Jedni uważają za sukces dzieci, zdane studia, egzamin na prawo jazdy.
Moim małym sukcesem jest to, że kiedy idę na zakupy, to mogę pozwolić sobie na zakup czegoś typu Maxi King czy Kinder Bueno.
Kiedy byłam młodsza, nigdy nie było nas na to stać, chyba że od święta.
Czasem w nerwach powiem coś, czego nie powinnam, tak było tym razem.
Chciałam, aby mój mąż mi w czymś pomógł, niestety nie reagował na prośbę, więc jakoś poradziłam sobie sama. Kiedy wszystko już zrobiłam, on nagle się zjawił, żeby mi pomóc, ale było już za późno i w emocjach po cichu rzuciłam jednym wulgaryzmem. Niestety on to usłyszał no i się obraził.
Teraz się do mnie nie odzywa. Zawsze jak powiem coś nie tak, to przez parę dni nie odzywa się do mnie.
Już chyba wolałabym się głośno pokłócić niż siedzieć w ciszy i unikać drugiej osoby.
Ostatnio usłyszałem, że jestem zimny jak lód, bo nie przyszedłem na pogrzeb żadnego z rodziców.
Matka alkoholiczka, która zostawiła mnie z ojcem, jak miałem 14 lat, i powiedziała mi raz po pijaku: „Szkoda, że cię nie wyskrobałam, pier*olony bękarcie”. Matka, której przestałem ufać po tym, jak jej się zwierzyłem ze swoich problemów nastolatka i ona rozgadała to wszystkim koleżankom, a koleżanki swoim córkom (z którymi chodziłem do klasy) i byłem przez to wyśmiewany.
Ojciec, który nigdy mnie niczego nie nauczył, a tylko je*ał za jakiekolwiek próby robienia czegokolwiek. Prosiłem go, żeby mi powiesił półkę na ścianie. On nie będzie nic wieszał. Kiedy sam wziąłem wiertarkę, by wywiercić otwory pod kołki, stał i się gapił i tylko mnie wyzywał od pi*d, „na ch*j ty się bierzesz, jak nie umiesz, daj to, ku*wa, debilu je*any”. Pierwszy był do wyśmiewania mnie za próby robienia czegokolwiek albo gdy nie wiedziałem, jak się nazywa „to do ciągnika przyczepiane”. Moim kolegom załatwiał pracę na wakacje u siebie w robocie, uczył ich jeździć samochodem, każdego traktował lepiej niż mnie.
W wieku 17 lat zacząłem mieć krwawe biegunki. Nie poszedł ze mną do lekarza. Wmawiał mi, że nie chce mi się chodzić do szkoły i wymyślam. Poprosiłem pedagog w szkole o pomoc. Schudłem 10 kg, byłem zagrożony z ośmiu przedmiotów, bo przez trzy miesiące nie chodziłem do szkoły, tylko siedziałem w domu, gdy ojciec był w pracy. Po tym, jak w końcu zabrał mnie do lekarza prywatnie i okazało się, że mam nadżerki w jelitach, powiedział mi tylko: „Masz szczęście”.
Kiedy kupiłem mieszkanie, powiedział mi, że tylko debile biorą kredyty i pewnie zaraz będę spał pod mostem, bo mnie wyrzucą, bo przestanę płacić.
Każdą moją dziewczynę wyzywał od ku*ew, bo ta nosiła spódniczki, ta miała usta pomalowane, tej oczko poszło, to pewnie wróciła z je*ania z kimś w podartych ubraniach.
I wiecie, co jest w tym najgorsze? Że kilka lat temu, kiedy jeszcze chodził i spotykaliśmy się na rodzinnych imprezach, był taki dumny, jakich on synów wychował. On ma dwóch synów, jeden lekarz, drugi inżynier. I wszyscy mu wtórowali, wzór cnót rodzicielskich. A prawda była taka, że i ja, i mój brat przyrodni, 20 lat starszy, żyliśmy w nienawiści do niego i robiliśmy wszystko, byle się od niego uwolnić. Z boku to my jesteśmy wyrodni, bo urwaliśmy kontakt i wyparliśmy się ojca, który całe życie poświęcił na wychowanie.
Pamiętam ostatnie spotkanie ojca z bratem, więcej się nie widzieli nigdy. Brat powiedział do ojca: „Ty się bardziej przydasz po śmierci, bo teraz to tylko wszystkich umiesz niszczyć”. Wtedy nie rozumiałem za bardzo tych słów, miałem jakieś 12 lat.
Dziś mam prawie 40 lat i jak patrzę w lustro, to widzę kogoś bezwartościowego, zakompleksionego, choć obiektywnie mam szeroką listę kompetencji. Drogą terapii szukam siebie, ale czuję, że jeszcze sporo pracy przede mną.
