#OU6K6

W domu robię dużo, jak trzeba, to ugotuję (często), popiorę, posprzątam, oporządzam dzieci, jak wstaną (wiek przedszkolny/szkolny) i jak idą do łóżek. Oczywiście w międzyczasie pracuję. W weekendy orka jest największa. Nie stać nas na wiele, jest skromnie, ale nie ma głodu. Moje dzieci mają jednak ciągle jakiś problem i dużo marudzą, mają też tendencję do awanturowania się o byle g..., a mój synek z ADHD jest w tym mistrzem. Jak zrobię na śniadanie omlet, to on akurat chciał jajecznicę i zaczyna wrzeszczeć na mnie, że to moja wina, przez co cały dzień już jest ustawiony. Logiczna rozmowa odpada, bo on ma wtedy fazę. Próbuję rozmaitych technik opisywanych w mądrych książkach – a to liczenie, a to system ostrzeżeń, a to nagrody – i efekt jest taki, że jak jest czas na obiad, to kończy się to awanturą, bo on się jeszcze bawił, jak już siądzie, to trzeba go pilnować i włączać timer (co często i tak nie pomaga), by pokazać mu, że czas się kończy, a jak ma umyć zęby, to bez nadzoru nigdy się nie uda, a z nadzorem muszę sto razy powtórzyć i liczyć w ramach ostrzeżenia. Poza tym ma tendencje do uderzania, a rozmowy nic nie dają, więc mimo że nie chcę, muszę go czasem zatrzymać klapsem, bo inaczej nakręca się i to eskaluje np. w stronę rzucania rzeczami.

Chciałbym wiedzieć, jak być dobrym ojcem, bo im więcej się staram, tym większa grzybnia. Lata mijają, a ja coraz bardziej tym wszystkim jestem zmęczony. Moja wyrozumiałość dla dzieci jest przez to mniejsza niż parę lat temu. I z jakiegoś powodu mi smutno. Nie potrafię być na tyle dobrym ojcem, żeby nauczyć moje dzieci harmonii.
Idę spać, jutro z rana orka...

#Tfl1I

Wiele osób z rodziny ma problem z moją pracą.
Wcześniej zajmowałam kierownicze stanowisko w jednym z dużych sklepów, ale po pojawieniu się dziecka zrezygnowałam. Męczyło mnie bycie dyspozycyjną niemal 24/7 na telefonie, niestandardowe godziny pracy, brak regularności, ciągła ciężka praca, bo firma zatrudnia za mało pracowników + przecież jesteśmy pod kamerami i nas też obserwują. Do tego użeranie się z ludźmi i nieproduktywnymi pracownikami, za których obrywałam ja.
Aktualnie jestem dozorczynią, zarabiam minimalną i mimo wszystko czuję... spokój. Mam swoje obowiązki (dzienne, tygodniowe i miesięczne), które muszę wykonać. Jeśli zrobię je szybciej, mogę usiąść i odpocząć. Po pracy telefon milczy. Głowa jest wolna od zmartwień, jak zorganizować kolejny dzień. Lokatorzy mnie lubią, bo mają czyste i schludne osiedle. Jedna zmiana, regularny sen i posiłki. Czuje się lepiej fizycznie i psychicznie.
Ale w oczach rodziny wciąż widzę politowanie, bo „stać mnie na więcej”.

#jx11h

Nie chcę dziś wracać do domu.  Mieszkam w nim z partnerem, z którym jestem od 15 lat. Jest to mieszkanie, które dostał on po rodzicach.

Jestem jedynaczką i większość życia spędziłam wyłącznie z mamą – osobą w ciężkiej depresji, lękami społecznymi, urojeniami i totalnym brakiem sił na walkę z życiem. Często słyszałam, że żyje tylko dla mnie. Gdy miałam 12 lat, usłyszałam od niej, że muszę się dobrze uczyć, iść na studia i mieć świetną pracę, bo będę musiała ją utrzymywać, ona sobie nie poradzi... Całe życie miałam ustawione wokół jej chorób i walczyłam ze światem sama. Wymagało to mnóstwa pomyłek i potknięć, o które matka (osoba bez pracy, wykształcenia, żadnego stałego zajęcia) robiła mi pretensje, bo jak mogłam nie wiedzieć...

