#bi6wx

Dopiero jako nastolatek odkryłem, że moja matka jest chorobliwie nadopiekuńcza. Nie lubiła się ze mną rozstawać i zawsze miała mnie na oku. Przez całe dzieciństwo wmawiała mi, że mam astmę i różne alergie, tylko po to, bym siedział z nią w domu, zamiast ganiać z innymi chłopakami na podwórku.

#1imCN

Po śmierci mojego syna wszystko straciło rozpędu, radości i braku możliwości, żeby to wszystko gdzieś zniknęło.
Chcę zapomnieć, nie myśleć. Została mi tylko moja żona, która na pewno też cierpi, ale ja staram się tego nie zauważać, bo pewno jestem złym człowiekiem, egoistą. 
Nie mam już empatii do ludzi, a może nigdy jej nie miałem.
Boję się wszystkiego. Wstydu, niemocy, okrucieństwa ludzi, bólu, rozmowy. Nie wiem co dalej. Nie chce mi się już żyć.

#OaBlO

Gdy miałem 14 lat, moi rodzice wyjechali za granicę do pracy. Wracali co miesiąc czy półtora na ok. dwa tygodnie. Zostałem sam z babcią, która mieszkała kilka domów dalej, więc po prostu była w pobliżu w razie potrzeby. Dbałem sam o siebie i dom. Do sklepu jeździłem po szkole na rowerze. Rodzice z zapasem zostawiali mi pieniądze na jedzenie i rachunki, które opłacałem na poczcie. Szybko nauczyłem się gospodarować pieniędzmi tak, żeby zostało mi na spotkania z kumplami albo gry. Dobrze się uczyłem i nie sprawiałem problemów, więc rodzice nie musieli przychodzić do szkoły.
Po gimnazjum i liceum poszedłem na studia i do pierwszej pracy. Utrzymywałem się już sam.
To wszystko sprawiło, że już jako młody chłopak byłem samodzielny i zorganizowany. Znalazłem dziewczynę (którą moi rodzice bardzo polubili), skończyłem studia i poszedłem do stałej pracy. No i moja swoboda nagle się skończyła, bo moi rodzice po ponad 15 latach przypomnieli sobie o mnie i zaczęli się nadmiernie angażować w moje życie (dalej pracując za granicą). Po tym, jak się ożeniłem i rozpocząłem budowę domu (tuż obok moich teściów, u których z żoną mieszkamy), we wszystko zaczęli się wtrącać i dzwonić do mnie kilka razy dziennie. Ja rozumiem i doceniam ich rady, ale oni są o włos od decydowania za nas. Dzwonią do firm budowlanych, ustalają ceny, rezerwują terminy i chwalą się rodzinie, jak mi budowa idzie (i to naginając prawdę i wybiegając do przodu, bo w rzeczywistości jestem o kilka etapów budowlanych do tyłu niż w ich opowieściach). Aktualnie o niczym nie mogę im powiedzieć, bo oni planują wszystko do przodu bez naszej wiedzy. Albo pytają mnie wielokrotnie o tę samą rzecz – na etapie fundamentów zalewali mnie pytaniami np. o to, kto będzie mi robił elektrykę, bo oni znają jednego fachowca i można powiedzieć, że już zaklepali termin. Do tego zasypują nas nagle jakimiś „prezentami” lub pomocą. Nie da się z nimi normalnie porozmawiać, bo kiedy podczas rozmowy np. pochwalę jakiś ich sprzęt domowy/ogrodowy, to przy najbliższej okazji przyjeżdżają do nas na kawę z właśnie takim sprzętem, tylko oczywiście nowym i dwa razy droższym/większym (podczas gdy ja go nawet nie potrzebuję).
Próbują nadrobić te lata, gdy ich nie było. Najpierw dali mi swobodę, a teraz ją odbierają. Nauczyłem się być samodzielny, a teraz zachowują się wobec mnie, jakbym sobie z niczym nie radził i nieustannie na każdym kroku potrzebował pomocy.
Chciałbym, żeby zrozumieli, że przez tyle lat wszystko robiłem sam i teraz też dam radę. Że kiedy coś chwalę, to nie znaczy, że mają mi to kupić. Czas, kiedy powinni się mną opiekować, już dawno minął. Teraz jestem dorosły i pragnę takiego spokoju jak w czasach, kiedy byłem młody, a oni siedzieli za granicą i dzwonili do mnie maks. raz w tygodniu. Swoimi eurasami nie wykupią czasu, który już minął.