Aktualnie siedzę na urlopie, niedługo jednak wracam do swojego „normalnego” życia. I nie chcę tego. Praca za najniższą krajową i wczesne wstawanie to nic trudnego, jednak jazda przez szare, depresyjne miasto, żeby 8 godzin spędzić z tymi ludźmi, jest demotywująca. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam trudnej pracy, ale ja naprawdę nie potrzebuję większej liczby znajomych i staram się ze wszystkich sił zachowywać kontakty tylko służbowe, nie uważam współpracowników za swoich kolegów, pewniej się czuję przed sprzątaczkami, bo one mnie nie wypytują o nic, o rodzinę, dom, plany na przyszłość, nie interesuje ich, czy zachlałem weekend. Dla mnie ci wszyscy ludzie to grupa nieznajomych i nie czuję potrzeby spowiadania się im z czegokolwiek, zwłaszcza że moje słowa przez nich docierają dalej, poza dział produkcji.
Kiedy byłam małym gówniarzem, myślałam, że przykazanie „Nie cudzołóż” oznacza „Nie śpij w cudzym łóżku”... Pewnego razu przed pierwszą komunią świętą poszliśmy z klasą się wyspowiadać. No i oczywiście ja, pewna, że śpiąc u kuzynów/braci/rodziców zgrzeszyłam, wyznałam, że dopuściłam się cudzołóstwa...
Reakcja księdza była wybitna – następne pół godziny spędziłam z katechetką, która tłumaczyła mi znaczenie poszczególnych przykazań.
Mój mąż jest impotentem. Jesteśmy rok po ślubie, już przed zdarzały się akcje typu: coś mnie boli, nie ten dzień, kochanie... ale dopiero w momencie, kiedy dochodziło do gry wstępnej. Wiele razy starałam się, jestem otwarta i nie boję się próbować nowych rzeczy. Tłumaczyłam i prosiłam, żeby mówił wcześniej, że nie ma ochoty, a nie dopiero w akcji. Myślałam, że to moja wina. Bielizna, pieszczoty – walczyłam, jak się dało. Niestety z różnym skutkiem.
Stwierdziłam, że skoro ślubowałam, to nadal będę się starać. Na walentynki zaaranżowałam miłą niespodziankę. Cały dom w świecach, romantyczna kolacja, wino. Ja w pięknej bieliźnie, jakiej nie widział nigdy, czerwone szpilki, kokietowałam. Udawał, że mu się podoba. Flirtował, a ja nawet nie fochałam się o brak kwiatów czy czegokolwiek. Chciałam pokazać, że mimo wszystko mi zależy. Droczył się ze mną, nakręcił... po czym jak zwykle stwierdził, że to nie ten dzień.
Poczułam się upokorzona jak nigdy. Mam wyrzuty sumienia, ale myślę, żeby odejść. Chyba nigdy nie będę szczęśliwa. Anonimowe w tym jest to, że nawet nie mam komu o tym powiedzieć, bo wszystkie koleżanki wokół twierdzą, że ich życie łóżkowe kwitnie. Też bym tak chciała.
Pierwszy raz od 25 lat nie mam żadnych długów, kredytów, komorników, firm windykacyjnych, pożyczek u rodziny, znajomych.
Odzyskałem życie, jakbym na nowo się narodził.
Mój mąż zachorował. Psychicznie. Dość ciężko. Czasem zachowuje się normalnie, jak kiedyś, ale zazwyczaj normalnie nie jest. W sumie to są dwie opcje. Pierwszy rodzaj epizodów to taki, w którym całymi dniami leży i gapi się w ekran, nie mając siły na nic innego, albo po prostu śpi. Wykonuje, co musi i nic więcej. Nie chce mnie dotykać, całować, przytulać, seks jest mu obojętny. Prawie nie je, mimo podsuwania mu jego ulubionego jedzenia. To z reguły trwa tydzień lub dwa. Potem jest zmiana. Niby zachowuje się normalnie, a potem wystarczy jakiś drobiazg, by wpadł w szał. Wystarczy, że nie odpowiem na pytanie, którego nie usłyszałam, zapytam o coś w złym momencie lub ogólnie zrobię coś, co nigdy wcześniej problemem nie było. I zaczyna niszczyć rzeczy w domu, wyzywa mnie, próbuje wyrzucać mnie z naszego wspólnego mieszkania lub sam się pakuje do wyprowadzki. Grozi. Wtedy cokolwiek zrobię, traktuje jako dodatkowe prowokowanie. On już jest pod opieką lekarzy, ale zanim dobiorą leki i one zaczną działać, minie trochę czasu. Wiem, że jest mu ciężko i staram się mu pomóc i go wspierać, ale mnie też jest ciężko. Nie chcę nikomu mówić, stawiać go pod ścianą i robić złą opinię. Nikt nie wie, co się dzieje u nas w domu. Czuję się bardzo samotna. Boję się. Bardzo mi brakuje poczucia bezpieczeństwa, stabilności. Czułości. Za każdym razem, gdy wracam do domu, paraliżuje mnie strach. Co dzisiaj będzie? Będzie depresja? Będzie w miarę normalnie? Zamknie się w sobie? Czy znów potłucze talerze, bo źle spojrzałam? Jest mi bardzo trudno.