Z przerażeniem patrzę, jak mój parter zmienia się w moją matkę. Już któryś raz z rzędu jesteśmy w sytuacji, gdy przez ponad rok nie ma pracy – zaczął szukać tylko dlatego, że mu kazałam. Z domu praktycznie nie wychodzi, spotykamy się wyłącznie z moimi znajomymi, jakiekolwiek wyjścia z domu dzieją się wyłącznie z mojej inicjatywy. On ma multum pomysłów na wszystko, ale nie zabierze się za nic, dopóki ja nie zacznę... Wiem, że ma depresję. Ale ja też mam! Mimo to udało mi się zrobić studia, pracuję, staram się rozwijać i próbuję różnych sposobów na dodatkowy zarobek. Po prostu czuję, że znowu jestem w tym sama.

Przeraża mnie to, chce mi się wymiotować i uciekać jak najdalej. Zaczynam myśleć, czy samej nie byłoby mi lepiej – martwiłabym się wyłącznie o siebie. Z drugiej strony rzucać wszystkim po 15 latach... Terapia dla par jest za droga na naszą obecną sytuację. Rozmowy niewiele dają. Nie wiem już co robić...

#MBFcI

Jestem w związku od 13 lat i mam dwójkę dzieci. Przez wiele lat wydawało mi się, że moje życie jest poukładane. Była rodzina, wspólne życie, codzienność i wszystko to, co buduje się przez lata. Ale gdzieś w mojej przeszłości była ona. Dziewczyna, którą pokochałem. Minęło około 10 lat, odkąd mieliśmy ze sobą kontakt. Przez ten czas każde z nas poszło swoją drogą. Ona wyszła za mąż, ja stworzyłem rodzinę. Żyliśmy osobno i przez długi czas potrafiłem wierzyć, że tamte emocje zostały w przeszłości.

W tym roku jednak napisałem do niej. I wystarczyła jedna wiadomość, żeby coś, co wydawało się dawno zakończone, wróciło z ogromną siłą. Wróciły wspomnienia, emocje, tęsknota i uczucia, o których myślałem, że już nie istnieją.

Zdradziłem swoją kobietę z tą, którą kocham. I właśnie to jest najtrudniejsze do przyznania przed samym sobą. Z jednej strony mam rodzinę, dzieci i 13 lat wspólnego życia. Z drugiej – pojawiła się osoba, przy której poczułem coś, czego nie potrafię po prostu wyłączyć.

Ona również ma męża. To sprawia, że sytuacja jest jeszcze bardziej skomplikowana. Nie jesteśmy już tymi samymi ludźmi, którymi byliśmy 10 lat temu. Mamy swoje życie, zobowiązania i ludzi, których możemy zranić. A mimo tego uczucie wróciło.

Nie wiem jeszcze, dokąd mnie to wszystko zaprowadzi. Wiem tylko, że nie potrafię udawać przed samym sobą, że nic się nie wydarzyło. Przez 10 lat żyłem bez niej, a jedna wiadomość wystarczyła, żeby otworzyć drzwi do czegoś, co najwyraźniej nigdy do końca we mnie nie umarło. I teraz stoję pomiędzy tym, co zbudowałem przez 13 lat, a uczuciem, które wróciło po dekadzie.

Najtrudniejsze nie jest nawet pytanie, kogo kocham. Najtrudniejsze jest pytanie, co zrobić z tą miłością, żeby nie zniszczyć życia swojego, jej i ludzi, którzy nam ufają.

