Między mną a moim facetem jest 10 lat różnicy. Był moim pierwszym mężczyzną, za to on miał ogromną liczbę kobiet i wyprawiał z nimi najróżniejsze rzeczy.
Jesteśmy ze sobą 5 lat, aktualnie robimy to może raz na dwa miesiące. Zawsze tak samo – po ciemku, na łóżku, krótko. Wmawia mi, że to jest normalne w związkach.
Problem w tym, że ja chciałabym częściej i inaczej, ponieważ dla mnie wszystko jest nowością, ale niestety. Próbowałam wszystkiego – bielizna, szpilki. Efekt? „Ładnie. Co jest na obiad?” Gra erotyczna leży w szufladzie od 2 lat nieotworzona. Rozmowy kończą się obiecankami i tyle.
Nie zdradza mnie, sprawdziłam to, ale ja chyba zaczynam rozumieć, skąd biorą się zdrady.
PS Nie zostawię go, mamy dziecko.
Mam przyrodnie rodzeństwo sporo młodsze ode mnie w dość sporej liczbie. Dodatkowo jestem też studentką i jak na studenta przystało, ciągle mi brakuje pieniędzy. Zwłaszcza teraz, kiedy mam bardzo ciężki semestr i pracę ograniczyłam do minimum, aby poradzić sobie ze wszystkimi zaliczeniami. Dlatego święta są dla mnie bardzo trudnym okresem w roku. Mimo to starałam się kupić mojemu rodzeństwu chociaż coś małego. Przykładowy prezent dla 7-latki to skarpetki i trochę lepszych słodyczy.
Prezenty dałam po wigilii, więc wiadomo było, że są ode mnie. Komentarze, jakie usłyszałam od dzieci, były bardzo przykre. „Słodycze to nie prezent”, „czemu nie kupiłaś nam nic fajnego?”, „kiedy przywieziesz nam prawdziwe prezenty?”, „po co przyjechałaś, jak nic nie przywiozłaś?”. Najgorsze jest to, że nikt, ani nasz wspólny rodzic, ani ten tylko ich, nie zwrócił nikomu uwagi. Ja nie dostałam nic od nikogo, ale nie wydaje mi się, żeby to było najważniejsze. Chciałam im sprawić przyjemność, a skończyło się to dla mnie przykrością. Smutne.
Moja żona po 10 latach związku, w tym 7,5 małżeństwa, zdradziła mnie emocjonalnie (ale nie fizycznie) z kolegą z pracy. Zaczęło się po tym, jak zmieniła pracę, poznała go, polubiła, coraz więcej o nim mówiła. Potem doszło do tego pisanie, często i gęsto do późnej nocy albo skoro świt przed wstaniem z łóżka. Było to wszystko jakiś rok temu. Jakieś wyjście na kawę z nim i z dziećmi itp., aż któregoś razu poszła na imprezę firmową i o dziesiątej kontakt się urwał. Wróciła o drugiej w nocy i powiedziała, że się z nim urwała z tej imprezy i przenieśli się do innej części miasta do klubu, we dwoje. Jak gdyby nigdy nic, „po koleżeńsku”. Potem pisała z nim coraz więcej i więcej, wysyłała mu swoje zdjęcia, zdjęcia posiłków i miejsc, w których bywała. Opowiadała mu wszystko. Były też żarty na mój temat z jego strony, a ona nie reagowała, sama zresztą też czasem robiła podśmiechujki. Za każdym razem, gdy się o to wszystko denerwowałem i mówiłem, że sobie tego nie życzę, to mówiła mi, że przesadzam, że sobie wkręcam, że to tylko kolega i nie mam o co być zazdrosny. Doprowadziło mnie to do depresji z myślami suicydalnymi. Kilka razy jej sprawdziłem telefon. Wszystko trwało ok. 3-4 miesięcy. Obiecywała, że przestanie, przyznawała mi rację, przepraszała, a potem znów z nim pisała i coraz bardziej ukrywała telefon. Potrafiła mu wysyłać swoje zdjęcia, jak byliśmy razem w restauracji, on oczywiście wysyłał jej serduszka i że ładnie wygląda. Pisała mu o wszystkim, opowiadała mu więcej niż mi... Ten facet wiedział o niej więcej ode mnie w tamtym czasie. W dodatku nie była jego pierwszą taką „koleżanką”, bo się sam jej przyznał, że z jedną prawie wylądował w łóżku. W końcu walnąłem pięścią w stół i powiedziałem, że albo on wypie*dala z jej życia, albo ona z mojego. I terapia par albo rozwód. Zakończyła tę relację, poszliśmy na terapię pół roku temu.