#KTSgK

Kłamię, od kiedy pamiętam. Zaczęło się niewinnie – w wieku ośmiu, może dziewięciu lat. To były drobne kłamstwa w stylu: zjadłam zupę, byłam w kinie na tym filmie, czytałam tę książkę. Z czasem, gdy w szkole zaczęło się więcej nauki, moje kłamstwa przybrały na sile. Wmawiałam rodzicom, że któraś z prac była niezapowiedziana, coś nie było na ocenę, a o czymś innym nie wiedziałam. Kłamstwa wydały mi się fajną ucieczką od brutalnej rzeczywistości. Zawsze byłam indywidualistką o specyficznej osobowości, a co za tym idzie, nie byłam specjalnie lubiana przez innych. Często kłamałam na temat swoich podbojów miłosnych, relacji z innymi osobami czy nawet w sprawie zawodu wykonywanego przez moich rodziców. Byłam i jestem w tym naprawdę dobra, nigdy nie pomyliłam faktów, zawsze trzymam się tej samej wersji. Z czasem zaczęłam zauważać, że to problem. Kilka razy miałam zamiar powiedzieć o tym rodzicom czy pedagogowi szkolnemu, ale zawsze się wstydziłam. 
Dziś jestem dorosłą kobietą, która nie wie, co się dzieje. Każdego dnia boję się, że któreś z moich kłamstw wyjdzie na jaw. Codziennie próbuję z tym skończyć, ale często robię to nieświadomie albo z konieczności ciągnięcia kłamstwa, które już rozpoczęłam. Chciałabym to wreszcie zakończyć. Pragnę w końcu przestać kłamać.

#iWbz7

Mam dość swojej teściowej i to nie jest tak, że wszystkie kawały świetnie do niej pasują, bo jest fajna, można z nią pogadać itd., ale zabiera mi narzeczonego i jest nieporadna życiowo. 
Ojciec narzeczonego umarł parę lat temu i teraz teściowa mieszka sama, kilkaset metrów od nas. Nic nie potrafi załatwić, nawet wypełnić druczka z rachunkiem, aneks do umowy, cholernie ważny, żeby uniknęła płacenia kary, znaleźliśmy pomiędzy starymi gazetami, dobrze, że chociaż umie włączyć pralkę i coś sobie ugotować.
Pracuje w zawodzie bardzo blisko lekarskiego, jedyne co bierze na ból pleców to maść, którą trzeba się codziennie smarować, no i oczywiście narzeczony po pracy od 7 do 18 musi tam jechać i to zrobić. W międzyczasie oczywiście przypomina się jej pierdylion rzeczy, które on jeszcze musi dla niej zrobić, w efekcie jak narzeczony wraca do naszego mieszkania, to jest 21, więc myje się, jakaś kolacja i spać.
Każdy zaplanowany wyjazd ona potrafi opóźnić o 2-3 godziny. Powiemy, żeby była gotowa na 9, to może się do 11:30 wyrobi, albo go odwoła o 12, bo „teraz to już za późno, jedźcie sami”. To samo tyczy się z naszymi wyjazdami – narzeczony okłamuje ją na każdym kroku, nie powie, że byliśmy sami za miastem, bo jej będzie przykro. Nawet nie powie prawdy o obiedzie, bo dla niej domowy hamburger to nie obiad i będzie się darła, że jak tak można jeść. Jej hipokryzja też mnie wkurza. Ma w domu burdel i dosłownie wszędzie jest warstwa kurzu, w kuchni z kratki wentylacyjnej wiszą całe kłębki tuż nad kuchnią, ale jak w samochodzie, którego my używamy na co dzień, zobaczy pyłek, to panika jakby normalnie nie wiem gdzie wsiadła.  