#46q2f

Za chwilę kończę 30 lat i coraz częściej zaczynam się bać, że może po prostu nie jest mi dane znaleźć swojej osoby. Wiem, że 30 lat to jeszcze nie koniec świata. Wiem też, że miłości nie da się zaplanować ani znaleźć na zawołanie. Ale czasami naprawdę ciężko jest udawać przed samym sobą, że samotność wcale nie boli. Bo boli. Nie chodzi mi nawet o to, żeby po prostu „mieć dziewczynę”. Chciałbym mieć kogoś, dla kogo będę ważny. Kogoś, kto zapyta, jak minął mi dzień. Kogo będę mógł przytulić bez powodu, zrobić jej herbatę po ciężkim dniu, zabrać gdzieś na weekend albo po prostu spędzić z nią zwyczajny wieczór na kanapie. Chciałbym wiedzieć, jak to jest mieć „swoją osobę”. Próbuję aplikacji randkowych, ale tam też mam wrażenie, że kompletnie nie pasuję do tego świata. Jak już trafi się jakiś match, przez chwilę pojawia się nadzieja: może tym razem? A później kilka wiadomości, zdawkowe odpowiedzi, cisza albo usunięcie z pary. I niby można powiedzieć: trudno, następna. Tylko po którymś razie zaczynasz się zastanawiać, czy problem przypadkiem nie leży w tobie. Czy jestem za mało przystojny? Za nudny? Za mało interesujący? Czy mówię coś nie tak? Czy może jest we mnie coś, czego sam nie dostrzegam, a co sprawia, że nikt nie chce poznać mnie trochę bardziej? Nie jestem modelem. Jestem zwyczajnym, przeciętnym z wyglądu facetem. Mam swoje wady i kompleksy, ale naprawdę mam też dużo uczuć, które chciałbym komuś dać. I chyba właśnie to boli najbardziej. Chciałbym mieć komu kupić ulubione słodycze bez okazji. Mieć kogo objąć, kiedy ma gorszy dzień. Z kim planować wakacje, śmiać się z głupot, zasypiać i budzić się obok siebie. Chciałbym kiedyś dostać zwykłe „daj znać, jak będziesz w domu” i wiedzieć, że ktoś naprawdę czeka na tę wiadomość. Patrzę na ludzi dookoła, którzy się poznają, zakochują, zamieszkują razem, zakładają rodziny. Cieszę się ich szczęściem, ale gdzieś w środku zwyczajnie im zazdroszczę. Bo też chciałbym wiedzieć, jak to jest zostać przez kogoś wybranym. Nie szukam ideału ani miłości jak z filmu. Chciałbym tylko spotkać dziewczynę, której będę mógł oddać całe to uczucie, które od lat nie ma gdzie znaleźć swojego miejsca.
Chciałbym kochać. I chociaż raz poczuć, że ktoś naprawdę chce kochać właśnie mnie.

#CX7NC

Jestem 30-letnią kobietą i jestem w związku z facetem, w którym nigdy się nie zakochałam. Jesteśmy razem kilka lat. Gdy go poznałam, miałam już za sobą trzy nieudane związki i kilka koszy. Kilka zawodów miłosnych, gdy to zakochiwałam się w kimś, komu byłam zupełnie obojętna.
On zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia i to mnie ujęło i sprawiło, że postanowiłam kontynuować tę znajomość. Problem jest taki, że ja nigdy się w nim nie zakochałam. On mnie sobie „wychodził” swoją postawą i wielkim zaangażowaniem. A teraz, po prawie czterech latach, mimo że nadal nie czuję tego, co on do mnie, trzymam się tego związku. Po pierwsze dlatego, że ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, to sprawienie mu cierpienia. Po drugie mam wrażenie, że mnie już w życiu nic nie czeka – żaden poryw serca, żadne gorące uczucie i boję się po prostu, że zostanę sama. Z drugiej strony obawiam się, że może kiedyś zdarzyć się taka sytuacja, że spotkam na swojej drodze kogoś, w kim się zakocham, i to ze wzajemnością. I co wtedy?! Nie chcę go krzywdzić, bo na to nie zasługuje i wiem, że bardzo mnie kocha.
Czy taki związek ma jakieś szanse? Czy miłość może przyjść z czasem? Nawet jeśli nie ma namiętności i stanu zakochania?

#xVSDW

Jestem po rozwodzie. Córka została przy mnie, ojca odwiedza wedle ustaleń sądu co drugi weekend oraz 2 x 2 tygodnie na wakacjach. Pominę szczegóły mojego rozstania z jej ojcem, wspomnę tylko, że stosunek wychowania dziecka mieliśmy od zawsze zupełnie inny (przy czym wyszło to dopiero „w praniu”).

