszystko jest dobrze, aż wręcz cukierkowo.
I to mnie wkurza.
Prawda jest taka, że wybaczyłam w teorii, bo mam nienawiść w sercu do męża za to, co mi zrobił, a nie rozwodzę się, bo sama bym sobie nie poradziła finansowo.
Mąż zarabia dużo, ja najniższą, dom oraz samochody są na niego i do tego kilkadziesiąt lat temu namówił mnie na intercyzę, bo ma firmę i nie chce, bym odpowiadała za jego hipotetyczne długi.
Uwaga. Będzie obrzydliwe. Ostrzegam...
Wykonuję pracę u klientów – pranie tapicerki meblowej, samochodowej itd. Dostałem zlecenie od pewnej firmy – wyprać wszystkie krzesła w pewnej firmie. 500 sztuk. Ustalona cena, ustalony termin. Zaczynam pracę. Pracuję już ileś godzin. Zgłodniałem. Zamówiłem fast food. Zobaczyłem shake'a w promocji. Biorę! Zjadłem całe jedzenie, wypiłem shake'a. Po ok. 40 min czuję ból w brzuchu i wiem, że muszę do kibla. Jako że robiłem zlecenie w garażu firmy, a nie było tam toalety, dzwonię do szefa, który zlecił robotę. Niestety nikogo nie ma w firmie, a sprzątaczkom nie wolno wpuścić mnie na salę. Ból był nie do zniesienia. Poszedłem do pomieszczenia ze śmietnikami. Sto razy sprawdziłem, czy nikogo nie ma. Wziąłem worek na śmieci, położyłem na ziemi i zacząłem srać. Wyszło ze mnie chyba wszystko z tygodnia. Totalnie na rzadko... Ale to po prostu było apogeum. Kiedy myślałem, że to już koniec, poszła kolejna seria.
I w tym momencie sprzątaczka otworzyła drzwi od śmietnika... Zobaczyła mnie bez spodni, srającego do worka na śmieci. Nie wiem, kto był bardziej zażenowany – ja czy ona.
Zlecenie zrobione, faktura opłacona. Sprzątaczki nigdy więcej nie widziałem.
Najszczęśliwszy byłem, gdy byłem sam – mimo że zawsze moim największym marzeniem było być w związku i mieć kobietę. Jednak najbardziej szczęśliwy czułem się pomiędzy moimi związkami. A także w pewnym momencie jednego związku, tuż po tym, jak partnerka mnie zdradziła, ja jej wybaczyłem i jakby zaczęliśmy wszystko od nowa. I chyba zaczynam rozumieć, o co chodzi.
Gdy jestem sam, to nie muszę udawać, mogę być całkowicie sobą. Jest mi wtedy wszystko jedno, co się stanie. Gdy mam partnerkę i jestem w związku, to cały czas boję się, co ona o mnie pomyśli, gdy coś robię. Jestem ogólnie zestresowany i wpływa to na moje decyzje, a ostatecznie na samopoczucie.
Myśl o tym, że miałbym się przy niej przyznać do słabości, tworzy we mnie obawę, że pomyśli, że jestem gorszym mężczyzną i mnie kiedyś zostawi. Nie mogę się przez to cieszyć życiem. Tak samo gorzej to wpływa na nasz związek – bo nie jestem już tym super wyluzowanym gościem, co na początku związku.
Chciałbym być w pełni sobą, ale to nie jest proste.
Jesteśmy rok po ślubie, w trakcie remontu większego mieszkania. Z dnia na dzień jest coraz gorzej – wyzwiska, umniejszanie. Pchałam go do przodu, uświadamiałam, że stać go na więcej, wspierałam. A on na każdym kroku pokazuje, że jestem dla niego nikim. Pracuję, zarabiam nienajgorzej, wszystkie obowiązki domowe są na mnie, planowanie na mojej głowie, pamiętanie o urodzinach, prezentach, rodzinnych wydarzeniach. Finanse mamy rozdzielne – żebym przypadkiem go nie okradała (przez większość naszego 8-letniego związku zarabiałam więcej niż on, nieraz dopłacając samodzielnie koszty, żeby budżet się spiął). Jesteśmy razem od 8 lat. Jak chyba każdy, kilka razy miałam wątpliwości, prawie odeszłam. Ale nie potrafiłam. I chociaż sprawia, że czuję się nikim... nadal nie potrafię odejść. Ostatnio mama mnie zapytała: „Czy on ci czasem mówi coś miłego?”. Mówi. Że mam fajne, duże cycki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio usłyszałam cokolwiek miłego. Zwykłego „dziękuję”. Jakiegoś komplementu. Głupiego „miło, że jesteś”.
W głębi serca go nienawidzę. I nie potrafię odejść.
Jest mi bardzo przykro, choć staram się tym nie przejmować... Ostatnio mój narzeczony, świadomie bądź nie, obniża mi samopoczucie i samoocenę. Cokolwiek nie zrobię, on poprawia albo krytykuje, albo rzuca dziwne uwagi.
Upiekłam ciasto? Poprawia dekoracje „żeby fajniej to wyglądało”. Kilka osób pochwaliło mój obiad? Gdy zostajemy sami, zaczyna głośno zastanawiać się, czy tym osobom naprawdę smakowało, czy powiedziały to z grzeczności. Ugotuję inny obiad? Zaczyna go przerabiać, bo jest dobry, ale... Pomaluję paznokcie, to sam poprosi, żeby pokazać, powie, że ładne, ale ładniejsze by były w innym kolorze. Dostanę awans w pracy, o który intensywnie się starałam? To fajnie, ale nie zapomni wspomnieć, że ciekawe, czemu zdecydowali się dać ten awans właśnie mnie, skoro w firmie jest tyle innych kompetentnych osób.
I tak za każdym razem. Co bym nie zrobiła, zawsze poprawia po swojemu albo sugeruje mniej lub bardziej delikatnie, że wszystko, co osiągnęłam, nie jest moją zasługą, tylko ktoś chciał być miły albo coś. Albo inny powód, dla którego nie powinnam się cieszyć z sukcesu, bo ten sukces tak naprawdę niewiele znaczy.
Wczoraj podczas rozmowy telefonicznej z przyszłą teściową usłyszałam: „Kocham cię, kocham was, będzie dobrze, dacie radę”, po czym zapadła cisza.
Było to podnoszące na duchu, ale i też było to jak cios w policzek. Moja własna mama nigdy mi tego nie powiedziała.
Dodaj anonimowe wyznanie