Mam jej dość i zdarza mi się marzyć, żeby coś jej się stało albo żeby narzeczony się do niej przeprowadził i chociaż miałabym spokój z czekaniem na niego po kilka godzin z obiadem czy żeby się przytulić, bo po pracy mówi, że jedzie do naszego mieszkania, a w trakcie drogi okazuje się, że jednak teściowa ma jakieś plany i trzeba jej pomóc, bo sama sobie nie poradzi. Czasem już brakuje mi cierpliwość i siły, żeby to znosić. Jej nieporadność też mnie wkurza, nie potrafi za dużo oszczędzić, a zdarza się, że potrafi jedzenie kilogramami wyrzucać, bo jak kupowała, to miała ochotę, ale potem jej przeszło, no i oczywiście płacz i dramat, bo ona pieniędzy nie ma i wiecznie bieduje. Jak ktoś ma za mało pieniędzy, to raczej nie kupuje samochodu prosto z salonu (tak się zdarzyło parę lat wcześniej), a potem płacze, bo nie ma na nic pieniędzy. 

Nie oczekuję rad ani tym bardziej poleceń, żebym szła do psychologa i „rozmowa mi pomoże”. Nie chcę też rozmawiać o tym z narzeczonym, bo to w końcu jego mama i staram się rozumieć, że chce się nie zająć na starość trochę, ale czasem nie daję z tym rady.

#1VlAJ

Mam męża, który jest chory, przez tę chorobę ma ograniczone możliwości ruchowe. Kiedyś silny, pełen energii, teraz, zanim rano nie weźmie leków, ma problemy z podniesieniem kubka kawy. Jestem z nim szczęśliwa. Na początek znajomości ochrzaniłam go za „użalanie się nad sobą”, ale na szczęście to był tylko jego czarny humor (bo skoro nie może się wyleczyć, to przynajmniej się pośmieje). Był bardzo zadowolony, że w końcu ktoś traktuje go normalnie, a nie jak biednego kalekę. Kocham go bardzo. Wychodzimy razem na spacery, szukamy bardziej alternatywnych rozwiązań, które pomagają mu się rozruszać. Dzięki temu może w te wakacje będziemy razem jeździć na rowerze.
Szkoda tylko, że duża część znajomych odwróciła się od niego, jak zachorował. Powody: bo z nim już nie można było wyjść, zaszaleć jak wcześniej, albo nie wiedzą, jak się zachować.

#Ql0Px

Jestem jedynaczką. Wychowałam się na wsi. Mieszkałam w jednym domu z rodzicami, babcią i dziadkiem. Z ojcem miałam relacje dosyć... trudne. Nigdy mnie nie uderzył, ale często krzyczał o jakieś pierdoły. Dawał mi też do zrozumienia, że w sumie to do wielu rzeczy się nie nadaję. Ogólne nie ukrywał, że jest mną raczej rozczarowany. Kiedy miałam jakieś 10-11 lat, moja babcia zaczęła mieć początki choroby Alzheimera. Tyle tytułem wstępu.

Mieliśmy kury. No i ja te kury przez nieuwagę wypuściłam z zagrody. Rozbiegły się i potem trzeba je było wganiać, a nie było to proste. Ojciec oczywiście się wściekł. W domu nie było innych dzieci, więc podejrzenia od razu padły na mnie, że to ja na pewno te kury wypuściłam. Nie chciałam się przyznać. Bałam się, że ojciec będzie na mnie krzyczał, ale przede wszystkim nie chciałam, żeby znowu był mną rozczarowany. Kiedy więc zapytał, czy to ja (a raczej stwierdził, że to na pewno ja), to zaprzeczyłam. 
Mama też pytała, a ja dalej uparcie kłamałam, że to nie ja. Mama powiedziała, że mi wierzy. Podejrzenia więc padły na babcię. Zapominała się coraz bardziej, więc to było możliwe. Babcia też zaprzeczyła, ale nikt jej nie uwierzył. Jak wspomniałam, miała już początki choroby (zdiagnozowane), więc wszyscy uznali, że to jednak ona, tylko o tym zapomniała. Ojciec na nią krzyczał, a ja uciekłam za dom i płakałam. Miałam straszne wyrzuty sumienia, ale mimo to się nie przyznałam. Nigdy. Nikomu.

#h74Cu

Pracuję w małej firmie, w której pracodawca wpadł w poważne kłopoty kadrowe, które spowodowały może jeszcze nie kłopoty finansowe, ale wyraźny spadek dochodów. Zmierzam do tego, że zrozumiałem, iż to idealny moment do wykorzystania problemów szefa i zażądania podwyżki. A jednak się boję, bo to wiąże się z poważną rozmową i zapamięta mnie jako tego, który wykorzystał jego ciężki czas. Moralność takiego zachowania to druga strona medalu, bo to trochę jak kopanie leżącego. Dodatkowo gdzieś z tyłu głowy jest cień szansy, że może mnie jednak w przypływie złości zwolnić.