Od rozwodu były mąż robi wszystko, żeby przeciągnąć córkę na swoją stronę. Potrafił jej opowiadać niestworzone historie tylko po to, żeby zrobić ze mnie tą złą. Zdarzało się, że mówił jej, że jej nie kocham, przy czym robił to przy naszych wspólnych znajomych. Jak już po rozwodzie znalazłam sobie nowego partnera, potrafił przy czteroletniej córce zrobić mi dziką awanturę. Krzyczał, że jestem dziwką, przeklinając przy tym dość siarczyście. Dziecko tego wszystkiego słuchało.
Oprócz tego on pozwala jej na wszystko. Dosłownie wszystko. Jak miała cztery lata, to mogła cały dzień oglądać bajki, grać na telefonie i zajadać się słodyczami. Zabiera ją na najróżniejsze atrakcje i kupuje prezenty, które później leżą u niego i tylko u niego może z nich korzystać. Alimentów ma przyznane 800 zł, przy czym nie zapłaci ani złotówki więcej, nawet gdy bardzo tego potrzebuję. Mnie nie stać na zapewnianie jej tylu atrakcji co on, kupowanie drogich prezentów.

Jakie to ma efekty? Córka mnie nie lubi. Jak jest u mnie, ma jakieś obowiązki (posprzątać zabawki po zabawie itp.). U mnie musi jeść normalne posiłki, a nie żywić się samymi słodyczami. Na bajki ma określony limit. Słowem u mnie są jakieś zasady, u niego nie. Staram się wpoić jej jakieś wartości, ale jest bardzo ciężko. Najgorsze, że przez całą tę sytuację, ona wyrasta na złego człowieka. W przedszkolu nikt jej nie lubi, dzieci nie chcą się z nią bawić, bo przez jego „wychowanie” jest bardzo samolubna. Zawsze musi dostać to, czego chce (on ją do tego przyzwyczaił). Jak bawi się z dziećmi, to wszystkie mają robić to, co ona powie. Jasne jest, że dzieci z kimś takim nie chcą się bawić. Próbuję to tłumaczyć córce, ale ona wtedy wpada w płacz (jakby była uzależniona od bycia numerem jeden we wszystkim).

Próbowałam rozmawiać z byłym mężem. Nie pomogło. Próbowałam sądownie, też nie pomogło (częstotliwość widywań została minimalnie zmniejszona i to wszystko, co ugrałam).

Najbardziej anonimowe jest to, że ja już zwyczajnie nie chcę wychowywać własnej córki. Czuję się wyczerpana. Robię wszystko, co mogę, ale to nic nie daje. Chciałabym odciąć ją od mojego byłego męża, ale wiem, że to niemożliwe.

#KaW1b

Przez 7 lat byłam w związku. Jak u każdego początki były piękne, do czasu, aż wybudował dom. Zaczęły się kłótnie, rozkazy, wyzwiska, czas wolny każdy spędzał osobno. Przez pierwsze dwa lata nie miałam kontaktu z żadną z koleżanek, dopiero po pierwszej mocniejszej kłótni zdałam sobie sprawę, że nie mam się komu wygadać i postarałam się odnowić znajomości.