Zdecydowaliśmy się z mężem na dziecko. Chcieliśmy go, czekaliśmy na nie. Jednak nigdy nie byłam słodkopierdzącą mamusią w ciąży, która dostała zapalenia odpieluszkowego, czy jakoś tak. W końcu nadszedł dzień porodu. Miałam cesarskie cięcie. Kiedy się obudziłam... no właśnie. Pierwsza myśl – radość, że zaraz zobaczę moje dziecko. Jednak kiedy dano mi dziecko do potrzymania, pierwsza moja myśl brzmiała „ja pierniczę, jaka ona jest brzydka...”. Żeby nie było – kocham córkę, chcę dla niej jak najlepiej, ale do dziś za każdym razem, kiedy na nią patrzę, nie mogę wyzbyć się ze swojej głowy myśli, że jest okropnie brzydka. Kochana, grzeczna, ale brzydka. I nic tego nie zmieni. Kiedy mąż/mama/teściowa/dziadek/koleżanka rozczula się nad nią, mówiąc: „jaka ona śliczna/urocza”, to patrzę na nich z niedowierzaniem i politowaniem i zastanawiam się, czy mają problemy ze wzrokiem, czy mówią tak, żeby mnie pocieszyć, bo przecież sami widzą, że mam brzydkie dziecko.
I nie chcę, żeby to zabrzmiało pusto czy próżnie, ale mąż jest naprawdę przystojny (nie tylko wg mnie, ale wielu kobiet), ja też nie jestem brzydka, powiedziałabym – takiej przeciętnej urody. Ale z córą coś nie wyszło ;)
Historia dla wszystkich, którzy opowiadają, że kiedyś tych autyzmów nie było i że teraz jest taka moda.
Moi rodzice się mną nigdy nie interesowali i choć mieli prawa rodzicielskie, mieszkałam z babcią. Babcia nie miała koleżanek, utrzymywała jedynie kontakt z najbliższą rodziną – mamą i siostrą. Nie umiała się dogadywać z ludźmi, uprawiać smalltalku i odczytywać mimiki, a sama była jej niemal całkowicie pozbawiona. Miała też jasno ułożone rytuały. Obiad był podawany codziennie 10 minut po tym, jak skończyłam lekcje. Jeśli się spóźniłam chociaż 5 minut, w domu zastawałam ją na skraju załamania nerwowego, przekonaną, że na pewno ktoś mnie porwał i zabił. Codziennie wstawała o tej samej porze, jadła to samo śniadanie, oglądała ten sam program w telewizji. Jakakolwiek zmiana w planie stanowiła dla niej gigantyczny problem, niemal nie do przejścia. Babcia też potrafiła krzyknąć z przerażenia, ponieważ sąsiad dwa piętra wyżej zaszurał krzesłem lub upuścił coś na podłogę. Miała też problem z rozumieniem metafor – oczywiście wiedziała, że dany zwrot ma inne znaczenie, ale bardzo przywiązywała się do konkretnych słów, które zostały użyte, np. była zła, gdy usłyszała z moich ust „i ja to szanuję!” (rozumiała, że mój szacunek jest warunkowany tym, czy się z nią zgadzam). Do tego dochodziły inne kwestie typowe dla spektrum, takie jak obsesyjne zainteresowania, szybkie przebodźcowanie, lęki, rozwolnienie werbalne, przerywanie. Z racji tego, że do niedawna spektrum diagnozowano jedynie u dzieci, które rozwinęły nieprawidłowo mowę, a o autyzmie wysoko funkcjonującym czy kobiecym nikt nie słyszał, babcia otrzymała diagnozę dopiero w wieku 73 lat. Wcześniej była przez swoją odmienność wyśmiewana i niezrozumiana. Słyszała, że śmiesznie mówi, nie ma mimiki, dziwnie gestykuluje, źle opowiada historie (zbyt wiele dygresji), nie patrzy w oczy. Samotność, odrzucenie oraz brak zrozumienia sprawiły, że na spektrum zaczęły się nakładać inne zaburzenia (depresja) i destrukcyjne zachowania, m.in. zaczęła wymyślać choroby i w ten sposób zyskiwać życzliwość otoczenia.
Obecnie babcia ma 75 lat i podczas gdy inne kobiety w jej wieku leczą się na serce, cukrzyce i osteoporozy, ona regularnie uczęszcza na terapię. I radzi sobie super. Mówi, że gdyby dostała pomoc i diagnozę jako dziecko, to by nie zwaliła wychowania mojej mamy, nie rozpadłoby się jej małżeństwo, być może miałaby normalne dzieciństwo i relacje międzyludzkie. Babcia za moją namową zapisała się też na planszówki. Ma koleżanki, które – choć same nie mają diagnozy – przejawiają zachowania typowe dla spektrum, np. jedna z nich, pomimo sześciu dych na karku, ma echolalię.
Gdy słyszę te opowieści, że kiedyś nie diagnozowano autyzmu, więc go nie było... No cóż.
Dodaj anonimowe wyznanie