Ciężko mi zaakceptować, że jestem takim tchórzem i nie potrafię wykorzystać czyjejś słabości jako sprzyjających okoliczności. Czuję się trochę jak taki nikt.

#vn4os

Na pewnym etapie walki z niepłodnością stwierdziliśmy, że dalsze starania o dziecko biologicznie nasze nie mają sensu. Pozostała procedura ostatniej szansy, ale nie chcieliśmy się na nią decydować. Zdecydowaliśmy się na adopcję. Długo przygotowywaliśmy się psychicznie i merytorycznie przed pierwszą wizytą w ośrodku adopcyjnym. Skompletowaliśmy dokumenty, czytaliśmy wskazówki na stronach różnych ośrodków, rozmawialiśmy na żywo i w sieci z rodzicami adopcyjnymi, czytaliśmy fora. Gdy wreszcie poszliśmy do ośrodka, w ogóle nie przyjęto nas do procedury. Powodem było niewykorzystanie wszystkich sposobów w leczeniu niepłodności. 
Pary, którym odmówiono w jednym ośrodku, próbują w kolejnym, ponieważ nie ma jednolitych przepisów. Małżeństwo, które według jednych wewnętrznych zasad nie spełnia kryteriów kwalifikacyjnych, gdzie indziej może spełniać. My byliśmy w sumie w trzech ośrodkach, z tym samym skutkiem. Trochę się dowiedzieliśmy o innych osobach, którym odmówiono adopcji i tego powodach. Oto przykłady:
– Teoretycznie maksymalny wiek rodziców adopcyjnych to 40 lat. Są ośrodki, które nie dopuszczają do procedury par, w których przynajmniej jedno przekroczyło 38, a wśród planujących adopcję niemowlaka 36 lat.
– Niestabilne warunki zatrudnienia. Poznaliśmy parę, której odmówiono, bo jedna osoba pracowała na zleceniu.
– Warunki mieszkaniowe. Odmówiono małżeństwu mającemu mieszkanie dwupokojowe. Znamy rodzinę w składzie 2+2+pies mieszkającą w podobnych warunkach i im wystarcza.
– Teoretycznie adoptować może osoba samotna. Poznaliśmy singielkę, która ukończyła procedurę, a wszystkie pary, z którymi zaczynała, już miały dzieci, a ona wciąż czekała. Nie wiemy, jak było dalej, bo nie mamy kontaktu, ale przekonywano ją do rezygnacji.
– Czas trwania małżeństwa. Poznaliśmy parę, która zaczęła starania o adopcję po czterech latach małżeństwa. Nie chcieli czekać roku, bo ośrodek w ich mieście przyjmował małżonków z pięcioletnim stażem, więc jeździli do innego miasta. Gdyby czekali, przeszkodą byłby wiek.
– Odmowa z powodu posiadania dziecka biologicznego. W niektórych ośrodkach się udaje. Znamy rodzinę ze starszymi dziećmi biologicznymi i młodszym adoptowanym.
– Niedostępność emocjonalna stwierdzona w badaniu przez psychologa w ramach procedury.

Nie obwiniam ośrodków, tylko wadliwy system. Uważam, że przepisy powinny zostać ujednolicone i mam nadzieję, że pracownicy podejmujący decyzje kogo zakwalifikować, a kogo odrzucić, kierują się dobrem dzieci, a nie statystykami.

#uKXh4

Będąc kiedyś u przyjaciółki, musiałam skorzystać z toalety. Wychodząc z niej, wpadłam na jej mamę, która trzymała coś w rękach. Kobiecina uśmiechnęła się do mnie i z radosnym uśmiechem zapytała: „Kupa, siku?”. Byłam zaskoczona, ale odpowiedziałam zgodnie z prawdą: „Kupa nie, tylko siku”. Na twarzy rodzicielki mojej przyjaciółki pojawiło się zaskoczenie pomieszane z odrazą. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że trzyma w rękach dzbanek z kompotem, a pytanie brzmiało: „Kompociku?”.
Dodaj anonimowe wyznanie