Gdy uderzył mnie pierwszy raz, dałam sobie wmówić, że to moja wina. Wiecie, czego nie zrobiłam? Nie poszłam i nie rozwiesiłam prania od razu, jak się skończyło. Byłam na każdego jego zawołanie. Gotowałam, sprzątałam, prałam, prasowałam, robiłam zakupy, robiłam wszystko, co chciał. Co miałam w zamian? Nie musiałam dokładać się na rachunki za dom, ze swojej wypłaty robiłam zakupy do domu czy ogrodu. Opłacałam samochód czy tankowałam.
Przez 3 lata mieszkaliśmy w nowym domu, ale osobno. On na górze, ja na dole. Gdy wchodziłam do kuchni, mówił, abym teraz wyszła, bo on będzie jadł i nie ma ochoty na mnie patrzeć. Gdy pojechałam na tydzień do rodziców (on nigdy nie chciał ich poznać), zadzwonił do mnie i powiedział, że mam wracać, bo trzeba pościel zmienić u niego w sypialni. To nie była prośba, to był rozkaz. Nie mogłam się przeciwstawić, bo nie miałabym się gdzie podziać. Rodzicom mówiłam, że jest wszystko dobrze, tylko koleżanki wiedziały, jak jest naprawdę. Gdy była kolejna kłótnia, uderzył mnie i wyrzucił z domu w środku zimy w piżamie. Wiecie, co zrobiłam? Poprosiłam go, aby mnie wpuścił. Przepraszałam go za to, za co nie powinnam. On dalej mnie wzywał i poniżał. Znosiłam to. Do czasu.
Wznowiłam kontakt z kolegą, którego znałam jeszcze z podwórka. Jemu zaczęłam się żalić. To on przez rok uświadamiał mnie, że jestem o wiele więcej warta, niż mówił mój chłopak, że nie jestem nikim, że jestem silną osobą, ale muszę znaleźć odwagę, aby odejść i nie bać się. Spotkałam się z nim i jego dziewczyną kilka razy, czułam ich wsparcie. Dali mi siłę. To dzięki nim przy kolejnej kłótni postawiłam się i powiedziałam: koniec wyzwisk, bicia, koniec poniżania. W ciągu tygodnia znalazłam mieszkanie, spakowałam się, odeszłam.

Po półtora roku poznałam obecnego chłopaka. Spodziewamy się dziecka. Teraz mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Koleżanki mówią, że w moim głosie jest teraz więcej szczęścia niż smutku. Stałam się silniejszą osobą.

Często myślę, jak ja mogłam dać tak sobą pomiatać. Pozwalałam na takie traktowanie. Wstyd mi, że byłam tak słaba, że dałam sobie wmówić, że jestem nic niewarta. Nikomu nie życzę, aby przechodził przez to, co ja.

#8bIik

Od dwóch lat pracuję w małym lokalnym sklepie z zabawkami. Szef mieszka w innym mieście, sklep prowadzę ja i koleżanka. Pensja + premia (miesięcznie wychodzi od 300 do 500 zł). Nie ma źle, nie ma dobrze. Mamy tylko jedną zmianę 10:00-18:00 + co druga sobota 10:00-15:00, chyba że jest czas urlopowy, wtedy bywa różnie.

Od końca ubiegłego roku mieszkam z chłopakiem. Z pensji nas obojga spokojnie starcza na opłacenie rachunków, zakupy, wyjście tu i ówdzie oraz jakieś drobne przyjemności. Nawet udało nam się odłożyć, aby opłacić OC/AC plus wyjechać na 10 dni w Bieszczady bez zadłużenia.

Tym, czego nie powiem nikomu, jest to, że najbardziej w świecie irytuje mnie fakt, że partner pracuje na pół etatu. Jak przychodzi do domu, to zawsze coś ogarnie, ugotuje obiad. A ja czuję się zazdrosna, że to nie ja jestem wcześniej w domu, że to nie ja gotuję obiady. Chciałabym mieć więcej czasu dla siebie. On ma ten czas, że przychodzi i mnie nie ma. Ja tego nie mam. Jestem sfrustrowana. Mówię mu, że chcę być sama. Z tym nie ma problemu. Zamykam się w innym pokoju albo wychodzę. Mimo wszytko to nie to samo, jednak czegoś mi brak.

PS Myślałam nad zmianą pracy, ale nie jest to takie proste. Nie mogę sobie pozwolić, aby nie pracować, bo zwyczajnie nie będziemy mieli za co żyć. Obciążać go dodatkowym etatem też nie zamierzam. Nie tak to ma funkcjonować, że jeden się urabia, a drugi leży i pachnie. Szukam odpowiednich ofert, jednak takich na 3/4 etatu jest jak na lekarstwo, 6 godzin to mój wymarzony etat. Nie za dużo, nie za mało. Dodatkowo nie chcę pracy w obsłudze klienta. Tyle buców, chamów i po prostu dupków nie spotkałam w całym swoim życiu jak przez 2 lata pracy w sklepie.
Dodaj anonimowe wyznanie