Teraz jest między nami bardzo dobrze, zaczęliśmy związek praktycznie od nowa. Ale już nigdy nie powiem, że będziemy razem do końca życia. Rok temu dałbym sobie za to rękę uciąć. Dziś wiem, że pewna jest tylko śmierć. Zniszczyło mnie to psychicznie, żyję w lęku, że kiedyś to wróci. Już jej nigdy tak bardzo nie zaufam. Mimo że „kolega” znalazł sobie nową ofiarę swoich zalotów, to wciąż nie czuję się pewnie. Chciałbym kiedyś mu nagadać i opowiedzieć wszystko jego żonie.
W moim życiu przez ostatni rok sporo się zmieniło. Zdecydowanie ma gorsze.
Zacznijmy od tego, że miałem żonę i dwie córki. Byliśmy (przynajmniej tak mi się wydaje) szczęśliwą rodziną. Żona nie pracowała, tylko zajmowała się córkami, ja utrzymywałem rodzinę.
W pewnym momencie w pracy zaczął się ciężki i stresujący okres. Zostawiłem po godzinach, a gdy już wracałem do domu, sięgałem po alkohol. Najpierw jedno piwko, potem dwa, trzy, dziesięć, wino, wódka i inne ścierwa. Uzależniłem się. Często nie było mnie w pracy, bo leczyłem kaca. W końcu szef mnie zwolnił. Nie miałem czasu dla żony, córek. Miałem czas tylko na alkohol. Żona ode mnie odeszła. Powiedziała, że mam rok, aby przywrócić się do stanu sprzed separacji. Potrzebowałem czasu, by to do siebie przyjąć, ale się udało.
Mija właśnie drugi miesiąc od jej odejścia, ja też odszedłem od alkoholu. Znalazłem pracę, w której może i płacą mniej, ale cokolwiek zarabiam. Coraz częściej piszę z żoną, za niedługo mam się z nią zobaczyć.
Trzymajcie za mnie kciuki, ja wierzę, że mi się uda.
Chwilówki... Zaczęło się niewinnie, 100 zł, bo brakowało na melanż ze znajomymi na studiach. Spłaciłem, ale przecież to było takie łatwe... Pożyczka za zero, oddajesz i masz z głowy. Obiecałem sobie, że więcej tego nie zrobię, ale życie studenta przypiliło (miałem stały dochód w postaci renty rodzinnej, więc nie było problemu z przyznaniem). I kolejna na 100, potem kolejna na 200, bo jak dali mi na 100, to na 200 nie dadzą? I tak to wszystko się zaczęło, uzbierały się trzy tysiące do spłaty. Co zrobiłem? Wziąłem kredyt, żeby to spłacić i spłaciłem. Wszystko fajnie, kredyt spłacałem, aż nagle zabrakło mi kasy na jakąś pierdołę. No to co? Chwilówka, bo przecież mam czyste konto.
Przez pół roku byłem „bogaty”, żyłem pełnią życia, spłacałem jedną chwilówkę kolejną. Do momentu, kiedy wziąłem chwilówkę na cztery i pół tysiąca. Wtedy dobry okres się skończył. Przy mojej rencie nie dałem rady. Rzuciłem studia przez osobiste problemy, przez które również pogrążyłem się w alkoholu, renta odpadła, a ja zostałem z jakimiś dwudziestoma tysiącami długu. Zacząłem pracę, po pół roku na wypłatę wszedł mi komornik, dostawałem połowę pensji, więc zapierdzielałem po 230 godzin w miesiącu, żeby mieć za co żyć. Po czasie doszedł drugi, trzeci komornik, a inne moje długi (miałem zaciągniętych kilkanaście chwilówek) wciąż rosły. Przeszedłem ciężką depresję, zapożyczałem się u znajomych, żeby mieć co jeść.
W końcu poznałem jego. Człowieka z zupełnie innego świata, dobrze zarabiał, mógł sobie pozwolić na bardzo dużo. Zakochałem się. Chciałem mu dorównać, też dobrze żyć, jeździłem z nim na wakacje, na które nie było mnie stać, w pewnej chwili zrozumiałem jednak, że u niego również zacząłem się zapożyczać. Po roku związku przyznałem mu się do długów. Zrozumiał, obiecał, że wesprze, ale ja wciąż, zamiast z tym walczyć, zapożyczałem się u niego. Teraz mieszkamy wspólnie w Holandii, jestem zapisany na terapię u psychologa, chcę nauczyć się rozporządzania pieniędzmi. Swoje długi powoli spłacam, ale jeszcze długa droga przede mną. Na szczęście zarobki mam dobre, więc jest światełko w tunelu.
Niby się wie, że nic na świecie nie jest za darmo. Jednak przez darmową pożyczkę przy odrobinie nieostrożności można znaleźć się w naprawdę ciężkiej sytuacji. Ja przez własną nieostrożność i głupotę, zamiast czerpać z życia, ciągle się zastanawiam, jak wyjść z długów.
Siedzę na kiblu, oglądam filmik na stronie dla dorosłych, gdy nagle w tle w filmiku pojawia się komputer. Ja jako rasowy informatyk powiększam... O, widzę, GTX 780 Ti od Gigabyte, płyta główna na socket lga 1151, w sockecie zapewne...
Zamiast skupić się na treści filmiku, który po to właśnie włączyłem, to patrzę na podzespoły...
To właśnie chyba nazywa się zboczenie zawodowe :)
Od dziecka uwielbiam zupę ogórkową, mógłbym ją jeść codziennie, nigdy mi się nudzi. W przedszkolu często nam ją dawali, ale mi zawsze było mało, chciałem więcej... Więc znalazłem na to sposób.
Mówiłem dzieciom przy stoliku, że to zupa z glonów i wodorostów, więc żadne dziecko nie chciało jej jeść, a ja wcinałem i swoją, i ich porcję :D
Boję się, że jestem mitomanem.
Kłamię codziennie, nie ma dnia, gdzie nie wypowiedziałabym chociaż jednego, małego kłamstwa. Czasem na swój temat, czasem na temat mojej rodziny, a czasem po prostu, bo czuję, że muszę coś powiedzieć, a nie wiem co, więc wybieram bezpieczne kłamstwo. Gubię się w tych kłamstwach, a jak ktoś to wychwyci, to wymyślałam kolejne, byle tylko się to nie wydało. Jest mi cholernie wstyd, już sama nie wiem, co jest prawdą na mój temat, a co nie. Jestem w takim stanie, że po każdym kłamstwie płaczę, że to zrobiłam, a po uspokojeniu się powtarzam to.
Nie chcę tak żyć, ale nie umiem też z tego wyjść, a na terapię nie pójdę, bo też będę kłamać. To jest cholerne błędne koło.
Mój ojciec 2 lata temu uległ wypadkowi – dosyć skomplikowanie złamał nogę. Czekała go operacja złożenia ponownie kości i rehabilitacja. Wiadomo, na początku wszyscy kazali mu leżeć, odpoczywać i się kurować. Gdy kości w nodze się zrosły, mama zapisała go na rehabilitację, a on miał powoli wracać do życia. Codzienne spacerki, ćwiczenia, nic ponad ludzkie siły. Rzeczywistość jednak wygląda tak, że ojciec od 1,5 roku wstaje tylko do łazienki i do lodówki. Jak przyjeżdżam na weekend, to cały dzień gnije na kanapie, a na każdą propozycję wspólnego wyjścia na spacer reaguje najpierw niechęcią, potem agresją. Jak od wielkiego dzwonu jedzie do sklepu po fajki, to staje na miejscu dla niepełnosprawnych i nie widzi w tym problemu. Mamie po 8 godzinach pracy obiadu nie ugotuje, nie umyje naczyń po śniadaniu ani nawet w piecu nie napali. Cały dom jest na głowie mamy, która już ledwo chodzi ze zmęczenia. Przez rok wyhodował sobie poważną miażdżycę i cukrzycę, z którą absolutnie nic nie robi. Pomimo że mama wydaje krocie na jego badania i lekarzy, to ojciec nadal tylko żre i śpi.
Mama nieśmiało mówi o rozwodzie. Ja staram się nie popierać żadnej ze stron. Kilka razy pokłóciłam się mocno z ojcem o jego styl życia i nie przyniosło to żadnych rezultatów.
Najgorsze czego się boję, to nie nawet jego śmierć, ale udar i niepełnosprawność. Rodzice mają kredyt na mieszkanie na głowie, ja jestem na etapie zakładania rodziny w mieście oddalonym o 100 km. Boję się, że mama nie da sobie rady i coś sobie zrobi (od wielu lat choruje na depresję), bo widzę po niej, że jest wycieńczona. Co rozmowę ze mną płacze.
Ojca powoli nienawidzę za to, jak obchodzi się z nami. Proponowałyśmy mu psychologa, ale nie chce o nim słyszeć.
„Ukradłam” obrączki dziadków i pierścionek zaręczynowy mojej babci.
Rok temu w niedużym odstępie czasu zmarli mój dziadek i babcia. Od tamtego czasu ich dom stoi ze wszystkimi ich rzeczami plus coraz większą ilością gratów. Ich mieszkanie jest częścią domu mojej cioci (córka dziadków i siostra taty), osobne wejścia itd. Ale dom ten sam (własność wujostwa). Odkąd dziadkowie zmarli, ciocia z rodziną zrobili sobie tam graciarnię, powoli pakując rzeczy dziadków i dorzucając swoje, z którymi nie mają co robić.
Kilka dni temu, pod nieobecności domowników, byłam w ich domu, bo wujostwo prosiło o karmienie i wyprowadzanie psa pod ich nieobecność. Przejście do mieszkania dziadków było otwarte i z ciekawości zajrzałam, chcąc trochę powspominać. To, co zobaczyłam, to była masakra. Szuflady powyciągane, pełno porozwalanych rzeczy itd. Niewiele myśląc, zajrzałam do komody, w której wiedziałam, że babcia trzymała biżuterię, żeby zobaczyć, czy ją też opróżnili. Całe szczęście jeszcze nie, więc po prostu zabrałam pudełeczko z ich obrączkami i pierścionkiem zaręczynowym (dziadkowie już ich nie nosili, bo po tylu latach nie pasowały) i schowałam je u siebie. Mam ogromny sentyment do tego typu rzeczy i nie chciałam, żeby to gdzieś się zgubiło podczas tych ich porządków albo, co gorsza, zostało sprzedane (ciotka to ten typ, który bez skrupułów sprzedałby takie rzeczy).
Teraz mam trochę wyrzuty sumienia, bo niedługo po ich śmierci pytałam taty, czy mogę to zachować na pamiątkę, ale stwierdził, że powinno to być podzielone pomiędzy jego i rodzeństwo, jednak widząc, co tam się dzieje, nie mogłam tego zostawić. Nie wiem, czy powinnam się przyznawać. Boję się, że jeśli któreś z nich się dowie, to zdecydują się podzielić i wtedy na pewno coś z tego przepadnie, a ja mam poczucie, że takie coś jak obrączki, powinno być razem. Liczę na to, że jeśli ktoś kiedyś sobie o tym przypomni, brak tych pierścionków zrzucą na fakt porządków i pomyślą, że gdzieś zgubiły się w trakcie i nie wiadomo, gdzie są. Ewentualnie na to, że ciotka je sprzedała, zgarnęła kasę i wydała na jakieś zakupy czy wakacje, na które często jeżdżą.
Dodaj anonimowe wyznanie